Jej tytuł: „GDP: a Brief but Affectionate History”, czyli „O PKB historia zwięzła, jednak czuła”. Ja też wypowiem się o niej czule, bo przeczytałem ją w try-miga i polecam każdemu kto regularnie lub tylko przypadkiem odwiedził te strony. Tradycyjna literatura przedmiotu jest tyle obszerna co (najczęściej) odpychająca, bo pisana nieudolnie, w manierze wynaturzonego słownictwa, długimi zdaniami bez początku i końca, i słowotoku pokrywającego z reguły brak umiejętności przekazania istoty opisywanego zagadnienia. Autorka – Diane Coyle – umie natomiast rozjaśniać (bez nudzenia) mroki powszechnej w narodach w tej sprawie niewiedzy. Jest doktorem po Harvardzie, menadżerem (wiceszefowa BBC Trust), wykładowczynią uniwersytecką (Manchester), ale była też dziennikarką, więc zmieściła się na 140 stronach i pozostawia czytelnika ze świadomością, że ten wie już przynajmniej czego nadal nie wie.

Kto ma olej „w”, a państwo „na” głowie ten zastanawiać się powinien, ile z tego co wytworzy gospodarka można przeznaczyć na bieżące spożycie, ale ile zostawić na razie na boku, żeby było na rozwój kraju. Z myślenia takiego rozpoczął się jakieś dwa stulecia temu proces narodzin tzw. rachunków narodowych, do których potrzebne były dane liczbowe i wszelkie inne informacje. Jakieś 100 lat temu państwo przestało ograniczać się w gospodarce do pobierania podatków i danin. Dało to początek statystyce gospodarczej. Stąd pochodzenie słowa „statystyka” od „state”, czyli państwa.
Dlaczego wymyślono rachunki narodowe

Tytaniczny Angus Maddison wyjaśnia, że odwleczenie się czasu wynalezienia narzędzi w postaci rachunków narodowych, a potem PKB jest zrozumiałe, ponieważ „przed wiekiem XIX wzrost gospodarczy był znacznie wolniejszy i dlatego wiedza o nim wydawała się nieistotna lub nieinteresująca”. Geneza narzędzia w postaci PKB łączy się bezpośrednio z katastrofą wywołaną Wielkim Kryzysem lat 30. XX wieku oraz wysiłkiem Wielkiej Brytanii po wybuchu II wojny światowej. W obu przypadkach chodziło o policzenie zasobów i rozpoznanie prawdziwych możliwości oparcia się klęsce.

>>> Czytaj też: Polityka ma związek z PKB? To mit, przynajmniej w Polsce

Nie będę w tym omówieniu sięgał do korzeni i meritum jeszcze głębiej. Można je samemu je sobie wyciągnąć na światło dzienne podczas lektury książki, więc w kwestii samego narzędzia i jego konstrukcji tylko bardzo elementarne streszczenie. Produkt krajowy brutto służy do określenia możliwości gospodarczych kraju, a w szczególności tempa ich wzrostu (dlatego właśnie dane o PKB podawane są niemal wyłącznie w procentach jego wzrostu/spadku, a nie w wielkościach bezwzględnych).

W praktycznym ujęciu wskaźnik PKB to zatem wynik zliczenia produktów oraz usług wytworzonych przez gospodarkę danego kraju w jakimś czasie i porównania go z okresem poprzednim. W innych ujęciach PKB jest miernikiem strumieni dochodów lub wydatków. Skrótowo i dość przystępnie, trzy główne metody przedstawia tabela zacytowana w tej książce.

Zarysowane powyżej podejścia wydają się na pierwszy rzut oka zrozumiałe, ale ujawnia się mnóstwo pułapek i trudności, często nie do pokonania. Podstawowe podręczniki (instrukcje obsługi) dotyczące sporządzania szacunków PKB liczą wraz z komentarzem sporo ponad 1000 stron, a i to nie wystarcza najwybitniejszym nawet ekspertom, tak to wszystko trudne. Miernik w postaci PKB jest więc w efekcie bardzo niedoskonały, głównie dlatego, że przedmiotem pomiaru jest pojęcie wywodzące się wprawdzie z realnego świata działalności gospodarczej człowieka, ale jednocześnie abstrakcyjne, sztuczne, niejednoznaczne, trudne do uchwycenia.

Podam własny przykład, bardzo niewyszukany. PKB wyodrębniamy m.in. z użyciem metody sumowania wartości dodanych. Jest wytwórnia fortepianów. Powstają w niej gotowe instrumenty, ale struny i młoteczki są od kooperujących z nią dostawców. Zgodnie z zasadą odejmowania „wsadu” wartością dodaną powstającą w fabryce fortepianów jest wyłącznie czarne pudło, z pokrywą, z pedałami i na czterech nogach. Takie coś jest realne, ale generalnie abstrakcyjne, bo niemal nikomu niepotrzebne (wyjątek to osoby próżne, nieumiejące grać, a jednocześnie chytre) podczas gdy od gospodarki oczekujemy rzeczy doskonale użytecznych. Z kolei, dostawca młoteczków wykrawa je tylko z kawałków drewna przysłanego mu przez tartak, więc u tego speca liczymy tylko kształt i maestrię wycięcia młoteczka, bo drewno trzeba odjąć. Nie każdy dostrzeże tu paradoksy, ale kto zdołał, ten domyśla się już, ile pułapek pojawi się na dalszych i innych drogach szacowania PKB.

Mylące porównania

Użyteczność miernika w postaci PKB ujawnia w porównaniach: „dziś” rośniemy szybciej niż kiedyś, „wczoraj” rozwijaliśmy się wolniej, PKB państwa X wzrosło w ubiegłym roku bardziej niż w rywalizującym z nim państwem Y itd. Porównania w czasie są możliwe dzięki eliminowaniu skutków inflacji/deflacji, a w przestrzeni dzięki sprowadzaniu różnych walut do jednego mianownika. Tu ujawnia się jednak całe mnóstwo kolejnych zasadzek. Miejsca wystarczy na wzmiankę o dwóch.

Do listopada 2010 r. Ghana zaliczana była przez ONZ do państw biednych (low-income) jednak zdołała pozbyć się tego miana w ciągu jednej zaledwie nocy. Z 5 na 6 listopada tego roku PKB tego afrykańskiego kraju wzrosło o 60 proc. i wskutek tego Ghana stała się państwem w niskich stanach dochodu średniego (low-middle-income), co brzmi ładniej, ale pozbawia pomocy, którą świat przeznacza dla państw najbiedniejszych. Przyczyna była prozaiczna. Tamtejszy GUS postanowił poprawić niezmieniane przez 17 lat wagi używane do sporządzania indeksów cenowych służących do wyliczania PKB realnego, tj. oczyszczonego z wpływów inflacji. Tego rodzaju poprawki zdarzają się wszędzie i bardzo często, choć tak spektakularne zmiany będące ich efektem należą na szczęście do zdarzeń pojedynczych.

>>> Czytaj też: Miały być motorem, a mogą zatopić światową gospodarkę. Co się dzieje z krajami BRIC?

Opinia publiczna wierzy, że PKB jest uniwersalną miarą rzetelnych porównań międzynarodowych, choć stwierdzenie to jest (niemal) prawdziwe przede wszystkim w przypadku porównań państw na podobnym poziomie rozwoju. Pierwsze z wielu utrudnień wynika z niedoskonałości kursów walutowych.

W próbie wyeliminowania skutków niewspółmierności oraz nadreaktywności/ospałości w zmianach kursów ekonomiści zwrócili się w stronę bezpośredniego porównywania cen w poszczególnych, a po kilku dekadach w (prawie) wszystkich, państwach świata co, biorąc pod uwagę potężniejącą co rusz listę towarów i usług, jest zadaniem herkulesowym. Powstała w ten sposób metoda PPP, czyli parytetu siły nabywczej (purchasing power parity), która do pewnego stopnia urealnia porównania i pokazuje, że różnica wielkości PKB między krajami bogatymi i biednym jest mniejsza niż przy prostym przeliczaniu za pomocą kursów walutowych. Także PPP ma jednak swoje duże słabości i są tacy, którzy twierdzą, że silnie zamazuje duże ciągle różnice w wysokości PKB poszczególnych państw. Ci krytycy stworzyli więc metodę „prawdziwego PPP” (true PPP).

Ilustracji problemu dostarczają różne porównania PKB per capita za 2005 r. w USA i Demokratycznej Republice Kongo (to wielkie Kongo, ze stolicą w Kinszasie). Gdyby użyć przeliczenia PKB za pomocą kursu walutowego Kongijczyk byłby biedniejszy od Amerykanina 397 razy. Jeśliby użyć PPP wg metodologii Banku Światowego, żeby dorównać mieszkańcowi USA musiałby wytworzyć nad rzeką Kongo 236 razy więcej PKB, a wg innych wariantów PPP współczynnik byłby jeszcze mniejszy i wynosiłby od 190 do 248. W metodzie „prawdziwego PPP” potencjał wytwórczy tych państw jest (podobno) od 380 do 502 razy mniejszy na niekorzyść Konga. Dla mieszkańca sytej Ameryki, czy Europy różnica sprowadza się jednak wyłącznie do przelotnej konstatacji, że Kongo jest „bardzo biedne”, albo „bardzo-bardzo-bardzo biedne”, co stwierdziwszy wróci do pałaszowania codziennego kotleta o średnicy patelni.

Bezmiar niezmierzonej pracy

PKB to instrument statystyczny, który spisywał się nieźle w czasach produkcji masowej, kiedy filarem gospodarki były policzalne dobra materialne. Dziś królują usługi, a obliczanie ogromnego dziś ich komponentu w PKB rodzi koszmarne problemy. Gospodarka brytyjska „wzrastała” przez kilka lat po 2008 r. w tempie bliskim zera, ale mimo to rosło w Wielkiej Brytanii zatrudnienie. W tradycyjnym wnioskowaniu i w modelu gospodarczym opartym na ilości wytworzonych produktów materialnych oznaczałoby to skutek w postaci spadku wydajności. Nic takiego nie miało faktycznie miejsca. Dlaczego?

Metoda PKB nie jest w stanie uchwycić wydajnej pracy pielęgniarek, ogrodników, informatyków, stylistów i ludzi świadczących najrozmaitsze inne usługi, których nie da się dobrze zmierzyć metrem, wagą lub stoperem. Wielkości niepoliczone wypadają z rachunku PKB; choć po rozpoznaniu problemu można je po jakimś czasie oszacować i dodawać w sposób arbitralny. Nietuzinkowo skwitował to Kevin Kelly – współzałożyciel magazynu Wired. Uznał po prostu, że pojęcie wydajności rozumianej jako wielkość czegoś na godzinę, dzień, czy rok jest dobre dla robotów i automatów, bo człowiek stworzony jest do mistrzostwa w marnowaniu czasu, do zabawy, eksperymentu, kreacji i eksploracji.

Od początku dyskusje wywołuje nieuwzględnianie w PKB wielkiej pracy wykonywanej (głównie) przez kobiety w domu. Najkrócej problem ten ująć można za pomocą paradoksu wdowca, który poślubiając swą dotychczasową gosposię i zaprzestając wypłacania jej wynagrodzenia, obniża PKB swego kraju.

>>> Czytaj też: Jak rosną gospodarki krajów UE? Zobacz najnowsze dane o PKB

Dochodzą do tego wielkie kłopoty z pomiarem wkładu usług finansowych do PKB. W tym jedynym miejscu autorka raczej nie podołała zadaniu. Próbowała wprawdzie objaśnić zawiłości z tym związane (we wszelkich usługach zarabia się generalnie na gorzej lub lepiej policzalnych opłatach, ale banki zbijają majątki głównie na różnicy między ceną udzielonego kredytu a kosztem depozytu lub pożyczki na rynku międzybankowym). Prawdę mówiąc, po lekturze tego fragmentu wciąż wiem jednak tylko, że niemal nic nie wiem.

Ciekawa jest sprawa z usługami darmowymi, choć nie bezkosztowymi. Znakomita większość użytkowników Internetu korzysta w Wikipedii, która powstaje wielkim, ale nieopłaconym (z reguły) wysiłkiem tysięcy encyklopedystów-woluntariuszy. Korzystanie jest darmowe, a PKB to koncept wyłącznie rynkowy i monetarny. Ile produktu brutto zostało niepoliczone w przypadku Wikipedii? Lepiej jest z Google, bo główny ekonomista tego lewiatana Hal Varian oszacował, że pożytek osiągany przez użytkowników darmowej wyszukiwarki wynosi nie mniej niż 150 mld dolarów rocznie. Ekonomista Michael Mandel postuluje wręcz, żeby w PKB zaczęto uwzględniać trzecią kategorię pn. „informacje”, która uzupełniłaby dominujące dwie, tj. dobra materialne i usługi.

Czym zastąpić PKB

Na tym tle trzeba zgodzić się z autorką, że okres świetności narzędzia PKB w obecnej postaci minął w XX wieku. W szerokiej praktyce pomysł w formie PKB stosowany jest mniej więcej 70 lat więc osiągnął już wiek emerytalny. Krytyka krytyką, ale z PKB jest jak z zachodnią demokracją – koślawa i zadowala mało kogo, ale na podorędziu nie ma nic sensownego w zamian.

Myślenie idzie w kierunku bardziej wszechstronnego pomiaru uwzględniającego nie tylko tempo marszu, ale również przebyty już dystans. Koncept PKB w żadnym razie nie służy bowiem do oceny i porównań dobrobytu, bo wskaźnik ten nie mierzy wartości aktywów (majątku), ani sumy bilansowej. Dlatego czynią złą robotę i wprowadzają zamieszanie te osoby, które w celach niby-edukacyjnych próbują rozwijać akronim PKB w wyrażenia w rodzaju: „poziom krajowego bogactwa”. Z drugiej strony, oczywiste jest stwierdzenie, że rozmiary i tempo wzrostu PKB wpływają na poziom dobrobytu.

Diane Coyle sądzi, że jednym z rozwiązań zapewniającym bardziej kompleksowy pomiar uwzględniający poziom dobrostanu i dobrobytu może być podejście nazywane „deską rozdzielczą” (dashboard). Nawiązuje ono do pracy kierowcy, a jeszcze bardziej pilota samolotu wpatrującego się w zegary, sygnalizatory i czujniki rozmieszczone pod przednią szybą. Obiecująca próba tego rodzaju to przedsięwzięcie OECD pn. Better Life Index polegające na porównywaniu 11 różnych wskaźników. Jej zdaniem, indeksy te nie nadają się wprawdzie do kształtowania polityki makroekonomicznej, ale dobrze obrazują możliwości wyboru między wzrostem krótkowzrocznym a tzw. zrównoważonym (sustainable).

Z żalem stwierdzam, że objętość przeznaczona na recenzję nie jest z gumy, a oryginalnych wątków wystarczyłoby na tekst o kilkakrotnie większej objętości. Omówienie zakończę więc domniemaniem, że większość ekonomistów, nawet tych z cenzusem, nie odpowie prawidłowo na pytanie, co oznacza słówko „brutto” w nazwie PKB?.

Nie wiecie? – to odpowiem (po lekturze książki). Produkt jest brutto, ponieważ nie uwzględnia się w nim skutków deprecjacji, czyli normalnego, codziennego zużycia aktywów, dzięki którym powstaje to coś bardziej abstrakcyjnego, niż realnego, co nazwano PKB. Gdyby uwzględnić to zużycie, produkt byłby netto i byłby to użyteczniejszy wskaźnik, cholernie jednak trudny do określania.