Wielka zmiana, jaką PiS obiecywał w kampanii, ma być wprowadzana w dwóch fazach. Pierwsza nastąpi w ciągu pierwszych stu dni rządów i będzie realizacją wyborczych obietnic. W tej fazie rząd przećwiczy sprawność organizacyjną swego zaplecza (przygotowanie i uchwalenie kluczowych ustaw, jak program dodatków na dzieci czy obniżenie wieku emerytalnego). Będzie mógł się też przekonać, czy nie popełnił błędu w założeniach dotyczących finansowania planów. Głónym testem będzie projekt o świadczeniu wychowawczym: 500 zł na drugie i kolejne dziecko. PiS liczy, że w 2016 r. będzie kosztował 19,3 mld zł. Beata Szydło zapowiadała, że sfinansować go pozwolą dwa nowe podatki: bankowy i od supermarketów, co może dać ok. 10 mld zł. Zwiększone o 1 mld zł mają być wpływy z dywidend, a deficyt budżetu o 1 do 1,5 mld zł. Reszta ma pochodzić z uszczelnienia podatku VAT.

To ostatnie to najsłabszy element układanki. Jeśli w połowie roku okaże się, że wpływy z VAT nie rosną, rząd może być zmuszony do poważnych programowych korekt. Porażka na pierwszym etapie mogłaby podważyć cały plan gospodarczy PiS. – Po pierwsze rozwój, po drugie rozwój, po trzecie rozwój. Stan gospodarki, spraw społecznych i państwa nie są rozdzielne i wiążą się ze sobą. Celem rządu jest synergia w tych sprawach – mówiła wczoraj premier Beata Szydło.

>>> Czytaj też: Niemieckie media: Neutralizacja mediów i wymiaru sprawiedliwości. Polskę czekają ponure czasy

Jednym ze strategicznych celów ma być przyspieszenie wzrostu gospodarczego ze zmianą jego charakterystyki – to rząd chce realizować w drugiej fazie. Gospodarka ma budować konkurencyjność dzięki inwestycjom w innowacje, co ma zastąpić niskie koszty pracy, na których dziś buduje swoją przewagę.

Z wystąpienia premier Szydło wiemy, że państwo pod rządami PiS ma wspierać rodzimy kapitał, czyli małe i średnie firmy (bo tam jest go najwięcej). W planach jest wprowadzenie niższej stawki CIT (15 proc.) dla podatników z obrotami poniżej 1,2 mln euro rocznie, przyspieszona amortyzacja wydatków inwestycyjnych, podwójny odpis kosztów poniesionych na wdrożone innowacje.

To jednak o wiele za mało, by uruchomić proces, w którym na rozwój i inwestycje miałoby zostać wydanych (w skali całej gospodarki) bilion złotych. Osią programu ma być tzw. polskie LTRO, czyli subsydiowanie przez NBP kredytów udzielanych przez banki komercyjne małym i średnim firmom. I to jedna z przyczyn, dla których wspieranie rozwoju zostało wymienione przez szefową rządu wśród priorytetów na pozostałą część kadencji. Bo choć premier wymienia LTRO w swoim exposé jako element programu rządowego, to jednak prowadzenie takiego wykracza poza kompetencje Rady Ministrów. Może to przeprowadzić niezależny NBP. Oczywiście rząd będzie mógł liczyć na wsparcie banku centralnego, ale dopiero po wyborze członków nowej Rady Polityki Pieniężnej i nowego prezesa NBP. Kadencja obecnego kończy się dopiero w czerwcu przyszłego roku.

Eksperci są sceptyczni w ocenie skutków tego programu. Jego główny cel to uruchomienie ponad 233 mld zł depozytów, jakie przedsiębiorcy dziś trzymają bezużytecznie – z punktu widzenia strategów gospodarczych PiS – na bankowych depozytach. Idealnie byłoby, gdyby potraktowali je jako wkład własny do niskooprocentowanych kredytów.

Rozwój gospodarki miałby iść w parze z gruntowną przebudową państwa w najważniejszych segmentach. W ochronie zdrowia przywrócone ma zostać budżetowe finansowanie placówek. Będą za to odpowiadali wojewodowie realizujący politykę zdrowotną w swoich regionach. Stworzona ma zostać sieć szpitali, a prywatne firmy będą miały ograniczony dostęp do kontraktów. Jak wynika z naszych rozmów z politykami PiS, dostaną je te, które już obecnie są w systemie NFZ. Te zmiany mają być związane z polepszeniem materialnego bytu lekarzy i pielęgniarek.

Poważne zmiany czekają edukację. Na pierwszy ogień pójdzie zniesienie obowiązku szkolnego dla sześciolatków i zniesienie tzw. godzin karcianych. W dalszej kolejności ma się odbyć debata nad zmianami całego systemu kształcenia i zlikwidowane mają być gimnazja. Największy entuzjazm wśród posłów PiS wywołała zapowiedź zwiększenia liczby godzin historii i przywrócenia kanonu lektur.

>>> Czytaj też: "Puścicie nas z torbami". W Sejmie trwa debata po expose Beaty Szydło

Beata Szydło zapowiedziała też znaczącą rozbudowę polityki społecznej. Symboliczne znaczenie ma nowa nazwa resortu – rodziny, pracy i polityki społecznej. Głównym celem jest podniesienie dzietności, czemu ma służyć wsparcie rodziny – od programu świadczenia wychowawczego po kontynuację budowy przedszkoli. Podniesione mają być najniższe świadczenia. Nowa premier zapowiada dyskusję o gruntownej zmianie systemu emerytalnego.

Jednocześnie resort ma kontynuować walkę z zatrudnieniem na umowach elastycznych zastępujących etat. Szydło zapowiedziała „Pakt o podniesieniu płacy”, który ma zostać wynegocjowany z pracodawcami i związkami. Jednocześnie mają być wdrażane programy zapewniające zwiększenie liczby miejsc zatrudnienia. Wsparciem dla młodych osób ma być program mieszkaniowy. 

Wydatki to samograj, trudniej o system zachęt dla oszczędności i inwestycji

Mirosław Gronicki - ekonomista, były minister finansów

Dobrze, że premier Beata Szydło jako jeden z długoterminowych celów rządu przedstawiła zwiększanie inwestycji i innowacje, co ma nas uchronić przed tzw. pułapką średniego dochodu. Pytanie tylko, w jaki sposób rząd będzie zachęcał do zwiększania oszczędności, z których mogłyby być finansowane inwestycje prorozwojowe. Jak na razie oprócz planu wprowadzenia 15-proc. CIT dla mniejszych podatników i ulgi inwestycyjnej w tym podatku, m.in. podwójnego odpisu kosztów na innowacje, innych instrumentów nie przedstawiono. Co więcej, widać tu kilka sprzeczności. Na przykład, w jaki sposób generalnie będzie się zachęcało do oszczędzania w sytuacji, gdy jednocześnie planuje się rozdanie 22 mld zł dla rodzin z dziećmi w formie dodatku wychowawczego? Te pieniądze zostaną raczej wydane, a nie zaoszczędzone, a to oznacza wzrost konsumpcji, nie inwestycji. Inne pytanie: czy rząd myśli np. o stworzeniu państwowego banku, który koordynowałby politykę inwestycyjną od strony finansowania projektów? Podobne rozwiązania są np. w Niemczech czy we Francji. Mamy co prawda Bank Gospodarstwa Krajowego, ale jest on kapitałowo zbyt słaby, by realizować taki program. Wartość inwestycji finansowanych przez BGK jest stosunkowo niewielka, jeśli pominąć projekty finansowane za pomocą np. obligacji Krajowego Funduszu Drogowego zarządzanego formalnie przez BGK. Na razie w sprawie długofalowych celów mamy głównie hasła. Znacznie łatwiej przeprowadzić działania dotyczące wydatków, to samograj. Za to zorganizowanie całego systemu zachęt do zwiększania oszczędności i inwestycji jest znacznie trudniejsze. Zakładam, że stworzenie takiego systemu będzie zadaniem dla wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Zobaczymy, jaki on przedstawi plan. Przygotowanie merytoryczne ma dobre, pytanie tylko, czy zechce je wykorzystać i jak.

>>> Polecamy: Prawicowy rząd z lewicowym programem. Hiszpańska prasa o obietnicach PiS

Kierunek dobry, konkretów za mało

Ryszard Bugaj, ekonomista

Mam bardzo mieszane uczucia po tym exposé. Z jednej strony sympatyzuję z intencją pewnego zwrotu socjalnego i etatystycznego widocznego w tym wystąpieniu, z drugiej strony zabrakło mi w nim kilku istotnych rzeczy. A to, czego zabrakło, może dowodzić, że tych zapowiedzi nie da się wprowadzić w życie. Zabrakło mi słowa o nierównościach dochodowych w Polsce. PiS, rządząc poprzednio, się do nich przyczynił. Zniósł podatek spadkowy i trzecią stawkę PIT. Nie mamy podatków majątkowych. W efekcie mamy w Polsce degresywne podatki. To chyba jedyny tego typu przypadek, jeśli porównamy się z krajami starej UE. Zabrakło mi powiedzenia czegoś więcej o źródłach zwiększonych dochodów, które mają pokryć wydatki. Wydaje mi się, że zwiększenia dochodów proporcjonalnie do skali złożonych zobowiązań nie uda się osiągnąć w dającym się przewidzieć czasie. Nie da się uzyskać takiej poprawy egzekucji podatków. W tych sprawach nie było konkretów. Nie usłyszeliśmy innych sformułowań niż te znane z kampanii wyborczej. Może one na tamten czas wystarczały, ale teraz potrzebna byłaby ich konkretyzacja. Rozczarowujące było to, co pani premier powiedziała o ochronie zdrowia. Zgoda, że trzeba się wycofać z NFZ i pomysłu, że próbuje się wyceniać świadczenia. Podobało mi się, że prywatna służba zdrowia nie może być mieszana z publiczną, ale w takim razie dlaczego szefem resortu został ktoś, kto z tego, co pisała prasa, jest lekarzem biznesmenem w tym sektorze? Najbardziej zabrakło mi powiedzenia czegoś na temat polityki kadrowej w spółkach Skarbu Państwa. Wygląda na to, że w miejsce jednych krewnych i znajomych królika przyjdą także krewni i znajomi, tylko innego królika. Nakreślony kierunek zmian jest obiecujący, ale zabrakło konkretów.