Świat stanął na progu przepaści – media, politycy oraz eksperci każdego dnia prześcigają się w fatalistycznych diagnozach, które ukazują powszechny upadek społecznych norm. Słowem – nie ma pracy, nie ma miłości, niczego nie będzie. Cytowane wyniki statystycznych badań i naukowych opracowań wydają się potwierdzać, że rodzina i praca przestały być w naszym życiu pewnikami, że nastąpiła przemiana, wykiełkowało nowe społeczeństwo, z innymi wartościami i oczekiwaniami.

Eksperci wyliczyli, że jeśli demografia nie sprawi nam niespodzianki, to obecne trendy doprowadzą w Polsce za dwie, góra trzy dekady do sytuacji, w której 60–70 proc. gospodarstw domowych będzie liczyło najwyżej dwie osoby. Dzieci, jeśli się pojawią, będą jedynakami. Już dziś jest prawie 4 mln osób samotnych, a ich liczba ciągle się zwiększa. Dzieje się tak zwłaszcza w dużych miastach, które powoli zamieniają się w skupiska samotników, kontaktujących się ze sobą za pomocą internetu, bez większych szans na stworzenie rodziny i posiadanie potomstwa.

Większość z tych osób nie chce się łączyć w związki małżeńskie, świadomie godząc się na takie życie. Co więcej, takie wybory spotykają się z powszechnym przyzwoleniem. Z drugiej strony, co także pokazują badania, wciąż bardzo wysoko oceniana jest instytucja małżeństwa, która niezmiennie jest dla nas jedną z najważniejszych wartości. Sprzeczność wynikająca ze zderzenia postaw ponowoczesnych (być singlem) z wiarą w moc tradycji (ważna jest rodzina) jest tylko pozorna – eksperci tłumaczą to m.in. większą dojrzałością młodych ludzi i ich coraz silniejszym poczuciem odpowiedzialności. Nie chcą tworzyć rodziny, choć o niej marzą, bo uważają, że nie będzie ich na nią stać. Że perspektywy ekonomiczne są zbyt kiepskie i nie chcą unieszczęśliwić dzieci, które by się w takim związku pojawiły. Własna rodzina stanowi dla nich nieosiągalny luksus.

Ten strach przed przyszłością podgrzewają informacje z rynku pracy – np. według opublikowanego w tym roku raportu Polskiego Badania Panelowego POLPAN „Niepewne uczestnictwo – młodzi na polskim rynku pracy w latach 2008–2013” w badanym okresie sytuacja młodych w wieku 21–25 lat uległa wyraźnemu pogorszeniu. Odsetek młodych ludzi zatrudnionych na umowy na czas określony, w tym wszelkiego rodzaju kontrakty śmieciowe, sięgnął w naszym kraju prawie 70 proc., przy unijnej średniej ok. 40 proc. Z kolei z badania POLPAN-u z 2014 r. „Niepewność zatrudnienia. Kto jej doświadcza? Czy to stan chwilowy?” wynika, że takie niestandardowe zatrudnienie wiąże się z większym poczuciem niestabilności zawodowej. Statystyki są nieubłagane – spośród osób, które w 2008 r. miały stałą pracę na czas nieokreślony, tylko co dziesiąta była w 2013 r. na bezrobociu, a aż 74 proc. wciąż pracowało na stałej umowie. Dla porównania – spośród tych, którzy w 2008 r. imali się dorywczych prac, w 2013 r. bez zajęcia był co piąty, a zaledwie 36 proc. zdobyło etat.

Powszechna ocena rynku pracy jako miejsca wyzysku potęguje obawy przed usamodzielnieniem, co powoduje, że coraz więcej młodych ludzi niejako przedłuża sobie młodość, pozostając w rodzinnych domach. Według danych Eurostatu już prawie 45 proc. Polaków w wieku 25–34 lata mieszka z rodzicami. Dziewięć lat temu takich ludzi było 9 proc. mniej. Dla przykładu w Niemczech w rodzinnym domu pozostaje co szósty trzydziestolatek, a we Francji co dziesiąty. W państwach skandynawskich jeszcze mniej – ok. 4 proc. Ale Polacy nie tylko unikają opuszczenia rodzinnego gniazda, zaczęli też żyć na konto rodziców. Połowa trzydziestolatków dostaje od mamy i taty dodatkowe pieniądze na utrzymanie, a co czwarty jest całkiem na ich garnuszku. Z drugiej strony Eurostat pokazuje, że dwóch na trzech absolwentów uczelni mieszkających z rodzicami ma stałą pracę, więc – jak wnioskują specjaliści – to nie brak zatrudnienia jest główną przyczyną pozostawania w zaciszu domowym. Co więcej, wchodzące obecnie w dorosłe życie pokolenie – nazywane często straconym czy roszczeniowym – nie chce brać kredytów mieszkaniowych i harować w korporacjach, stając się bezosobowym trybikiem w maszynach do zarabiania pieniędzy. Mając świat na wyciągnięcie ręki (paszport w kieszeni, tanie linie lotnicze, ustawionych znajomych za granicą), widząc w internecie, jakie są możliwości rozwoju, jak wiele jest różnorodnych ścieżek kariery, nie zależy już im na stałej umowie. Praca dorywcza – dziś tu, jutro tam – stała się czymś oczekiwanym, przydatnym.

>>> Czytaj też: Życie na kreskę. Kiedyś było piętnem, dziś przepustką do prestiżu

Staliśmy się tchórzami?

Wobec takiej masy sprzecznych ze sobą wyników badań nasuwa się pytanie: co tak naprawdę sprawiło, że staliśmy się tchórzami, bojącymi się wziąć za innych odpowiedzialność, egoistami wybierającymi życie tylko na własny rachunek i bez zobowiązań.

– A staliśmy? Polska to dziś republika sondażowa, gdzie wszyscy z lubością czytają i słuchają, jacy to jesteśmy. Ile procent z nas lubi to, ile woli tamto, kto co popiera, a kto jest przeciw. Media domagają się uogólnień, najlepiej atrakcyjnych i zaskakujących, a eksperci dostarczają im takich wyników badań. Stwierdzenie, że młodzi nie garną się do stabilnej pracy, jest z pewnością prawdziwe. Ale tak samo jak stwierdzenie, że młodzi do stabilnej pracy jednak się garną. Jak jest naprawdę, trudno powiedzieć, bo wyniki zależą od tego, kto pyta, kogo pyta, kiedy i gdzie. Bo ta prawda o Polsce jest skomplikowana, społeczeństwo jest byt mocno zróżnicowane, by można było je opisać prostą statystyką sondażu – zastrzega dr Tomasz Grzyb, psycholog społeczny z Uniwersytetu Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.

Żyjemy, kontynuuje ekspert, w tak wielkim przeładowaniu informacyjnym – dość powiedzieć, że w XVIII w. człowiek zdobywał przez całe życie tyle informacji, których dziś dostarcza weekendowe wydanie „New York Timesa” – że napływające dane są sprzeczne. Jednak musimy się do nich odnieść, więc oczekujemy sprowadzenia społecznych zachowań do wspólnego mianownika, który łatwiej zrozumieć.

– Obserwacja, że młodzi nie chcą się tak szybko usamodzielniać, że wolą pracę dorywczą i nie zależy im na stałych umowach, dotyczy głównie mieszkańców dużych miast, osób wykształconych, specjalistów, którzy mogą sobie na to po prostu pozwolić. Oni mają większą świadomość ekonomiczną, wiedzą, że etat oznacza konieczność płacenia dużej części pensji na ZUS, a z ich perspektywy to bez sensu, bo większość planuje założyć firmę, w której ZUS-u się unika. Wybierają niepewność zatrudnienia na własne życzenie, bo widzą dla siebie wiele różnych możliwości rozwoju i nie chcą być związani stałymi umowami. Młoda dziewczyna z małej prowincjonalnej miejscowości ma zupełnie inną perspektywę – dla niej stabilna praca, na etat, w miejscowym urzędzie to marzenie. W jej przypadku praktyka zawierania umów czasowych jest koszmarem niepewności – tłumaczy psycholog z wrocławskiej uczelni.

Naukowcy podkreślają, że oceny tej samej rzeczywistości i wynikające z niej zachowania są silnie uzależnione od grupy wiekowej, cech społecznych i demograficznych. – Różni nas nie tylko to, gdzie mieszkamy, ile mamy lat i jaki jest nasz status materialny. Ważna jest także struktura możliwości, to, co nas otacza, na ile możemy na to wpływać, zmieniać. Stąd określenia pokoleń: X, Y czy Z. Na przykład osoby urodzone po stanie wojennym zupełnie inaczej niż ich rodzice podchodzą do kredytu, rodziny czy zmiany miejsca zamieszkania. Widać to szczególnie w grupie migrantów. Ich drogi wyboru są zmienne o wiele dynamiczniej niż osób, które nigdy nie zdecydowały się wyjechać na dłużej z rodzinnej miejscowości – wyjaśnia prof. Izabela Grabowska, socjolog z nowo powstałego ośrodka Młodzi w Centrum Uniwersytetu SWPS.

Osoby z takim doświadczeniem – wskazuje ekspertka – znacznie łatwiej podejmują decyzje o zmianie pracy i np. rzadziej decydują się na kredyty mieszkaniowe. Ich biografia zawodowa jest bogatsza – pojawiło się nawet określenie: skoczkowie, czyli ci, którzy zatrudnienie w danej firmie traktują tylko jako pewien – raczej dość krótki – etap w karierze.

Dynamika zmian pokoleniowych jest dziś tak duża, że różnica zaledwie pięciu lat to już przepaść. Ważne przy tym są cechy osobowościowe – umiejętności odniesienia się do otaczającej nas rzeczywistości – jednych zmiany paraliżują przed działaniem, innym dają kopa. Czy jesteśmy osobami innowacyjnymi, które potrafią wyjechać, założyć firmę, czy też odtwórczymi, które pozostają w działaniach rutynowych, stosując naśladownictwo bez głębszej refleksji. – Brytyjski socjolog Anthony Giddens wskazuje, że otaczający nas świat nie jest nam narzucony. Struktury społeczne nas kształtują, ale my poprzez nasze działania również je kształtujemy – opisuje prof. Izabela Grabowska.

Dlatego osoby o skłonnościach innowacyjnych łatwiej się odnajdują i dostosowują do zmian wynikających z globalizacji. Wolnym strzelcom niestraszne są śmieciowe umowy, agencje pracy tymczasowej czy praca na zastępstwo. Dla nich niestabilność, niepewność zatrudnienia jest normą, ba, nawet czymś pożytecznym, bo nie wymaga wiązania się długimi kontraktami z pracodawcą. Rutynowcy, którzy boją się podjąć ryzyko, gniazdownicy, którzy wolą ciepło i bezpieczeństwo rodzinnego domu pod skrzydłami rodziców, są bardziej skłonni panikować i oceniać rzeczywistość na podstawie mitów – że pracy jest coraz mniej, a jak już jest, to wyjątkowo łatwo ją stracić.

– Takim przykładowym mitem jest powszechna negatywna ocena agencji pracy tymczasowej. Firmy te zaczęły masowo powstawać w krajach dotkniętych kryzysem, bo takie było zapotrzebowanie borykających się z problemami finansowymi przedsiębiorstw (nawet z zerogodzinną umową, czyli wzywaniem pracownika wówczas, kiedy jest zadanie do wykonania). Ktoś, kto nie doświadczył pracy w takiej agencji, najczęściej powtarza mit, że panuje tam wyzysk i nagminnie łamie się zasady kodeksu pracy. A realia są takie, że te agencje statystycznie najlepiej pilnują godzin pracy i zarobków swoich podopiecznych, bo ich funkcjonowanie opiera się właśnie na drobiazgowym rozliczaniu z kontrahentem każdej minuty – wylicza socjolog z Uniwersytetu SWPS.

Konsekwencją takiej bezrefleksyjnej wiary w mity były problemy ze skompletowaniem pracowników do wolnej strefy ekonomicznej w Wałbrzychu. W mieście tym rynek pracy przez lata ograniczał się do przemysłu węglowo-koksowego, z przywilejami górniczymi, rozbudowanym socjalem, stałymi etatami i poczuciem stabilności zatrudnienia. Gdy powstała strefa i potrzeba było tymczasowych pracowników, agencje musiały sprowadzać ludzi spod Opola, bo w Wałbrzychu, mimo wysokiego bezrobocia, nie było chętnych do pracy „na chwilę” przy proponowanych stawkach. Ludzie woleli się wycofać z lokalnego rynku pracy albo wyjechać do pracy sezonowej w Czechach czy w Niemczech.

Eksperci obserwują przy tym rosnący wskaźnik neotenii – pozostawania cech dziecięcych u dorosłych. Można powiedzieć, że z pokolenia na pokolenie społeczeństwo dziecinnieje. Coraz później wchodzi w dorosłość. Stare panny i kawalerowie byli jeszcze niedawno obiektami kpin i zaniepokojenia ich rodzin, dziś to oznaka niezależności, zaradności oraz szansa na karierę.

– Jeszcze w latach 70. osiemnastolatek, żeby mógł decydować o sobie, musiał się wyprowadzić z domu. Jeśli chciał mieszkać z rodzicami, całkowicie się im podporządkowywał. To był dość prosty wybór – pozostanie w rodzinnym gnieździe, czyli bezpieczeństwo kosztem wolności, albo hotel robotniczy – wolność kosztem bezpieczeństwa. Dzisiaj młodzi mają jedno i drugie, nie opuszczając gniazda. Mija im trzydziestka, a oni wciąż się bawią. A otoczenie, w tym media, nie tylko to tolerują, lecz także wspierają takie postawy. Pewnie dla wielu byłaby szokiem informacja, że wieczny młodzieniec Kuba Wojewódzki ma 52 lata. Ale media wciąż pokazują go jako beztroskiego chłopca – wskazuje dr Tomasz Grzyb.

>>> Czytaj też: Klienci banków to niewolnicy XXI wieku

Małp jest coraz mniej

Zwraca przy tym uwagę na jeszcze jedną przyczynę upadku etosu pracy. W dobie globalizacji i utylitarnym podejściu do wykonywanych obowiązków dla wielu grup zawodowych, zwłaszcza w korporacjach, praca straciła odwieczny sens. – Jeśli kierowca autobusu nie przyjdzie do pracy, jego kurs wypadnie z rozkładu i jakaś grupa ludzi nie dotrze na czas do celu. Jeśli piekarz zaśpi i nie upiecze chleba, dla części osób zabraknie świeżego pieczywa. A jak junior account manager nie dotrze do biura i nie wyśle raportu, to co się stanie? Nic. Jakie będzie to miało konsekwencje poza pretensją przełożonego? Żadnych. Trudno tu mówić o motywacji do pracy. Taki pracownik w końcu zadaje sobie pytanie: po co to robię i co ja tu robię. Wykonywanie w dłuższym okresie pracy, w której nie ma niczego innego poza organizowaniem środowiska do zarabiania pieniędzy, jest niezdrowe – ostrzega psycholog z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Brytyjski filozof Alan Watts – przypomina naukowiec – zapytał kiedyś studentów na ostatnim roku, co chcieliby robić w życiu. Odpowiadali, że chcą być artystami, podróżować, ale że nie będą tego robić, bo muszą zająć się zarabianiem pieniędzy. Wtedy Watts odwrócił pytanie: z tego, co chcesz robić, uczyń pracę. – Praca kasjerki w Biedronce jest bardziej użyteczna społecznie niż praca w koncernie. W dostarczaniu ludziom wiadomości przez listonosza jest coś metafizycznego. Oczywiście czytający to pracownicy hipermarketów będą mieli zupełnie inne zdanie na ten temat, jednak z psychologicznego punktu widzenia dopóki nie odnajdziemy w wykonywanej pracy czegoś sensownego, marnujemy sobie życie. Jeśli ulegniemy zasadzie n + 1, czyli nieustannemu pragnieniu posiadania więcej niż osiągnęliśmy, nie unikniemy odwiecznego wyścigu szczurów, czy to będąc kasjerką, czy menedżerem – podsumowuje dr Tomasz Grzyb.

Samotnej pogoni za sukcesem finansowym sprzyja rozbicie interakcji społecznych – łatwiej jest pozostać indywidualistą, skupiając się na kontaktach internetowych i ograniczając spotkania ze znajomymi do weekendowych wypadów na piwo. Rozwój technologii umożliwia dziś bycie w zasięgu non stop. Prawdziwe, trwałe relacje społeczne zamieniliśmy w protezę – znajomych na portalach społecznościowych.

– Według brytyjskiego antropologa Robina Dunbara jesteśmy w stanie utrzymywać regularne i wartościowe kontakty z maksymalnie 150 osobami. Taka grupa jest w stanie sobie wzajemnie pomagać, wspierać, mieć realny na siebie wpływ. Ale teraz każdy ma setki, jeśli nie tysiące znajomych. To całkiem nowe doświadczenie nie tylko indywidualne, lecz także w skali społecznej. Niestety już widać, że tak łatwy dostęp do kontaktowania się z każdym, gdziekolwiek jest i o każdej porze, powoduje spłycenie tych kontaktów. Kiedyś by spotkać się ze znajomym, potrzeba było wysiłku. Nikt nie jechał na drugi koniec miasta, by zamienić tylko kilka ogólnych zdań. Gdy już doszło do spotkania, to było ono intensywne i pełne emocji. A dzisiaj stawia się kolegom wirtualne piwo na Facebooku. I nikt nie widzi w tym absurdu – zauważa psycholog z wrocławskiej uczelni.

Komfort posiadania tak wielu pozornych przyjaciół, bo tak naprawdę na ich pomoc nie można liczyć, to także – zdaniem eksperta – konsekwencja długiego okresu dobrostanu, który nas otacza. Jakkolwiek by oceniać kondycję państwa, gospodarkę, nigdy w historii nie żyliśmy w tak obfitych w dobra czasach. Nie zależy nam już aż tak bardzo na podtrzymywaniu ścisłych więzi z przyjaciółmi, a nawet z własną rodziną, bo ich wsparcie nie jest już nam niezbędne. Szkoda wysiłku, skoro jednym kliknięciem można skorzystać z protezy i połączyć się z wirtualnym przyjacielem.

– Silne przywiązanie do rodziny to cecha społeczności żyjących w biedzie. Tam, gdzie się walczy o przetrwanie, na indywidualizm nie można sobie pozwolić. Bogatemu nie zależy na małżeństwie, może zapomnieć o wujkach, dla biednego każdy wujek jest na wagę złota. W środkowej Afryce żyje gatunek goryli, które w okresie prosperity, gdy z pożywieniem nie ma problemu, zostają singlami. Gdy zaczyna się trudny czas, brakuje jedzenia i życie staje się walką o przetrwanie, zbijają się w grupy, bo tak łatwiej im przetrzymać trudny okres. Jesteśmy trochę jak te goryle: w ostatnie tłuste lata obserwowaliśmy wzrost odsetka rozwodów i spadek liczby małżeństw. Gdy kolejne kryzysy ostudziły konsumpcyjne apetyty, zaczynamy zauważać braki w kontaktach międzyludzkich – wyjaśnia dr Tomasz Grzyb.

I nie byłoby w tym nic złego, w końcu człowiek pochodzi od małpy, gdyby nie słowa znanej zoolog Jane Goodall, która w niedawnym wywiadzie przypomniała, że w ciągu ostatnich 50 lat liczba małp na świecie spadła z 2 mln do 300 tys. Grozi im wyginięcie.