Najlepszym dowodem na potwierdzenie jakości naszych żołnierzy jest to, że od początku ubiegłego roku jesteśmy jednym z państw ramowych Sojuszu Północnoatlantyckiego w zakresie sił specjalnych. – Możliwość dowodzenia wielonarodowym komponentem sił specjalnych w operacjach Sojuszu to ogromny prestiż, ale i olbrzymia odpowiedzialność – mówił w trakcie certyfikowania wojsk ówczesny dowódca wojsk specjalnych generał Piotr Patalong. Oprócz Polski wśród 28 państw NATO taką zdolność mają jeszcze USA, Francja, Wielka Brytania, Hiszpania, Turcja i Włochy.

O tym, że polskie siły specjalne cieszą się uznaniem np. Amerykanów, może świadczyć to, że jako jedyni z sojuszników mamy trzech żołnierzy, którzy zostali odznaczeni Medalem Dowództwa Operacji Specjalnych USA (USSOCOM), przyznawanym za szczególne osiągnięcia w tego rodzaju działaniach. Są to właśnie Patalong, obecny dowódca Centrum Operacji Specjalnych gen. Jerzy Gut i był nim gen. Włodzimierz Potasiński (zginął w katastrofie w Smoleńsku).

Choć nadal w Polsce synonimem komandosa jest gromowiec, to oprócz oddziału z Rembertowa mamy jeszcze pięć innych jednostek specjalnych. Obecnie w ramach NATO Response Forces swoją służbę dyżurną pełnią żołnierze z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu. Oznacza to, że tak naprawdę w każdym momencie mogą zostać przerzuceni w rejon działań wojsk państw Sojuszu.

Na co dzień ci żołnierze mają podobne zadania jak GROM, czyli specjalizują się w akcjach na tyłach wroga, w odbijaniu zakładników czy eliminowaniu niewielkich oddziałów terrorystów. W Afganistanie służyły zarówno zespoły bojowe z Lublińca (Task Force 50), jak i z GROM-u (Task Force 49). – Na początku wojny Amerykanie naprawdę mieli pole do popisu. Wychodzili z bazy we czterech, po dwóch snajperów i dwóch JTAC-ów (żołnierzy odpowiedzialnych za naprowadzanie m.in. samolotów na cel). Wychodzili na długie dni. My już tak nie działaliśmy, ale swoje dołożyliśmy, na pewno dobrze się tu zapisaliśmy. Pomogliśmy też szkolić Chorwatów – opowiadał mi gromowiec, który był na kilku misjach. Z kolei oficer współpracujący z siłami specjalnymi opowiadał, że było widać, jak w Afganistanie Lubliniec wyrósł i nabrał pewności siebie, żołnierze sprawdzili się w boju i to im dużo dało. Nie zmienia to jednak faktu, że przez resztę wojska specjalsi są często traktowani z pewną zazdrością – mają lepszy sprzęt, wiadomo, że więcej potrafią. Ale wbrew pozorom, choć w Afganistanie zginęło kilkudziesięciu Polaków, to był to tylko jeden żołnierz sił specjalnych. Zabijano głównie na patrolach, bombami domowej roboty, a komandosi mieli zupełnie inne zadania. W ich wypadku role się odwracały, to oni na podstawie danych wywiadowczych polowali na talibów.

Amerykański wzór

Oprócz GROM-u i Lublińca zadania stricte bojowe na pierwszej linii ma wypełniać również Morska Jednostka Działań Specjalnych Formoza, która tworzona jest nieco na wzór amerykańskich Navy Seals. Jej nazwa pochodzi od położenia gdyńskiej bazy jednostki (kiedyś używanej przez Niemców) i jest ona mniej liczna od wcześniej wspomnianych. Nie zmienia to faktu, że jest równie doskonale wyszkolona (także żołnierze tej jednostki byli częścią Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie).

Jednak nawet najlepiej wyszkoleni operatorzy potrzebują wsparcia. Z myślą o tym w 2008 r. sformowano więc w Krakowie jednostkę Nil, która ma się zajmować głównie zabezpieczeniem logistycznym i łącznością. Oczywiście w razie potrzeby ci żołnierze także mogą brać udział w regularnych działaniach bojowych. Jeszcze młodsza jest jednostka Agat, która została sformowana na podstawie oddziałów specjalnych Żandarmerii Wojskowej. Ma ona odpowiadać m.in. za zabezpieczenie tyłów w operacjach specjalnych, ale także za ochronę kluczowych obiektów strategicznych. W pewnym sensie jest wzorowana na amerykańskich rangersach. – Jestem bardzo zadowolony z działalności tej jednostki. W 2004 r., gdy tworzyłem oddziały specjalne Żandarmerii • ojskowej, nawet nie było jeszcze dowództwa wojsk specjalnych. Dziś AGAT stanowi doskonałe uzupełnienie naszych sił specjalnych – mówi pomysłodawca utworzenia jednostki gen. Bogusław Pacek.

Z kolei za zabezpieczenie lotnicze i transport odpowiada 7 Eskadra Działań Specjalnych, która m.in. obsługuje loty samolotów bezzałogowych pozwalających na doskonałe rozpoznanie terenu w trudnych warunkach. Problemem jest jednak brak wystarczającej liczby jednostek, np. w Afganistanie polscy komandosi korzystali z amerykańskich blackhawków – śmigłowców, które pozwalały na szybkie dotarcie w rejon zapalny. Nasi piloci nie latali nocą, poza tym nie chcieli lądować, gdy nachylenie terenu przekraczało dwa stopnie (w górzystym Afganistanie to poważny problem, dobrze wytrenowani piloci potrafią to robić nawet na spadkach większych niż 10 stopni). Między innymi dlatego tak potrzebny jest rozwój jednostki w Powidzu.

W sumie w stutysięcznej polskiej armii służy ponad dwa tysiące żołnierzy sił specjalnych. Możliwe, że w najbliższych latach ta liczba będzie się powiększała. Nie zmienia to jednak faktu, że kilka spraw komandosów wymaga uregulowania. Chociażby różne wynagrodzenia za te same zadania (patrz rozmowa poniżej) lub inna rekompensata w przypadku śmierci żołnierza w boju i w trakcie ćwiczeń (tę kwestię poruszyła na sejmowej komisji obrony posłanka Renata Butryn).

W najbliższym czasie polscy komandosi mogą się też spodziewać nowego sprzętu. – Planujemy zakup m.in. indywidualnego wyposażenia żołnierza – termowizji i noktowizji – zapowiada ppłk Artur Goławski z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Wiadomo także, że kupionych ma być 75 pojazdów wielozadaniowych dla sił specjalnych, specjalne łodzie, które będą mogły pływać zarówno na wodzie, jak i pod wodą oraz bezpilotowce klasy mikro – pseudonim „Ważka”. Mają one służyć do obserwacji najbliższej okolicy miejsca, w której operują oddziały specjalne. ©

>>> Polecamy: Rosja zmienia strategię wojskową. Chce być morską potęgą