Od stycznia importer sprowadzający towary spoza Unii Europejskiej i posiadający specjalny unijny status AEO (Authorised Economic Operator) nie musi już płacić VAT w ciągu 10 dni od wyliczenia należności przez urząd celny. Może to robić na zasadach uproszczonych, składając miesięczną (lub kwartalną) deklarację. Rozwiązanie to wprowadziła ustawa o ułatwieniu działalności gospodarczej, której jednym z celów miało być wsparcie polskich portów, przegrywających wcześniej walkę o klienta z unijną konkurencją.

Skutek? Jak informuje Kuba Lewandowski z kancelarii Easy Ocean bilans z pierwszych 3 miesięcy tego roku w porównaniu z początkiem zeszłego wskazuje na 50-proc. wzrost wyładowanych w polskich portach kontenerów. – Na razie korzystają z tego największe podmioty, takie jak Tesco czy Mlecovita, które nie miały problemu z płynnością. Ale w ich ślady pójdą inni i ta liczba będzie się zwiększać – podkreśla Lewandowski.

Skąd taki duży efekt? Do tej pory importerzy woleli odprawiać towar w porcie niemieckim lub holenderskim, bo tam nie musieli płacić podatku w momencie tej odprawy. W Polsce płacili, a potem dwa miesiące czekali na zwrot. To mogło mieć negatywny wpływ na ich płynność finansową. Dotyczyło zwłaszcza małych i średnich firm, niedysponujących dużą gotówką, ale także te duże wolały nie „przedpłacać” VAT-u. W efekcie do portów niemieckich czy holenderskich płynęły towary wprowadzane potem na polski rynek, a podatki wpłacano do budżetów tych krajów. Do tego dochodziły utracone korzyści związane z większym zatrudnieniem w tamtejszych portach. Po zmianach odprawa w polskich portach zaczęła się opłacać. Z danych Ministerstwa Gospodarki wynika, że dzięki poprawie płynności wynikającej z nowego sposobu rozliczeń VAT w kasach firm może zostawać ponad 60 mln zł rocznie.

Ale jest i druga strona medalu. Zmiana prawa, korzystna dla firm (według wyliczeń Ministerstwa Gospodarki status AEO posiada około 700 przedsiębiorców) powoduje problem dla budżetu. Bo państwowa kasa dostanie VAT od importu z opóźnieniem. „Efekt AEO” to jeden z powodów niższych wpływów z podatku od towarów i usług, jakie Ministerstwo Finansów zanotowało w pierwszych dwóch miesiącach roku. W styczniu budżet dostał 14,8 mld zł, o 1,6 mld zł mniej niż rok wcześniej. W lutym wpływy można szacować na jakieś 7,5 mld zł – co oznacza niższe dochody z VAT o około 1,3 mld zł.

Resort podkreśla jednak, że zmiany w rozliczeniach podatkowych przy sprowadzaniu towarów spoza UE nie są główną przyczyną tych ubytków. I wymienia m.in. efekt wysokiej bazy z ubiegłego roku. Rzeczywiście, wpływy na początku 2014 r. rosły w nienotowanym wcześniej tempie – w pierwszym miesiącu o 24 proc., w drugim o 36 proc. w skali roku.

Argumenty MF potwierdzają niezależni eksperci. Tomasz Wagner, doradca podatkowy i menedżer w dziale doradztwa podatkowego EY, zwraca uwagę, że rok temu zmieniły się przepisy określające moment powstania obowiązku podatkowego. Od początku 2014 r. decyduje o tym moment zawarcia transakcji, a nie data wystawienia faktury. Początek ubiegłego roku był więc specyficzny, bo w styczniu rozliczano VAT zarówno na starych zasadach, jak i na nowych.

– Spowodowało to kumulację wpłat podatku na początku 2014 r., gdyż w praktyce w tym okresie część podatników rozliczyła VAT należny zarówno od dostaw grudniowych, jak i styczniowych. Sytuacja ta z pewnością ma wpływ na różnicę wysokości wpływów z tytułu VAT na początku ubiegłego i bieżącego roku – mówi Tomasz Wagner.

>>> Czytaj też: Fiskus rusza na łowy w Europie. Chce dostępu do sprawozdań podatkowych

Kolejny powód spadku wpływów to niskie ceny towarów i usług. MF przygotowując budżet założyło, że inflacja średnio w tym roku wyniesie 1,2 proc. Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole, prognozuje, że będziemy mieli deflację, a ceny w ciągu roku spadną o 0,4 proc. Różnica 1,6 proc. między prognozą rządu a spodziewanym wynikiem inflacji to sporo. Borowski wylicza, że przy takiej deflacji wpływy z VAT w całym roku mogą być o 3–4 mld zł niższe niż zakładane w budżecie 135 mld zł.

– Niższe dochody z VAT związane z deflacją nie powinny zaburzyć wykonania budżetu. Rząd ma możliwość blokowania wydatków i ewentualny spadek o 4 mld zł nie sprawi problemu – mówi Jakub Borowski.

Inny potencjalny powód ubytku w VAT to oszustwa podatkowe, w tym tak zwane karuzele VAT-owskie. Luka w VAT wynikająca z oszustw jest szacowana np. przez ekspertów firmy doradczej PwC na około 40 mld zł rocznie.

Spokój w ocenie danych zaleca też Ministerstwo Finansów. Resort podkreśla, że kształtowanie się dochodów z VAT w poszczególnych miesiącach o niczym nie świadczy.

– Pierwsze dwa miesiące roku są zbyt krótkim okresem, aby prawidłowo ocenić proces gromadzenia dochodów z podatku VAT. Ocena na podstawie miesięcznych danych za tak krótki okres jest obarczona dużym ryzykiem. Część firm rozlicza się kwartalnie, co dodatkowo zaburza i utrudnia ocenę wykonania dochodów – napisało biuro prasowe MF w odpowiedzi na nasze pytania w tej sprawie.

Według resortu, żeby mówić o jakimkolwiek trendzie, trzeba poczekać na dane z co najmniej czterech miesięcy. Bo wtedy – na przykład – powinny ujawnić się wpływy z VAT płaconego przez importerów. Zresztą dzięki większym obrotom w polskich portach całościowy bilans dla budżetu powinien być korzystny, choćby ze względu na dochody z cła. Cło jest dochodem ogólnounijnym, ale jedna czwarta tej daniny zostaje w kraju, w którym jest pobierana. Średnia kwota z cła, jaka wpływa do polskiego budżetu, to niemal 700 zł od każdego rozładowanego kontenera. Więc, jak podkreśla Kuba Lewandowski, w podobnej skali jak liczba rozładowywanych kontenerów powinny wzrosnąć dochody z cła. Potwierdzenie, czy tak się stało, zobaczymy dopiero w maju. Jak szacuje resort gospodarki, dzięki zmianom w polskich portach ma zostać wyładowanych nawet 700 tys. kontenerów więcej, co może oznaczać dodatkowe 0,5 mld zł wpływów z cła.

Kolosy, które wpływają do polskich portów. Największe kontenerowce świata na Forsal.pl