Wszyscy ci polityczni praktycy, choćby nie wiem jak przekonani, że nie podlegają żadnym wpływom intelektualnym, są zazwyczaj niewolnikami pomysłów jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty”. Tą przewrotną myślą John Maynard Keynes zakończył wydaną w 1936 r. „Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza”. Anglikowi szło o to, że wielkie idee (w tym te ekonomiczne) mają kolosalny wpływ na każdego z nas. I nie ma właściwie znaczenia, czy w ogóle jesteśmy świadomi ich istnienia. W uproszczeniu różnica polega tylko na tym: jedni wiedzą, że mówią Hayekiem, Friedmanem albo Keynesem. A drudzy robią to bezwiednie. I z powodu tej nieświadomości są pewnie nawet bardziej „w niewoli” niż ci pierwsi.

Tak czy inaczej przed mówieniem jakimś „dawno zmarłym ekonomistą” uciec się nie da. A skoro tak, to warto przynajmniej nauczyć się w miarę świadomego sposobu decydowania, do którego klasyka się odwołujemy. Jest to też w zasadzie jedyna rada, by ten klasyk jakoś pasował do rzeczywistości, w której się poruszamy. To znaczy, żeby nie mówił nam, co powinni zrobić uczestnicy amerykańskiego rynku finansowego, chińska partia komunistyczna albo francuskie związki zawodowe.

Ale o to nie jest wcale tak łatwo. Co doskonale widać na przykładzie poprzednich odcinków naszego „Podręcznika”. Bo nieważne, czy mowa była o Francuzach od nierówności (Piketty, Saez), nowych etatystach w stylu Mariany Mazzucato albo Daniego Rodrika czy tych wyrosłych z tradycji postkeynesowskiej, większość z nich pisała o problemach i wyzwaniach stojących przed krajami rozwiniętego Zachodu. Z kolei autorzy wywodzący się z tradycji ekonomii rozwoju albo wallersteinowskiej teorii systemów-światów w sposób naturalny przyjmowali raczej klasyczną perspektywę krajów rozwijających się.

Zapewne domyślają się już państwo, do czego zmierzam. Chodzi mi o fundamentalne pytanie: czy istnieje tradycja, do której może się odwołać kraj taki jak Polska? I nie jest to bynajmniej przejaw żadnego nacjonalizmu czy polonocentryzmu. Tylko konstatacja faktu, że problemy polskiej gospodarki i ustroju ekonomicznego są specyficzne. I wymagają odpowiedzi mocno osadzonych w naszym nadwiślańskim kontekście. Takich odpowiedzi nie przyniesie nam import idei. One muszą wyrastać stąd i być częścią naszych polskich zmagań z historią społeczną i ekonomiczną. Dobra wiadomość jest taka, że jest z czego czerpać. Można nawet powiedzieć, że istnieje coś w rodzaju polskiej szkoły ekonomicznej. W zasadzie istniała od dawna, ale była trochę zapomniana, trochę zagadana, a trochę skompromitowana. Dziś wraca. Aktualna jak nigdy dotąd.

Po pierwsze: Kalecki (i Łaski)

To, że Michał Kalecki był najwybitniejszym polskim ekonomistą XX wieku, nie ulega dziś wątpliwości (prawie) dla nikogo. Zmarły w 1970 r. Kalecki stworzył oryginalną teorię efektywnego popytu. Co do zasady bliską (dokonanemu mniej więcej w tym samym czasie) keynesowskiemu przewrotowi w zachodniej ekonomii. I Keynes, i Kalecki mówili z grubsza o tym, że państwo ma do odegrania kluczową rolę w stabilizowaniu cyklu koniunkturalnego. Przeciwstawiali się panującemu w ówczesnej ekonomii głównego nurtu przeświadczeniu, że kryzys musi się wyszumieć. A im mniej będziemy na ten proces wpływać, tym szybciej gospodarka wróci do stanu równowagi. „Długi okres? W długim okresie wszyscy będziemy martwi” – szydził w odpowiedzi Keynes. Dowodząc, że długi okres zawsze jest sumą okresów krótkich. I trudno oczekiwać, by z plagi masowego długotrwałego bezrobocia, pauperyzacji dochodów i zerwania więzi kooperacyjnych mogły się w cudowny sposób zrodzić pozytywne skutki społeczne.

Ciekawe, że Kalecki i Keynes doszli do podobnych wniosków, wychodząc z zupełnie różnych miejsc. Jeden był przedstawicielem zamożnej inteligencji żyjącej w najbogatszym, najbardziej rozwiniętym i zasobnym w kapitał kraju ówczesnego świata. Dla niego kryzys był więc zjawiskiem przede wszystkim finansowym. Perspektywa Kaleckiego była inna. Syn łódzkiego fabrykanta, któremu kryzysy ekonomiczne nawiedzające imperium rosyjskie, a potem II RP przetrąciły kręgosłup, funkcjonował w innym otoczeniu. Tutaj problem dostępu do kapitału był sprawą życia i śmierci. I stawką nie była perspektywa kolejnej dobrej inwestycji, lecz ekonomiczne przetrwanie. Dlatego w jego rozważaniach teorii finansów jest mniej. Więcej zaś realnej gospodarki. Oraz więcej zrozumienia dla niszczącego wpływu braku pracy oraz niskich płac dla całej gospodarki.

>>> Czytaj też: Recepta na zwalczenie kryzysu jest prosta: należy posłuchać ekonomisty Michała Kaleckiego

Kalecki miał w swojej twórczości (co zrozumiałe) różne okresy. Pierwsze teksty pisane były jeszcze w Polsce w okresie międzywojnia. Kolejne w czasie stypendialnych pobytów w Cambridge, pracy w Oksfordzie (Kalecki spędził tam całą II wojnę światową), a wreszcie w USA. To wówczas Kalecki stworzył podstawy swojej teorii efektywnego popytu. Potem był jeszcze piętnastoletni okres PRL-owski. Naznaczony pogłębiającą się frustracją co do kierunku, w którym zmierza popaździernikowa Polska. W tym ostatnim okresie Kaleckiemu udało się jednak zgromadzić wokół siebie w warszawskiej SGPiS (dziś SGH) wianuszek uczniów, którzy będą potem rozwijali jego koncepcje. Wśród tych najważniejszą postacią był Kazimierz Łaski. Ten zmarły w listopadzie 2015 r. ekonomista (od 1968 r. mieszkał i pracował naukowo w Wiedniu) przez kilkadziesiąt lat robił wiele, by teorie Kaleckiego nie popadły w całkowite zapomnienie. A nie było to zadanie łatwe, bo nie bardzo pasowały one do dominującego przez cały ten czas w światowej ekonomii twardego neoliberalnego paradygmatu. To również Łaski po kryzysie 2008 r. jako pierwszy zaczął zbierać i przeszczepiać na polski grunt ślady odradzającego się zainteresowania Kaleckim w zachodniej ekonomii.

Efektem tych poszukiwań neokaleckianizmu były organizowane w latach 2013–2014 (wraz z innym uczniem Kaleckiego Jerzym Osiatyńskim) seminaria ekonomiczne w Instytucie Studiów Zaawansowanych Krytyki Politycznej. Oraz książka „Wykłady z makroekonomii. Gospodarka kapitalistyczna bez bezrobocia”, która wchodzi właśnie na rynek wydawniczy. Rzecz jest pomyślana jako podręcznik. Ale powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich komentatorów i decydentów politycznych, którzy szukają nowego podejścia i nowego języka na opisanie problemów współczesnej gospodarki. Bo widać z niej, że prace Kaleckiego jak ulał pasują do czasów nam współczesnych „Różnicę między ekonomią głównego nurtu a teorią efektywnego popytu zilustrujemy na przykładzie obecnego kryzysu” – pisze już na jej wstępie Łaski. A potem tłumaczy – jeden po drugim – filary kaleckiańskiego podejścia do gospodarki. Pokazuje, że w przeciwieństwie do ekonomii głównego nurtu, Kalecki nie uważał kryzysów za przejaw źle funkcjonującego rynku. Odwrotnie. Przekonywał, że w kapitalizmie kryzysy są nieuchronne. I należy skupić się na ograniczaniu ich negatywnych skutków. Największym z tych zagrożeń jest więc zawsze wysokie bezrobocie. Które oznacza nie tylko osobisty dramat sporej części ludności, lecz także dramat całej gospodarki, która popada wówczas w błędne koło. Jak? To proste. Dochód narodowy jest niski, ponieważ niskie są inwestycje prywatne. Z kolei inwestycje są niskie właśnie dlatego, że niski jest dochód narodowy. Cóż więc robić? Kiedy inwestycji prywatnych jest zbyt mało, należy zwiększyć wydatki publiczne finansowane deficytem. Państwo kupuje w ten sposób więcej, niż ściąga w formie podatków, wobec czego rośnie rynek zbytu, a wraz z nim zyski i dochód narodowy. Wzrost rentowności produkcji oraz lepsze wykorzystanie zdolności produkcyjnych pobudza z kolei zwiększenie inwestycji prywatnych. Rozpoczyna się proces ożywienia gospodarczego. A kiedy koniunktura się poprawia, nadchodzi czas na ograniczenie deficytu.

