Andrysiak: Będą wybory, będzie populizm. Czyli w końcu coś dla ludzi

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
18 września 2014, 03:14
Andrzej Andrysiak, zastępca redaktora naczelnego DGP
Andrzej Andrysiak, zastępca redaktora naczelnego DGP/GazetaPrawna.pl
Zewsząd słyszę, że uleganie przez władzę roszczeniom ludu jest ze wszech miar warte potępienia.

Lud, jak wiadomo, ciemny jest i wszystko kupi, więc nie wie, co dobre dla kraju, demokracji i gospodarki. A kto wie? Oczywiście władza. Każda władza ma jednak to do siebie, że obraca się w świecie wielkich liczb. Sprawą można się zająć dopiero wtedy, gdy zostanie dokładnie zmierzona, opisana i umieszczona w odpowiednie tabelce Excela. Bez tego nie istnieje. Mamy więc zupełnie absurdalną sytuację, gdy o problemach władzy rozprawiamy przez pryzmat jednostek (ten tego popiera, tamten tamtemu podkłada kłody pod nogi, ten myśli to, a tamten dąży do tamtego), a o problemach społeczeństwa – ogólnie. A jeśli jakiś polityk wsłuchuje się w głos ludu, znaczy się populista.

Takie myślenie to w dużej części konsekwencja panoszącej się po świecie teorii skapywania. Z grubsza głosi ona, że najlepiej pomagać biednym, dając bogatym. Bo jeśli bogaci mają więcej, to i biedniejszym coś skapnie. Jej prawdziwości nijak nie sposób dowieść, w dodatku dane pokazują coś odwrotnego – jak bogaci mają więcej, to biedni mniej – rządom to jednak nie przeszkadza. W praktyce władzy teoria skapywania oznacza, że najważniejsza jest gospodarka, inwestycje i wzrost PKB. I tym trzeba się zajmować. Niczym zarząd wielkiej korporacji rząd ma ciąć koszty, zwiększać przychody i bilansować budżet. Jak gospodarka będzie rosła i firmy będą zarabiać więcej, to ich pracownicy także i ogólna suma szczęśliwości w kraju się zwiększy.

I tu właśnie jest pies pogrzebany. Bo o ile gospodarka i wzrost są ważne, to czy naprawdę najważniejsze? A może równie ważne jest bezrobocie i demografia? Albo jakość rynku pracy? Problem w tym, że jeśli uznamy, że państwo to tylko takie wielkie przedsiębiorstwo, nie ma w nim miejsca na sprawy tak nieistotne, jak choćby umowy śmieciowe czy pomoc społeczna. Ważna jest tylko maksymalizacja zysku.

To jest podstawowy problem dla nowego rządu. Donald Tusk długo nie zauważał tego dylematu, skupiony na zagrożeniu wewnętrznym (opozycja) i zewnętrznym (obrona zielonej wyspy). Dopiero w ostatnich dwóch latach skierował wzrok na sprawy socjalnie (czytaj: ludzkie). Nie znamy jeszcze składu rządu Ewy Kopacz ani jego programu, ale pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie działał w myśl wytartego sloganu: po pierwsze gospodarka. Zwłaszcza, że czekają nas potrójne wybory, a to jedyny czas, gdy władza słucha ludzi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj