Jesus Trump Superstar. Kto jeszcze ufa królowi dealów i papieżowi konserwatystów. Czy zaufanie jest wciąż ważne w polityce i biznesie?

Ten tekst przeczytasz w 15 minut
dzisiaj, 06:00
US President Donald Trump
Prezydent Donald Trump podczas konferencji prasowej w Białym Domu reaguje na pytania mediów dotyczące wojny z Iranem. Fot. EPA/JIM LO SCALZO Dostawca: PAP/EPA./PAP/EPA
Ostatnio Donald Trump nie może się zdecydować, czy jest starotestamentowym Bogiem-mścicielem, niszczycielem świata (teraz akurat padło na Persów; 3200 lat temu, wedle Księgi Jozuego, na sąsiednich Kananejczyków) czy też Chrystusem – uzdrowicielem, z F-35 w roli aureoli. Na pewno chciałby wymienić papieża, bo Leon, choć z Ameryki, za mało przypomina Chucka Norrisa i Brudnego Harry’ego.

Bardzo lubię dyskutować z moimi przyjaciółmi konserwatystami, którzy z jakichś powodów uwierzyli, że Donald Trump jest uosobieniem prawicowych cnót, twarzą globalnej konserwatywnej kontrrewolucji, liderem i kapłanem MAGA (Make America Great Again), patronem i protektorem MEGA (Make Europe Great Again), biczem boskim na nihilizm, zepsucie, zgniliznę i całe to łołkowe lewactwo.

Odruchowo zadaję każdemu z tych przyjaciół pytanie: „Czy gdyby Donald Trump powiedział ci, że musi się na kilka godzin zamknąć w pokoju w Trump Tower lub Gabinecie Owalnym z twoją piękną żoną lub nastoletnią córką - żeby się z nią pomodlić, to uwierzyłbyś mu?”. Wiara ma tutaj fundamentalne znaczenie. Wiara i zaufanie. Są one także filarami realnych sojuszy w polityce i długofalowych relacji w biznesie. Czy da się je skutecznie zastąpić nagą siłą i kaprysami władcy? Dobre pytanie. W czasach Trumpa – krytyczne.

Memy sakralne: Donald Trump kontra papież

„Otwórzcie tę p…ą cieśninę, szalone s...syny, albo czeka was piekło!”

„Cała cywilizacja dzisiaj zginie, by nie odrodzić się nigdy”.

Te dwa skierowane do Irańczyków wpisy prezydenta USA w serwisie Truth Social wstrząsnęły wieloma obserwatorami, ale na pewno nie wyznawcami Trumpa z ruchu MAGA. Przyznam, że i mnie szczególnie nie zdziwiły – znakomicie wpisują się przecież w język globalnej krucjaty, którym na co dzień posługuje się nie tylko sam Trump, ale i jego zastępca J.D. Vance czy sekretarz obrony Pete Hegseth. Ta krucjata – jak to krucjata – ma być przedsięwzięciem podjętym z woli Boga dla zbawienia ludzkości i całego świata. Jasno wyłuszczają to publikowane przez Biały Dom – nie wiem, jak to nazwać – grafiki? freski? ikony? A może – memy sakralne?

Na groźby anihilacji 93 mln Persów (których tradycje sięgają wielu stuleci przed Chrystusem), zareagował inny Amerykanin, a mianowicie Robert Francis Prevost rodem z Chicago, znany katolikom (i nie tylko) jako Leon XIV. Jak to papież, pozwolił sobie przypomnieć wiernym (i nie tylko, niestety), że „Jezus jest Królem Pokoju, który odrzuca wojnę i którego nikt nie może wykorzystywać do usprawiedliwiania wojny”.

Prezydent USA wkurzył się dokładnie tak, jak czterolatek w piaskownicy, któremu kolega zwrócił uwagę, że nie bije się koleżanek wiaderkiem po głowie: „To jest moje wiaderko, a nie twoje, a w ogóle twoje wiaderko jest brzydkie i śmierdzi. I ty też śmierdzisz.”

Brzmiało to tak: „Papież jest słaby w sprawach przestępczości i innych rzeczy, okropny w polityce zagranicznej”. Właśnie wtedy Biały Dom opublikował sakralnego mema z Trumpem jako Jezusem – uzdrowicielem świata i wirującymi w powietrzu amerykańskimi myśliwcami. Trump tłumaczył potem, że myślał, że został na tym – wygenerowanym przez AI - obrazku przedstawiony jako… lekarz. Dwa dniu później zobaczyliśmy nowy sakralny mem – tym razem z Trumpem przytulanym przez Jezusa i aureolą z amerykańskiej flagi.

Na Truth Social prezydent oświadczył:

„Nie chcę papieża, który krytykuje prezydenta Stanów Zjednoczonych"

"Leon powinien wziąć się w garść jako papież, kierować się zdrowym rozsądkiem, przestać ulegać radykalnej lewicy i skupić się na byciu Wielkim Papieżem, a nie politykiem. To bardzo mu szkodzi, a co ważniejsze, szkodzi Kościołowi katolickiemu!”

Konserwatysta Donald Trump: piątka dzieci z trzema żonami i trzy partie (z przewagą Demokratów)

„Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni” – to stare porzekadło pasuje mi do Trumpa jak ulał. Zawsze mnie zastanawiało, czemu moi przyjaciele konserwatyści wypierają tyle faktów.

Słynny przydomek „The Donald” Trump zawdzięcza pierwszej żonie, Ivanie, która bardzo pomagała mu w biznesie i z którą prezydent ma trójkę dzieci. Niedługo po narodzinach trzeciego, Erica, tata wdał się w romans z aktorką Marlą Maples, ujawniony w 1990 roku i zakończony rozwodem z Ivaną w 1992 r. Ponad rok później „The Donald” ożenił się – w obecności ponad 1000 gości -  ze swą kochanką, a ta przez kolejnych kilka lat pomagała mu budować wizerunek medialny rzutkiego biznesmena i zarazem celebryty o ambicjach politycznych, namawiając m.in. do objęcia funkcji gospodarza popularnego telewizyjnego programu The Apprentice. Z drugą żoną Trump ma córkę. Niespełna 3 lata po jej narodzeniu tata wdał się w romans z modelką Karą Young, a w 1998 r. poznał inną modelkę - Melanię i rok później rozwiódł się z Marlą.

Z Melanią wziął ślub w styczniu 2005 w Palm Beach w obecności m.in. Clinta Eastwooda, jednego ze swych ulubionych aktorów (odtwórcy ikonicznej dla prawicy roli „Brudnego Harry’ego” Callahana) oraz Billa Clintona (prezydenta USA w latach 1993-2001) i jego żony Hillary. Niektórych może dziwić, że Trump zaprosił topową parę Demokratów, ale biografowie obecnego prezydenta USA doskonale wiedzą, że był on wówczas członkiem Partii Demokratycznej i sponsorem fundacji Clintonów:

  • Donald Trump należał do Partii Demokratycznej w latach 1964–1987.
  • W 1987 zmienił barwy i do 1999 r. reprezentował barwy Partii Republikańskiej
  • W 1999 r. odszedł od Republikanów do Partii Reform.
  • W 2001 Donald Trump powrócił na 8 lat na łono Partii Demokratycznej
  • W latach 2009 – 2011 występował jako kandydat niezależny
  • W 2011 r. powrócił do Republikanów.

Jeśli to zsumujemy, to okaże się, że 31 lat spędził w szeregach Partii Demokratycznej, a 27 lat w szeregach Partii Republikańskiej (plus 2 lata w Partii Reform). Nie ma jak wierność małżeńska i konserwatywna stałość w poglądach.

Gott mit uns: Donald Trump i dziadek z Niemiec

Po atakach Trumpa na Leona XIV część moich konserwatywnych przyjaciół wymiękła – ale tylko część. Większość należy już dawno do jakiegoś autochtonicznego Kościoła Prawdziwie Polskiego, który ma tylko jednego papieża na wieki wieków, a mianowicie Jana Pawła II – z zastrzeżeniem, że chodzi o tego JP2 z marmurowych i mosiężnych pomników. Czemu? Bo milczy.

Tamten żywy, którego znaliśmy z poruszających homilii w trakcie pielgrzymek do Polski i niebywale humanistycznych encyklik, zapewne coś by nam powiedział o Polsce, Unii, świecie, wojnie – i niewykluczone, że byłoby to mniej więcej to, co mówi dziś Leon XIV. A to jest przecież mocno nie na rękę ultraprawicowym liderom, bo nijak nie wpisuje się w ich narracje. To dlatego tylu bojowników mniemanej konserwatywnej kontrrewolucji mówi mi całkiem otwarcie, że „tego Leona to oni nie wyznają”. I „bardzo dobrze, że Trump temu pseudopapieżowi wygarnął całą prawdę w oczy”.

Bo przecież „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” itd. Jezus bezsilny to nie dla nas. Jezus bezsilny da się znowu ukrzyżować. A krzyżować to my, a nie nas...

Uosabianie ziemskiego władcy z Bogiem nie jest w historii rzadkością. To raczej norma, zwłaszcza wśród narcyzów pokroju Króla Słońce - na dworze Króla Słońce. Jeśli niektórzy mają deja vu, to całkiem słusznie. Nawet złote motywy w złotej Sali Balowej i na złotej monecie z wizerunkiem złotego króla będą takie same. Podobnie tace do podawania – oferowanych ludowi poniewczasie – ciastek.

Niczym nowym w dziejach nie jest także utożsamianie interesu wąskiej grupy (czytaj : oligarchii) w danym narodzie z dobrem całej ludzkości – i wmawianie wszystkim (w tym przede wszystkim sobie), że taka jest wola Boga. Warto pamiętać, że założona w 962 r. przez Ottona I tzw. Pierwsza Rzesza nazywała się oficjalnie Świętym Cesarstwem Rzymskim. I to się potem nie bardzo zmieniło. Zaczerpnięta ze Starego testamentu dewiza „Bóg z nami” w XV wieku była bita na brandenburskich orderach – w znanej nam dobrze niemieckiej wersji „Gott mit uns”, w 1701 stała się dewizą państwową Królestwa Prus i była do upadku III Rzeszy w 1945 roku używana w armii niemieckiej – na guzikach, sprzączkach, orderach, sztandarach, ale przede wszystkim jako pała na wroga; jeszcze trzy dekady po wojnie widniała na sprzączkach pasów sił policyjnych RFN.

Co ma do tego Donald Trump? Przygotujcie się na narracyjną przewrotkę. Otóż część moich konserwatywnych przyjaciół zapatrzonych dotąd w Trumpa zaczyna mi o nim opowiadać jako o „fałszywym proroku”. Jako się rzekło – jest to mniejszość, ale jej wywody są symptomatyczne dla erozji wszelkich ruchów memiczno-sakralnych.

Dwa cytaty z dziś:

  • „Trump za bardzo trzyma z tym Izraelem. Więc nie może być Chrystusem”
  • „Dziadek Trumpa to był Niemiec, który wrócił po żonę Niemkę do Palatynatu”.

To drugie „odkrycie” zostało mi objawione z równie wielkimi wypiekami, jak niegdyś pamiętne „ujawnienie” przeszłości innego dziadka innego Donalda.   

Faktycznie, niewiele brakowało, by dziadek Donalda Trumpa, Friedrich Drumpf, rodem z Kallstadt (obecnie w Nadrenii-Palatynacie), służył w mundurze sygnowanym dewizą „Gott mit uns”. Jednakowoż w 1885 r. jako 16-latek wyemigrował do USA, gdzie przedstawił się jako Trumpf (potem skrócił do Trump i zmienił imię na Frederick). Zbił fortunę na usługach gastronomicznych i hotelarskich dla poszukiwaczy złota w Klondike. Kiedy w 1901 r. odwiedził Niemcy, poślubił swoją byłą sąsiadkę i zabrał ją do Stanów. Elżbieta tak bardzo tęskniła za ojczyzną, że postanowili wrócić, jednak złożone w 1905 r. podanie Fredericka Trumpa o przywrócenie obywatelstwa i możliwość osiedlenia się w Królestwie Bawarii zostało odrzucone przez niemieckie władze z powodu emigracji przed odbyciem służby wojskowej.

W tymże 1905 r. parze urodził się Fred Trump, ojciec Donalda, który w wieku zaledwie 13 lat, gdy Frederic zmarł na grypę hiszpankę, odziedziczył majątek wart ponad pół miliona dolarów. Większość środków zainwestował wraz z mamą w nieruchomości w Nowym Jorku. Kiedy w 1999 r. odchodził z tego świata, jego fortuna szacowana była na ok. 300 mln USD.

Choć jest to historia doskonale znana i wielokrotnie opisywania, nagle dziś dla części prawicy Trump zaczyna stanowić problem, bo nie dość że „razem z Izraelem podbija nam ceny paliw”, to jeszcze „z pochodzenia Niemiec”. Ja wiem, że to może być dla was śmieszne. Ale naprawdę są tacy, którym „to wszystko wyjaśnia”. Mówiłem: erozja ruchu memiczno-sakralnego zawsze wygląda tak samo. I straszno, i smieszno.

Donald Trump, Chuck Norris i Brudny Harry kontra Gran Torino i Hakuna Matata

Moje pokolenie pokochało dowcipy o Chucku Norrisie bardziej niż granych przezeń bohaterów – jak Strażnik z Teksasu, Zaginiony w akcji James Braddock czy Samotny wilk McQuade:

  • Chuck Norris potrafi trzasnąć obrotowymi drzwiami.
  • Chuck Norris nie śpi. On czeka.
  • Gdy Chuck Norris robi pompki, nie podnosi siebie, lecz popycha Ziemię.
  • Tylko Chuck Norris potrafi doliczyć do nieskończoności. Dwa razy.
  • Chuck Norris może ci amputować rękę wskazówką od zegarka. Cyfrowego.
  • Gdy ty pytasz o coś Google, Google pyta Chucka Norrisa.

Kiedy 19 marca media informowały o śmierci aktora, jego fani masowo protestowali: „Chuck Norris nie umarł. On kopnął w kalendarz. Z półobrotu”.

Fani mawiali, że tylko Chuck Norris wie, co ma piernik do wiatraka. Wbrew wielu przedstawicielom środowiska filmowego, aktor – ikoniczny Amerykanin z matki Irlandki i ojca Czirokeza - był przez dekady zdeklarowanym zwolennikiem Donalda Trumpa. Wspierał przyjaciela w kampaniach prezydenckich w 2016, 2020 i 2024 roku.

Trump najwyraźniej wychował się na filmach Chucka i podobnych, jak Rambo. Na co dzień widać, w jak wielkim stopniu jest dzieckiem amerykańskiej popkultury - z akcentem na dziecko. I nie chodzi wyłącznie o to, że stosuje 1:1 metodę Naoma Chomskiego („mów do wyborców jak do dzieci, a oni szybko dostosują się do twojego poziomu”), ale przede wszystkim o to, że jego wyobraźnię, widzenie świata, ukształtował specyficzny rodzaju filmów, w których głównym bohaterem jest ktoś pokroju Strażnika z Teksasu, Johna Rambo lub Brudnego Harry’ego. Facet wiedzący najlepiej, czym jest Dobro i walczący ze Złem nie bacząc na system, prawo, konwenanse, opinie ekspertów czy inne ograniczenia. On jest Ręką Sprawiedliwości. A raczej jej Młotem. A nawet Sierpem. Skojarzenia nieprzypadkowe.

Dochodzi do tego cały boski sztafaż – i mamy przepis na politykę. Wewnętrzną i zagraniczną.

Coraz wyraźniej widać jednak, że Trump przeoczył lub zignorował inny nurt amerykańskiej popkultury, w tym powieści i narracji filmowej. Bodaj najciekawszy jest tutaj przypadek Clinta Eastwooda, niegdyś legendy spaghetti westernu, później ikonicznego „Brudnego Harry’ego” wykorzystującego „Siłę Magnum”, wreszcie genialnego, nagradzanego Oscarami reżysera. Clinta dość łatwo utożsamić z granymi przezeń w przeszłości twardzielami – jeźdźcami sprawiedliwymi, bezlitosnymi mścicielami. Wtedy wręcz idealnie nadaje się na ikonę ruchu MAGA, MEGA i podobnych. I faktycznie w kolejnych kampaniach wyborczych konsekwentnie popierał republikanów. W 2016 r. oświadczył, że zagłosuje na Trumpa (przeciwko Hillary Clinton), argumentując to w charakterystyczny sposób:

"Jemu przynajmniej o coś chodzi, nie liże nikomu tyłka, nie ulega politycznej poprawności i nie po drodze mu z pokoleniem mięczaków i ciot".

Republikanie zrobili z tego wielkie „halo”. Sprawiedliwy Harry Callahan zagłosuje na sprawiedliwego Trumpa. Demokraci wytykali prawicy skrajną hipokryzję: wszakże Eastwood, rzekomo ikoniczny obrońca tradycyjnych wartości, ma ośmioro dzieci z sześcioma kobietami (w tym pięcioro ze związków pozamałżeńskich), ponadto w liście znanych osobistości do Sądu Najwyższego opowiedział się za dopuszczeniem małżeństw osób homoseksualnych, w licznych wywiadach głosił, że „aborcja powinna być w pełni suwerenną decyzją kobiet”,  a jego oscarowe „Za wszelką cenę” jest de facto o eutanazji. Ale to nie zrobiło na prawicowcach żadnego wrażenia.

Ku ich zmartwieniu, w lutym 2020 r. gwiazdor oświadczył w "Wall Street Journal", że nie poprze Donalda Trumpa w walce o drugą kadencję: „Trump pewne rzeczy robi dobrze, ale lepiej, żeby tyle nie tweetował i nie obrażał ludzi”.

Kiedy dekadę temu Amerykanie zastanawiali się, kto jest w największym stopniu uosobieniem Amerykanina, 60 proc. respondentów wskazało Clinta Eastwooda. W istocie bardzo złożone – i bardzo amerykańskie – poglądy aktora i reżysera na życie i świat w największym stopniu obrazuje genialne „Gran Torino”. W tym filmie artysta wpuszcza wielu fanów i mniemanych naśladowców Brudnego Harry’ego w emocjonalne maliny: wielu może się wydawać, że w finale okaże się po prostu – zaprowadzającym brutalnie porządek i sprawiedliwość - Mścicielem. A on jest… Chrystusem. Tradycjonalistą o bardzo zasadniczych poglądach, który jednakowoż w kluczowym momencie poświęca się dla Ludzi w imię prawdziwego Dobra. W drugiej, równie ważnej warstwie, jest to opowieść o budowanych latami ludzkich relacjach, wzajemnym szacunku (choć wyrażanym czasem dziwnie sarkastycznym językiem), a przede wszystkim – solidarności. Tu nie ma żadnego dealu. Żadnej gołej siły górującej nad Złem. Jest Sens Ukrzyżowania i związane z nim katharsis.

Amerykanie w kółko opowiadają sobie i światu tę historię – Wielka Amerykańska Powieść jest od zawsze trochę z Biblii, a trochę z „Hamleta”. Taki jest też przecież… „Król Lew”. Wyobraźcie sobie, że ten (również oscarowy) film kończy się w momencie, w którym władzę nad stadem zdobywa przebiegły król dealu (z hienami), manipulator i tyran - Skaza. Przecież nikt by tego nie chciał oglądać, tak jak większość ludzi na Ziemi nie chciałoby, żeby opowieść o II wojnie światowej skończyła się 22 czerwca 1940 r. po kapitulacji Francji. Ta wojna miała ciąg dalszy. „Król Lew” też miał ciąg dalszy – z Tymonem i Pumbą, Hakuna Matata, zaufaniem, wiarą i mozolnym budowaniem wolnej i demokratycznej wspólnoty niezbędnej do pokonania tyranii opartej na przemocy hien.

Tak naprawdę najbardziej kochamy historie o ludzkiej solidarności i formowanych latami bliskich relacjach, których żadna siła nie jest w stanie pokonać.  Dziś także wielu z nas wierzy, że jesteśmy dopiero w połowie opowieści: gdy prawda o Trumpie wychodzi na jaw.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj