Rosnące prawdopodobieństwo hipotezy, że to powiązane z Państwem Islamskim ugrupowanie przeprowadziło zamach na rosyjski samolot pasażerski w Egipcie, stawia władze na Kremlu wobec alternatywy – albo wobec wspólnych zagrożeń zaczną współpracować z Zachodem, albo nadal będą prowadzić politykę konfrontacji z nim. Bardziej racjonalny byłby pierwszy scenariusz, bardziej prawdopodobny jest drugi.

Rosja, która początkowo odrzucała niewygodną dla niej wersję o zamachu, też już przyznaje – np. ustami premiera Dmitrija Miedwiediewa, że jest ona najbardziej prawdopodobna. Decyzja o wstrzymaniu lotów na półwysep Synaj i ewakuacja z tamtejszych kurortów wszystkich swoich obywateli jest tego najlepszym dowodem. W katastrofie samolotu lecącego z Szarm El-Szejk do Petersburga zginęły 224 osoby. Do zamachu przyznał się lokalny oddział Państwa Islamskiego, co ma być zemstą za rosyjską interwencję militarną w Syrii.

>>> Czytaj też: CIA przekonane o zamachu na rosyjski samolot. Kreml: to spekulacje

Argumenty na rzecz większej współpracy z Zachodem są. Rosja, włączając się w konflikt – głównie po to, by wspierać reżim Baszara al-Asada, a nie atakować pozycje Państwa Islamskiego – liczyła, że uda jej się osiągnąć zakładane cele bez strat w armii, gdyż w przeciwnym razie niewielkie poparcie dla operacji mogłoby się przerodzić w wielkie protesty. Takie założenia nie były bezpodstawne, bo w ostatnich latach rosyjskim służbom udało się zapobiec poważniejszym zamachom terrorystycznym, a największe wyzwanie, jakim były zeszłoroczne igrzyska olimpijskie w Soczi, przebiegło bez zakłóceń. Skoro do bardzo tragicznego w skutkach ataku doszło zaledwie w kilka tygodni po rozpoczęciu rosyjskich nalotów, to najwyraźniej Moskwa nie doceniła możliwości Państwa Islamskiego.

Konsekwencją domniemanego zamachu będzie zwiększenie liczby nalotów na pozycje dżihadystów. To jednak powoduje, że rośnie ryzyko odwetu. W szeregach Państwa Islamskiego walczy prawdopodobnie nawet kilka tysięcy obywateli Rosji i innych krajów postsowieckich. Uniknięcie zamachu w kraju będzie dla rosyjskich służb nie lada wyzwaniem. Na dodatek Moskwa wspiera na Bliskim Wschodzie szyitów, podczas gdy zdecydowana większość rosyjskich muzułmanów – podobnie jak Państwo Islamskie – to sunnici. Państwo Islamskie jest zbyt silnym przeciwnikiem, by można je było pokonać samodzielnie, szczególnie że Rosja wolałaby uniknąć udziału sił lądowych – podobnie zresztą jak Zachód (o takiej ewentualności mówił prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan). Wspólna z Zachodem walka przeciwko Państwu Islamskiemu nie tylko miałaby większe szanse powodzenia, a zatem zwiększyła bezpieczeństwo Rosjan, ale także mogłaby przynieść korzyści gospodarcze, bo byłby to argument za zniesieniem sankcji.

Motywacje Władimira Putina były jednak zupełnie inne. Zaangażowanie się w Syrii miało pokazać światu, że Rosja znów jest supermocarstwem, bez którego nie da się rozwiązywać konfliktów. Wycofanie się po pierwszej trudnej próbie zburzyłoby budowaną w ten sposób strategię. Cała rosyjska narracja konfliktu opierała się na tym, że Zachód najpierw sobie nie radzi z sytuacją, a później w niewystarczający sposób wspiera rosyjskie wysiłki. Zwracanie się teraz z propozycją koordynacji walki by ją podważyło. Nie ma obecnie w świecie takiej atmosfery, jaka była po zamachach z 11 września 2001 r., gdy niemal cały świat zjednoczył się we wspólnej walce z terroryzmem. Rosja ma dziś inne interesy niż Zachód, a ze względu na politykę wewnętrzną bardziej jej się opłaca eksponowanie tych różnic. Na dodatek Rosja szuka zbliżenia z egipskim prezydentem Abdel Fattahem el-Sisim, a wspólna koalicja z Zachodem utrudni przeciągnięcie Kairu na rosyjską stronę.

Zresztą nawet domniemany zamach na samolot nie musi być z punktu widzenia Kremla tak dużym problemem propagandowym, jak się początkowo wydawało. Po pierwsze, według obecnych, wstępnych jeszcze ustaleń bombę podłożono na lotnisku. Zatem całkowita wina jest po stronie egipskiej. Związku ataku z interwencją w Syrii trudno zaprzeczyć. Ale rosyjska propaganda już zaczęła przekonywać, że gdyby nie wysłanie tam wojska, byłoby znacznie gorzej. Po drugie, zamach może pomóc w bronieniu Asada, bo Moskwa może argumentować, że jest on wprawdzie brutalnym dyktatorem, ale przynajmniej nie zabija Rosjan czy Amerykanów. Dopóki bojownicy tej organizacji nie będą próbowali przeprowadzać zamachów w samej Rosji, do współpracy z Zachodem Moskwa się nie będzie palić. 

>>> Polecamy: Syria gwoździem do trumny Putina? Rosjanie boją się klęski na Bliskim Wschodzie na Forsal.pl