Ale to nie wszystko. Łaski przekłada rady sprzed około 70 lat na język współczesności i wychodzi mu, że Kalecki jako pierwszy polemizował z dwoma kluczowymi założeniami dzisiejszej neoliberalnej gospodarki. Walczy więc po pierwsze z dogmatem, że trzymanie w ryzach (lub obniżki) płac to najskuteczniejszy sposób na walkę z bezrobociem. A co za tym idzie, również z kryzysem. Dlaczego? Bo praca nie jest takim samym produktem jak każdy inny. Jeżeli na przykład spada cena koni, to w ślad za nią idzie również ich podaż (po co hodować konie, na które nie ma chętnych). Zwróćmy jednak uwagę, że spadek cen koni nie za bardzo wpływa na popyt. To logiczne: przecież konie nie są konsumentami... koni. Rynek łatwo złapie więc nowy punkt równowagi.

Z ludźmi (a rynek pracy to taki rynek „na ludzi”) jest jednak inaczej. Kiedy cena pracy (pensje) spadają, to liczba pracowników bynajmniej nie maleje (ludzie jednak żyją dość długo). Na dodatek obniżka płac powoduje spadek popytu konsumpcyjnego, którego ważną częścią są wszak dochody osób pracujących. Bo robotnicy i pracownicy nie tylko produkują auta, ale również te auta kupują. Tak rozumiany Kalecki to znakomity argument w ręku tych wszystkich komentatorów i decydentów politycznych, którzy wskazują, że spadek udziału płac w PKB to droga w kierunku permanentnej stagnacji. I my tą droga niestety idziemy. Również w Polsce, gdzie udział płac w PKB w latach 1992–1993 wynosił 69 proc., a dziś spadł do ok. 53 proc.

Drugim polem, na którym Kalecki daje narzędzie do walki z neoliberalnym mainstreamem, jest kwestia zadłużenia. I polemika z doktryną „zdrowych finansów publicznych”. Które w ciągu ostatnich 20–30 lat urosły do roli złotego cielca i celu samego w sobie. Niesłusznie. Bo w ujęciu Kaleckiego deficyt to normalny instrument ekonomiczny, potrzebny, by dostosować cały popyt do istniejących zdolności produkcyjnych. Takie podejście do deficytu wymaga jednak krytycznego rozrachunku z panującą w całej Unii Europejskiej (a w szczególności w strefie euro) architekturą finansową. A więc, mówiąc wprost, odejście od rzekomych paktów wzrostu (które nie przynoszą wzrostu, bo polegają głównie na mrożeniu pensji) albo ustanawiania sztucznych limitów zadłużeniowych. Zamiast tego potrzebne jest faktyczne powiązanie polityki fiskalnej z budżetową. Oraz większa solidarności wewnątrz samej Unii. „Dopiero wtedy możliwa będzie gospodarka kapitalistyczna bez bezrobocia. Ale nie nastąpi to bez zmiany sposobu myślenia elit politycznych w Brukseli czy Berlinie” – pisze Łaski. Po raz drugi pokazując Kaleckiego nie jako postać anachroniczną. Ale odwrotnie, jako tego dawno zmarłego ekonomistę, który powinien stać się punktem odniesienia dla prawdziwej reformy integracji ekonomicznej i walutowej.

Po drugie: Kowalik

Kazimierz Łaski nie był jedynym uczniem Michała Kaleckiego. Nie mniej ważną postacią był w tym gronie Tadeusz Kowalik. Zmarły w 2012 r. ekonomista zostawił po sobie wiele prac. Spora cześć z nich ma charakter publicystyczny. Stało się tak dlatego, że Kowalik to ważny (choć niesłuchany) głos polskiej debaty ekonomicznej całego okresu transformacji. Przeszedłszy przez charakterystyczne dla swojego pokolenia etapy fascynacji polskim komunizmem, a potem wielkiego nim rozczarowania (w 1968 r. wystąpił z PZPR) Kowalik mocno zaangażował się w Solidarność. Podobno to on namówił Tadeusza Mazowieckiego na wspólny wyjazd do Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Dziewięć lat później drogi obu panów się rozeszły. Kowalik należał bowiem do najbardziej dobitnych krytyków gospodarczych posunięć pierwszych solidarnościowych rządów (głównie planu Balcerowicza). Uparcie zwracał uwagę, że wywodząca się z klasy średniej wierchuszka „S” zdradziła tych, którzy wynieśli ją do władzy. Bo jeszcze przy Okrągłym Stole nie było przecież mowy o skoku w rynek ani o zagrożeniu ogromnym bezrobociem. Nie planowano gloryfikacji pracodawcy kosztem pracownika, nie mówiono o rychłej rejteradzie polskiego państwa z wielu kluczowych dziedzin polityki społecznej. A potem nagle elity „S” dokładnie te rozwiązania wprowadziły. Twierdząc, że „nie ma alternatywy”.

>>> Polecamy: Polska kolonią Zachodu i wielki przekręt OFE. Oto polscy ekonomiści, którzy potrafią myśleć inaczej

Kowalik był wówczas jednym z nielicznych ekonomistów, którzy twierdzili, że komponent socjalny to nie tylko odruch dobrego serca, na który w zasadzie nie powinno być miejsca w trzeźwym rachunku ekonomicznym. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Idąc tropem wytyczonym przez Kaleckiego, dowodził, że udział płac w PKB ma znaczenie kluczowe. Bo przekłada się na popyt, a co za tym idzie – na poziom inwestycji prywatnych (po co inwestować w gospodarce, gdzie nie ma chętnych do kupowania towarów i usług). Kowalik uzupełniał jednak myślenie Kaleckiego o konkretne rozwiązania z dziedziny ekonomii politycznej. Z uporem maniaka przekonywał, że w zdrowej, zrównoważonej gospodarce konieczne są silne związki zawodowe oraz państwo dobrobytu. To właśnie dlatego Kowalik był najgłośniejszym zwolennikiem rozwiązań skandynawskich. Czyli możliwie szerokiego uzwiązkowienia albo przeciwdziałającej negatywnej spirali płacowej reguły Rehna-Meidnera (każdy pracownik robiący to samo ma prawo do takiego samego wynagrodzenia. Niezależnie od kondycji ekonomicznej firmy). Oczywiście głosząc takie „herezje”, Kowalik był w ciągłej kontrze wobec neoliberalnego dogmatu. Powtarzającego choćby to, że najpierw trzeba dobrobyt zbudować, a dopiero potem go dzielić. Kowalik pisał, że takie myślenie jest głęboką naiwnością. Bo po pierwsze zaowocuje zgubnymi nierównościami społecznymi, które będzie trudno zniwelować. Po drugie utrwali oparte o grubość portfela relacje władzy. Których nie sposób będzie w przyszłości zmienić. Tu wchodził w obszary ekonomii politycznej. Która w Polsce przez lata kojarzyła się z czasami PRL i była na potęgę wyszydzana. Dopiero dziś sięgają do niej zachodni ekonomiści. Od Thomasa Piketty’ego poczynając, na nobliście Robercie Solowie kończąc. Śledząc ich wystąpienia, warto pamiętać o polskim prekursorze tego typu ekonomicznej argumentacji.

