W pierwszym kwartale tego roku urodziło się ok. 90 tys. dzieci – wynika ze wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego. To o prawie tysiąc mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Jeśli ta tendencja utrzyma się w następnych kwartałach, wówczas przyspieszy spadek ludności naszego kraju. Głównie dlatego, że wskaźnik dzietności kobiet nie będzie gwarantował zastępowalności pokoleń. Wyniesie on poniżej 1,3. Co oznacza, że na 100 kobiet w wieku 15–49 lat przypadnie tylko ok. 130 urodzonych dzieci. Tymczasem stabilny rozwój demograficzny zapewnia dopiero wskaźnik dzietności wynoszący 2,1–2,15, który uzyskuje się, gdy na 100 kobiet przypada 210–215 noworodków.

Wiek 31–33 lat osiągnęły obecnie dziewczynki urodzone w okresie wyżu demograficznego z lat 1982–1984. Wtedy rodziło się rocznie około 700 tys. dzieci. To prawie dwa razy więcej niż w ostatnich latach. Gdyby zwiększyła się liczba kobiet decydujących się na posiadanie potomstwa (tych z okresu boomu urodzeniowego lat 80.), wtedy pogłębianie się zapaści demograficznej naszego kraju mogłoby zostać zahamowane.

>>> Czytaj też: Przyszłość rynku pracy - życie zawodowe przestanie być oczekiwaniem na emeryturę

Bez tego będzie przyspieszać starzenie się społeczeństwa. W wiek najwyższej płodności (właśnie przed 30. rokiem życia i tuż po nim) wchodzić będą mniej liczne roczniki kobiet.

Nie dość, że w pierwszym kwartale zmniejszyła się liczba urodzeń, to jeszcze wzrosła w tym czasie liczba zgonów. Zarejestrowano ich ok. 101 tys. – blisko 3,5 tys. więcej niż w roku poprzednim.

W efekcie przyrost naturalny (różnica między liczbą urodzeń żywych i zgonów) był w pierwszym kwartale tego roku ujemny i wyniósł minus 11 tys. To sprawiło, że po uwzględnieniu także salda migracji zagranicznych na pobyt stały zmniejszyła się liczba ludności Polski. W końcu marca była o ok. 15 tys. mniejsza niż w końcu ubiegłego roku i wyniosła 38,4 mln.

Według GUS zmniejszyła się także liczba zawartych małżeństw – na ślubnym kobiercu stanęło od stycznia do końca marca 15 tys. par, czyli o 0,6 tys. mniej niż przed rokiem. Wzrosła natomiast liczba rozwodów (o ok. 1,6 tys.) do ponad 18 tys. Wzrost ten wynika przede wszystkim z tego, że w latach 2007–2009 mieliśmy do czynienia z relatywnie dość dużą liczbą zawieranych małżeństw. Jednak znaczna ich część szybko się rozpada – np. wśród par rozwiedzionych w 2013 r. co czwarta miała staż nie większy niż cztery lata. ©

Śmieciowa praca nie ma związku z demografią

Spadek liczby urodzeń jest zaskakujący w powiązaniu ze znaczącą poprawą sytuacji na rynku pracy. Przynajmniej w teorii istnieje związek pomiędzy poziomem bezrobocia a skłonnością do posiadania dzieci – im wyższy poziom bezrobocia, tym niższa skłonność do podejmowania długotrwałych zobowiązań, czyli mniejsza skłonność do posiadania potomstwa. Tymczasem w ubiegłym roku bezrobocie wyraźnie spadało – w końcu roku liczba osób bez zajęcia była aż o ponad 330 tys. mniejsza niż w tym samym okresie roku poprzedniego. Powinno to więc zachęcać do podejmowania decyzji prokreacyjnych.

Tak się jednak nie stało. Rodzi się więc pytanie, w jaki sposób ograniczamy bezrobocie. Jaka jest jakość tworzonych miejsc pracy, skoro nie zwiększają one stabilności i bezpieczeństwa socjalnego osób, które znajdują zatrudnienie? W tej sytuacji trudno być dumnym z punktu widzenia demografa – ze spadku bezrobocia, które nie zachęca do rodzenia dzieci. Będzie ono zachęcać dopiero wówczas, gdy przybędzie stabilnej pracy na pełny etat z godziwym wynagrodzeniem. Dziś często jest tylko praca na czas określony albo w niepełnym wymiarze i z minimalną płacą.

>>> Polecamy: "Pracowaliście dla nas ciężko? To spadajcie". Londyn wyrzuca wykwalifikowanych imigrantów