Z trudem, ale jednak dobiega końca budowa terminalu LNG do odbioru skroplonego gazu dostarczanego drogą morską, który ma nas uniezależnić od rosyjskiego gazu.

Wszyscy, którym leży na sercu bezpieczeństwo energetyczne kraju – politycy, media, eksperci, przedsiębiorcy, ogół obywateli interesujących się gospodarką – wypatrują obecnie w Zatoce Pomorskiej pierwszego gazowca z ładunkiem skroplonego gazu dla gotowego już prawie terminalu w Świnoujściu. Prawdopodobnie przyjdzie na tę chwilę, biorąc pod uwagę czas potrzebny na "odbiory" i rozruch, poczekać nawet do początków przyszłego roku.

Budowa terminalu, dzięki któremu będziemy mogli importować do 5 mld m sześć. LNG rocznie (jej koszt to 2,1 mld zł ze środków własnych spółki Gaz-System i kredytów EBI i EBOiR oraz 840 mln dotacji z unijnego programu PO „Infrastruktura i Środowisko“) należy bezsprzecznie do najważniejszych polskich inwestycji po 1989 r. Nic więc dziwnego, że budzi powszechną uwagę. Praktycznie bez echa przeszło natomiast latem 2014 r. oddanie do użytku instalacji umożliwiających tzw. fizyczny rewers gazu w rurociągu jamalskim. Pozwala to, w razie całkowitego wstrzymania dostaw ze wschodu, na importowanie z kierunku zachodniego do 5,5 mld m sześć. tego paliwa rocznie.

Możemy ponadto sprowadzać w ciągu roku z Niemiec 1,5 mld m sześć. gazu przez połączenie w Lasowie, a z Czech 0,5 mld m sześć. przez Cieszyn. Łącznie owe 7,5 mld m sześć. to prawie 70 proc. całego polskiego importu (nieco ponad 11 mld m sześć.). Tak więc nawet w przypadku całkowitego wstrzymania dostaw z Rosji – co można sobie wyobrazić tylko w sytuacji dramatycznego, na granicy wojny nie tylko handlowej, kryzysu politycznego – w naszym bilansie gazu zabrakło by ok. 3,5 mld m sześć., czyli ok. 20 proc. rocznego zużycia (blisko 16 mld m sześć.) i nieco tylko więcej od obecnej pojemności rozbudowywanych intensywnie w ostatnich latach podziemnych magazynów gazu.

W okolicznościach mniej ekstremalnych, ale i bardziej prawdopodobnych, w razie np. ograniczania dostaw przeznaczonych dla Polski przy zachowaniu w rurociągu jamalskim przepływu gazu ze wschodu na zachód, polscy importerzy mogą wykorzystywać zamiast fizycznego „rewers wirtualny“. Od początku 2015 r., po rozbudowie przez Gaz-System instalacji we Włocławku można w ten sposób – kupując przesyłany tranzytem surowiec od finalnego odbiorcy – importować 8,2 mld m sześć. rocznie (5,5 mld na zasadzie przepustowości ciągłej oraz 2,7 mld przerywanej). Łącznie z zachodu i południa bylibyśmy w stanie obecnie sprowadzić ponad 10 mld m sześć. gazu, prawie 90 proc. wolumenu obecnego importu.

>>> Czytaj także: Enea wypowiada Bogdance wielką umowę na dostawę węgla

Rokowania przy kurku

Tak więc już dziś – jeszcze przed oddaniem do eksploatacji terminalu LNG, który przyjmować będzie rocznie co najmniej 1,5 mld m sześć. zakontraktowanego gazu z Kataru – moglibyśmy obyć się, w razie konieczności, bez gazu rosyjskiego. Widmo zakręcenia kurka z gazem, które od dziesięcioleci ciążyło nad polską gospodarką i polityką odchodzi zatem do przeszłości. Dywersyfikacja źródeł zaopatrzenia w „błękitne paliwo“ – jeszcze parę lat temu, w 2011 r., możliwości techniczne sprowadzania gazu od innych dostawców niż Rosja nie przekraczały 10 proc. potrzeb importowych – była dla kraju kwestią strategiczną, której nigdy nie rozpatrywano w kategoriach czysto biznesowych. Obecnie o rozwoju branży gazowej i rynku gazu w Polsce będzie. a w każdym razie powinien, decydować rachunek ekonomiczny. „Fizyczna“ pewność dostaw nie oznacza wcale bezpośrednich korzyści finansowych dla branży gazowej czy, w postaci niższych cen, dla odbiorców – w każdym razie nie od razu. Niektórzy eksperci wręcz ostrzegają, że gwarancje bezpieczeństwa, jakie daje krajowi terminal LNG mogą nas sporo kosztować.

Warunki działania i rozwoju polskiego sektora gazowego określają nadal w znacznej mierze – i na razie się to specjalnie nie zmieni – postanowienia kontraktu jamalskiego. Zgodnie z nim do 2022 r. będziemy otrzymywać od Gazpromu „do 10,2 mld m sześć.“ gazu rocznie z czego 85 proc. tj. 8,7 mld m sześć. jesteśmy zobowiązani odebrać według zasady „take or pay“, czyli i tak trzeba zań płacić. Ponad połowa zużywanego w kraju gazu pochodzi obecnie z Rosji. Jeśli traktować rzecz na płaszczyźnie handlowej i logistycznej Rosja, z uwagi na ogromne zasoby, relatywną bliskość geograficzną i istniejącą infrastrukturę jest dla nas, podobnie jak dla wielu innych krajów Europy, „naturalnym“ dostawcą.

Czy jednak kraj ten gotów jest dostrzec z kolei w Polsce „naturalnego“ odbiorcę? Jak wiadomo ceny jakie płacimy Rosjanom należą do najwyższych w Europie. Według danych Gazpromu ujawnionych wiosną br. przez agencję Interfax średnia cena dla odbiorców europejskich za 1 tys. m sześć. gazu wynosiła w 2014 r. 341 dolarów. Polska natomiast płaciła 379 dol. – znacznie więcej nie tylko od strategicznego klienta Gazpromu, Niemiec (323 dolarów) ale także od np. Węgier (338 dolarów) i Słowacji (308 dolarów).

Przewidziane w procedurach uzgodnionych w kontrakcie jamalskim renegocjacje cen podjęte niedawno na wniosek Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa – uzasadniony istotnymi zmianami na europejskim rynku gazu, czyli zdecydowanym spadkiem cen w ostatnim okresie – zakończyły się po 6 miesiącach fiaskiem. W rezultacie PGNiG zwróciło się o rozstrzygnięcie sporu do Sądu Arbitrażowego w Sztokholmie. Takie posunięcie już raz, w 2012 r., okazało się skuteczne. Rosjanie zgodzili się na ok. 10 proc. obniżkę ceny. Za tym, że i obecnie pójdą oni na ustępstwa przemawiają dochodzące z Moskwy sygnały, że Gazprom liczy się z obniżką jeszcze w tym roku ceny gazu dla krajów Europy Zachodniej nawet do 222 dol./1 tys. m sześć. Na Ukrainie – która miałaby płacić za gaz, według samego Władymira Putina „tyle samo co Polska“ – Gazprom chce go sprzedawać za 287 dol./1 tys. m sześć. Z drugiej strony Rosjanom niełatwo przyjdzie pogodzić się z utratą pozycji najważniejszego, uprzywilejowanego („take or pay“) naszego dostawcy.

– Z pewnością nie zechcą przedwcześnie zrezygnować z korzyści wynikających z roli monopolisty, już nie w sensie „fizycznym“ lecz handlowym. Spodziewam się, że nadal będą zajmować raczej twarde stanowisko, zwłaszcza, że to być może ostatnia taka okazja – podkreśla ekspert Instytutu Sobieskiego, Paweł Nierada. Gdy ruszy na dobre gazoport w Świnoujściu, z pewnością będziemy mogli liczyć na obniżki cen, podobnie jak Litwini, którzy uzyskali już upusty dzięki pływającemu terminalowi w Kłajpedzie. Dostawy gazu, które dotychczas mogły być wykorzystywane w celach politycznych, staną się zwykłą kwestią ekonomiczną, jak import ropy naftowej. Ogromna większość ropy przerabianej w Polsce pochodzi przecież ze złóż rosyjskich. Gdyby jednak nagle ropa z Rosji przestała płynąć, gdański Naftoport umożliwia sprowadzenie takich jej ilości, jakich potrzebujemy z dowolnego miejsca na świecie. Dostawy ropy z Rosji realizowane są w związku z tym bez żadnych zakłóceń i po rozsądnych cenach.

Zdaniem części wtajemniczonych tak długo oczekiwany zwrot w przypadku gazu, już nastąpił – nie z powodu LNG, którego pierwsze dostawy trafią do Polski dopiero za kilka miesięcy, lecz w wyniku załamania się cen ropy naftowej, według których indeksowane są ceny gazu. Jeszcze w końcu 2014 r. prognozowano, że będzie ona kosztować, i to w perspektywie ponad 30 lat, 100-110 dolarów za baryłkę. Według ostatnich notowań cena ropy Brent, a jest to jeden z najdroższych jej gatunków, wynosiła 52 dolary za baryłkę.

– Pozycja negocjacyjna strony rosyjskiej jest dziś słaba, jak nigdy. To im a nie nam zależy na rokowaniach i zmianie formuły cenowej na bardziej dla nich korzystną. PGNiG powinno moim zdaniem jedynie czekać na dalszy rozwój wypadków. Ceny gazu rosyjskiego dla Polski mogą zostać obniżone nawet do 300-310 dolarów – ocenia dr inż. Andrzej Sikora z Katedry Inżynierii Gazowniczej AGH, prezes Instytutu Studiów Energetycznych.

>>> Polecamy: Rosnieft przejmuje rafinerię w Schwedt

LNG, konieczność czy szansa

Konsekwentne utrzymywanie cen dla Polski na wyższym niż dla innych odbiorców poziomie wynikało prawdopodobnie z przekonania Rosjan że LNG, który zamierzamy kupować i tak będzie droższy niż gaz rosyjski. Opinię tę podzielają też niektórzy polscy specjaliści. Ekspert rynku paliw płynnych, Andrzej Szczęśniak, ostrzegał np. jeszcze niedawno, że realizacja kontraktu z Qatar Gaz – dostawy ok. 1,5 mld m sześć. gazu w postaci skroplonej rocznie, przez 20 lat, na zasadach „take or pay“ – spowoduje podwyżkę cen dla odbiorców a nawet może doprowadzić do bankructwa PGNiG. Za uniezależnienie się od Gazpromu zapłacilibyśmy zatem słono.

Taki czarny scenariusz, który mógłby się być może spełnić, gdy cena LNG w Świnoujściu wynosiła, jak się wcześniej zapowiadało, grubo ponad 600 dol./1 tys. m sześć. nie jest obecnie prawdopodobny. Ceny gazu skroplonego na świecie i w Europie – decyduje o nich w znacznym stopniu popyt w krajach Azji, gdzie trafia 3/4 globalnego eksportu – szybko bowiem spadają, podobnie jak gazu w naturalnej postaci, wraz z obniżaniem się cen ropy. Rzeczywiście jednak – za gaz z Kataru będziemy płacić drożej niż za paliwo z Rosji, prawdopodobnie (formuła cenowa kontraktu jest utajniona) o ok. 30 proc.

Na tańszy LNG, moglibyśmy natomiast liczyć, kupując go od innych dostawców. W portach Hiszpanii 1 tys. m sześć. gazu w postaci LNG kosztował już na początku 2015 r. 312 dol., w Wlk. Brytanii 303 dol. a w Belgii 291 dolarów. Kolejny przełom na rynku szykuje się w związku z zapowiadanym podjęciem eksportu skroplonego gazu ze złóż łupkowych w Stanach Zjednoczonych. Za 2-3 lata, po zakończeniu budowy terminali do wywozu LNG, tani gaz amerykański powinien w większych ilościach zacząć trafiać do Europy. Jego obecna cena np. w Lake Charles wynosi poniżej 100 dol./1 tys. m sześć..

Jeżeli prognozy dotyczące cen LNG się sprawdzą, terminal w Świnoujściu – traktowany wcześniej jako inwestycja, której koszty trzeba zaakceptować na podobnych zasadach jak ponosi się nakłady na obronę – może okazać się naszym ważnym gospodarczym atutem. To jedyny tej wielkości gazoport w Europie Środkowo-Wschodniej i Północnej, a jego rozbudowa, tak by mógł przyjmować 7,5 mld m sześć. gazu rocznie, wymagałaby już stosunkowo niewielkich nakładów.

– Perspektywa, że Świnoujście stanie się regionalnym hubem gazowym mogłaby być całkiem realna, zwłaszcza, że planuje się budowę gazociągów o dużej przepustowości, łączących nas z południowymi sąsiadami – ocenia Paweł Nierada. Można sobie wyobrazić, że będziemy zaopatrywać w gaz Słowację, Ukrainę, kraje bałtyckie, być może nawet Białoruś.

Na razie bardziej prawdopodobne jest, że do Świnoujścia będzie trafiał jedynie zakontraktowany LNG z Kataru, a jedynym klientem gazoportu pozostanie przez długie lata PGNiG. Nie wiadomo, czy infrastruktura konieczna do podjęcia eksportu – zwłaszcza interkonektory ze Słowacją i Czechami, mające stanowić część europejskiego korytarza gazowego Północ-Południe – rzeczywiście powstanie. Nie widać też w kraju przedsiębiorstw chętnych do zaangażowania się w handel LNG na dużą skalę. Wizja Polski jako regionalnego potentata w eksporcie gazu jest jeszcze odległa.

Znacznie pilniejsza kwestia to wybór źródeł zaopatrzenia w błękitne paliwo po wygaśnięciu kontraktu jamalskiego, co nastąpi – w horyzoncie czasowym obowiązującym w energetyce – już „za chwilę“. Jak dotychczas polski rząd zajmuje jednoznaczne stanowisko: umowa nie zostanie przedłużona. Satysfakcja z niezależności w dziedzinie zaopatrzenia w gaz a nawet chęć jej zademonstrowania jest zrozumiała. Mamy jednak do czynienia z paradoksem. Polska musiała kupować gaz w Rosji i drogo za niego płacić. Obecnie nie musi, lecz może go kupować i, jak się zdaje, powinna – choć na lepszych warunkach i np. w mniejszych ilościach – bo będzie tańszy niż dotychczas.

– Z decyzjami nie powinno się zwlekać. Zasoby i zdolności wydobywcze Rosji są ogromne, ale nie nieograniczone. Może się zdarzyć, że gdy w końcu postanowimy zwrócić się do Rosjan z propozycją zawarcia nowego kontraktu, usłyszymy „ale my gazu już dla was nie mamy“. I rzeczywiście go nie będą mieli – podkreśla Andrzej Sikora.