Po trzecie: Luksemburg

Częścią dorobku polskiej szkoły ekonomicznej, która wciąż czeka na swoje ponowne odkrycie, jest bez wątpienia dziedzictwo Róży Luksemburg. Tak, tak. Tej samej, która miała przed 1989 r. swoje ulice niemal w każdym polskim mieście (a w niemieckich nadal ma). A potem wrzucono ją do jednego worka ze Stalinem, Dzierżyńskim i Marchlewskim. Nie idzie tu o to, by z dzisiejszych ahistorycznych pozycji roztrząsać sensowność politycznych wyborów urodzonej w Zamościu rewolucjonistki. Która nie identyfikowała się z postulatem odbudowy państw narodowych po zawierusze I wojny światowej. I sama siebie postrzegała jako internacjonalistkę. Ważniejsze jest dla nas raczej przypomnienie faktu, że Róża Luksemburg była ekonomistką. Której prace należą dziś do najważniejszych i najbardziej proroczych w całej tradycji marksistowskiej. W 1913 r., siedząc w kajzerowskim więzieniu za działalność wywrotową, pisała w „Akumulacji kapitału”, że kapitalizm wcale nie tworzy automatycznie rynków zbytu dla swoich towarów. A zamiast tego, targany sprzecznościami między produkcją a realizacją zysków, musi tworzyć nowe rynki przemocą albo podbojami. Co zazwyczaj obraca się przeciwko narodom i cywilizacjom znajdującym się na niższym etapie rozwoju. W ten sposób utwierdza się zjawisko imperializmu. Czyli podziału świata na panujące, bogate centrum i zależne, biedne peryferie.

Próbę pogodzenia dorobku Luksemburg i Kaleckiego podjął już dość dawno temu Tadeusz Kowalik. Zrobił to najpełniej w książce „Róża Luksemburg. Teoria akumulacji i imperializmu” z roku 1970. Wtedy – bezskutecznie. Książka została wznowiona trzy lata temu. I ciągle czeka na swoje ponowne odkrycie i wypłynięcie na szersze wody debaty ekonomicznej.

I inni

Do grona przedstawicieli polskiej szkoły ekonomicznej można też pewnie zaliczyć kilka innych nazwisk o nieco mniejszej dziś przydatności. Choćby współczesnego Kaleckiemu Oskara Langego, o którego w latach 40. biły się najważniejsze amerykańskie uniwersytety. Lange brylował wówczas bowiem swoim spektakularnym pogodzeniem centralnego planowania z modelami neoklasycznej ekonomii. Aktualność tych propozycji ma dziś jednak ograniczone znaczenie, a i Lange kojarzy się raczej jako współpracownik radzieckiego wywiadu i pieszczoch władzy ludowej. Swoje trzy grosze do debat o ekonomii krajów peryferyjnych i genezy bogactwa narodów dorzucili też Marian Małowist i Witold Kula (obaj zmarli w 1988 r.). Z kolei u Ludwika Krzywickiego (1859–1941) wyczytać można, że kapitalizm ze swej natury dąży do monopolizacji gospodarki. Co w pełni rozwinęli dopiero potem Rudolf Hilferding, Joan Robinson czy Joseph Schumpeter.

Nie chodzi tu jednak o szukanie polskich tropów we wszystkich ważnych dziś teoriach ekonomicznych. Ani o dowodzenie na siłę, że Polacy byli pierwsi. Rzecz raczej w pokazaniu, że jak ktoś ma ochotę na poszukiwanie nowego języka i nowych argumentów do opowiadania o współczesnej gospodarce, to może je znaleźć bliżej, niż mu się wydaje. I to jest bardzo optymistyczny akcent. W sam raz na zakończenie naszego podręcznikowego cyklu.

>>> Czytaj też: Polska folwarkiem obcych korporacji. Przez niskie koszty pracy zostajemy na peryferiach świata