Na razie resorty skarbu i energetyki zajęte są układankami personalnymi. Widać przy okazji gdzie kończy się swoboda ministra skarbu w nominacjach. O ile np. w Tauronie Remigiusz Nowakowski czy Jarosław Broda, nowy prezes i wiceprezes Taurona to ludzie z doświadczeniem w zachodnich korporacjach (fińskie Fortum i francuskie Engie), to nominacja Wojciecha Jasińskiego, byłego ministra skarbu i płockiego posła PiS na szefa Orlenu jest chyba nagrodą od Jarosława Kaczyńskiego za wieloletnią przyjaźń. Nie pierwszy to i nie ostatni zapewne raz politycy chcą, cytując nieśmiertelny żart Wiesława Kaczmarka, „się sprawdzić w biznesie”.

Plan, który opisujemy poniżej nie jest żadnym oficjalnym programem, raczej zbiorem refleksji. Ale z uwagi na rangę naszych rozmówców ma spore szansę na, przynajmniej częściową, realizację.

Przede wszystkim nowy rząd nie czuje się absolutnie związany dokumentami przygotowanymi przez stary. Powstanie więc  nowy projekt „Polityki Energetycznej Polski do 2050”. PEP ma być przygotowany wg nowych założeń, bo stare się już zdezaktualizowały.

>>> Czytaj też: Terminale LNG, kable warte miliardy. To koniec dominacji Rosji w regionie Bałtyku

Rynek mocy? Nie, "rezerwa dekarbonizacyjna"

Po drugie, jak najszybciej ma powstać rynek mocy czyli w uproszczeniu dopłaty do elektrowni, które nie zarabiają na siebie, ale są potrzebne  w systemie energetycznym, zwłaszcza w szczycie. To najważniejszy postulat energetyków, dotychczas niechętne było mu Ministerstwo Gospodarki, bo za rynek mocy zapłacą konsumenci.

Rynek mocy wymagałby jednak uzgodnienia z Komisją Europejską, która właśnie prowadzi badanie sektorowe w tej sprawie. Bruksela nie wyklucza jego wprowadzenia, jeśli gdzieś mocy jest za mało, ale domaga się żeby najpierw próbować innych środków np. zarządzania popytem. Polski operator sieci stosuje na razie mechanizm zwany Operacyjną Rezerwą Mocy (ORM), ale jest to proteza, zresztą także pod lupą Brukseli.

- Zdajemy sobie z tego sprawę, ale wiele krajów działa nie oglądając się na KE. Niemcy wprowadziły coś co nazwali rezerwą klimatyczną, no to my nazwiemy nasz rynek mocy np. „rezerwą dekarbonizacyjną”. Wówczas byłaby łatwiejsza do przełknięcia dla Brukseli - takie głosy słychać w rządzie.

Ile by kosztowało, to trudno powiedzieć, zapewne co najmniej kilkaset mln zł, może nawet miliard, co dla przeciętnego konsumenta prądu oznaczałoby kilka zł podwyżki na rachunku.
„Rezerwa dekarbonizacyjna” pozwoliłaby łatwiej ponieść ciężar kosztów, którymi  energetyka będzie obciążona. Wchodzi w grę nie tylko górnictwo, nowy rząd planuje powrót do zarzuconych inwestycji w Ostrołęce, Rybniku (jeśli francuski EDF będzie chciał sprzedać tę elektrownię), na Lubelszczyźnie, gdzie jest zarzucony projekt Engie,  a nawet w kopalni „Czeczot”, gdzie elektrownię chciała postawić Kompania Węglowa.

Priorytetem rządu ma być szybkie zapobieżenie deficytowi mocy, nie tylko w najbliższych latach, ale także po 2023 r. kiedy zdaniem URE znowu wystąpią problemy.
Ten punkt ma wiele słabości. Przede wszystkim finansowanie. Banki niechętnie dają dziś kredyty na elektrownie węglowe w UE. Uznają to za kiepski biznes. Oczywiście są jeszcze banki państwowe, ale to trochę mało.

Komisja Europejska postara się nie dopuścić do wprowadzenia stałych dopłat do elektrowni węglowych w Polsce. Może naciskać na stworzenie regionalnego rynku z Niemcami, co spowoduje, że nasz kraj będzie importerem prądu od zachodniego sąsiada.

Pytanie czy to właśnie nie jest dla nas szansą na wprowadzenie rynku mocy za zgodą KE. Bruksela łatwiej by to przełknęła jeśli z inicjatywą wystąpiłyby wspólnie Polska i Niemcy. Instytut Fraunhofera i Narodowe Centrum Badań Jądrowych badają właśnie możliwości i korzyści utworzenia rynków regionalnych w UE. Gdy będziemy znali szczegóły techniczne, powinna przyjść pora na inicjatywy polityczne.

Znów ciepła woda, tym razem w rurach – co ma być drugim filarem planu? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl