Słowo innowacje weszło w Polsce do czołówki bardzo często używanych, tyle że nie opisuje rzeczywistości, a – zazwyczaj – stało się uniwersalnych wytrychem. Jeden z ambitniejszych ponoć portali elektryzuje czytelników wieścią, że „Nasz kraj znalazł się w gronie 10 najbardziej innowacyjnych rynków pizzy – na 8. miejscu. W 2015 roku 4 proc. wszystkich nowych rodzajów włoskiej potrawy wprowadzonych do obrotu na świecie, miało swoja premierę nad Wisłą…” Co rusz odpalane są takie sztuczne ognie, a tymczasem pospolitość świata innowacji w Polsce skrzeczy.

Poziom rozwoju gospodarczego i zaawansowania technicznego jako niezbędnych warunków innowacyjności oddaje dość dobrze wskaźnik tzw. wydajności surowcowej poszczególnych państw. Koncept zasadza się na oczywistych różnicach wartości rynkowej produktów o różnym stopniu przetworzenia: podkowa wykuta z żelaza na Podlasiu przez kowala będzie zaledwie ułamek wartości części silnika wyprodukowanego w Niemczech z tej samej ilości surowca przetopionego na stal.

W całej Unii z jednego kilograma surowców powstają produkty warte ok. 2 euro. Na czele klasyfikacji jest Luksemburg z wynikiem 4 euro za kilogram. Innowacyjność tego mocarnego w przetwarzaniu na więcej warte liliputa przejawia się jednak głównie w tworzeniu i obsłudze produktów finansowych oraz rajów podatkowych. Tuż za nim jest Holandia, która ma przemysł i usługi na najwyższym światowym poziomie, ale też konfekcjonuje, pakuje i rozsyła po bogatym świecie kwiaty sprowadzane z tzw. ciepłych krajów, zarabiając na tym nawet kilkadziesiąt razy więcej niż dostają za swoje róże kenijscy m.in. ogrodnicy.

Polska jest pod względem wydajności surowcowej w ogonie Europy. Z jednego kilograma materiałów uzyskujemy zaledwie 60 eurocentów. Od Holandii dzieli nas zatem ponad 6 długości, a od będących na 9. miejscu Niemiec prawie 3,5 długości. Wyprzedzamy w UE jedynie cztery kraje, co chwały polskiemu przemysłowi i usługom nie przynosi (im więcej drogich usług, tym wpływ przeróbki materiałów na rozmiary PKB mniejszy i wydajność surowcowa wyższa).

Niska produktywność polskiej gospodarki jest przede wszystkim skutkiem ogromnych zaległości rozwojowych w wyniku II wojny i półwiecza księżycowej ekonomii w PRL. Ostatnie ćwierćwiecze nie należy do straconych, ale też odrobić mogliśmy znacznie więcej dystansu. Według danych OECD, wydajność Polaków liczona wartością PKB wytworzonego w ciągu jednej przepracowanej godziny wzrosła z 8,8 dolarów według parytetu siły nabywczej (PPP) w 1994 r. do 29,9 dol. w 2014 r., a więc 3,4 razy. Była to najwyższa poprawa w klubie państw bogatych i aspirujących do bogactwa.

>>>> Czytaj też: Polska pobiła patentowy rekord. Która uczelnia jest najbardziej odkrywcza?

W krótszym okresie (lata 2000-2014) nasze tempo poprawiania się spadło. Wzrost wydajności był w Polsce wolniejszy, bo zwiększyła się ona 2,23 razy. Daliśmy się wyprzedzić trzem państwom europejskim nie należącym do OECD: Rosji (wzrost trzykrotny), Litwie (prawie trzykrotny) i Łotwie (ponad dwuipółkrotny), a także trzem „klubowiczom” z naszego regionu: Estonii (wzrost 2,8 razy), Słowacji (2,4 razy) i Węgrom (2,33).

Za polskie zwolnienie w ostatnich latach odpowiada w jakiejś części tzw. efekt bazy. Otóż, dość łatwo skoczyć 1,5 metra, ale przeskoczenie 2 metrów wymaga treningu, samozaparcia i codziennego reżimu, np. żywieniowego. Polskie rządy zachowują się zaś jak rozkapryszony młodzian (od 1989 r. minęło ćwierć wieku), który zamiast treningu woli „koks”, np. w postaci mitycznego impulsu popytowego, chciałby już wreszcie „pożyć”, więc popuszcza pasa (budżetowego) i daje upust różnym (populistycznym) ciągotom. Rezultat jest taki, że odrabiamy wprawdzie dystans, ale jeśli porównywać wartości bezwzględne, to ciągle, pospołu z Chile i Meksykiem, zamykamy w OECD peleton. Nasze 30 dolarów PKB na godzinę pracy to jedna trzecia osiąganych w przewodzącym stawce Luksemburgu (92 dolary) i połowa wyniku notowanego w Niemczech (65 dolarów).

Ważnego kontekstu dostarcza Korea, gdzie tak mierzona produktywność wynosi jedynie 31 dolarów na godzinę pracy. Wynik niewiele lepszy od Polski nie oznacza jednak zacofania gospodarczego, lecz jest rezultatem przodownictwa w OECD pod względem liczby godzin przepracowanych przez pracownika w ciągu roku. Z 2124 godzinami Korea jest druga za Meksykiem (2228 godzin rocznie). Obie dane zestawione razem świadczą o tym, że Korea zawdzięcza swój niesłychany sukces gospodarczy nie tylko innowacjom, lecz również mrówczej pracowitości, dzięki której coraz częściej wygrywa światowy wyścig intelektualno-inżynierski.

Polacy też pracują bardzo długo – ponad 1900 godzin rocznie, podczas gdy nasi sąsiedzi zza Odry najkrócej w OECD (1371 godzin), z tym że Niemcy najpierw tworzą najwydajniejsze maszyny świata, a potem sami na nich pracują, tymczasem u nas najważniejszy jest przysłowiowy śrubokręt. O stanie ducha innowacyjności w Polsce i poprawie stanu polskiej gospodarki można zatem mówić, że mocni jesteśmy głównie w zawołaniach, apelach, hasłach i pocieszeniach, którymi tak uwielbiamy wycierać sobie gębę, bo to łatwiejsze niż sensowne ruszanie głową i rękami.

Na innowacje stać największych

Najpierw o kosztach dostępu do technologii i praktyki, dzięki którym pojawiłyby się kiedyś – być może – jakakolwiek istotniejsze, rodzime kompetencje innowacyjne.

Jednym z filarów współczesności jest coraz to bardziej filigranowy i mimo to wydajniejszy układ scalony zwany z angielska chipem. Dzięki nieustannemu postępowi w jego miniaturyzacji powszechne stały się np. smartfony. Dołączenie przez Polskę do grona państw, firm i zespołów doskonalących ten koncept wydaje się niemożliwe. Uruchomienie samej tylko wytwórni chipów kosztuje dziś ponad 6 mld dolarów, czyli tyle, ile wynieść mają w 2016 r. dochody polskiego budżetu z podatku dochodowego od przedsiębiorstw – PIT.

Chiny ogłosiły w 2014 r. program zgromadzenia 100 – 150 mld dolarów środków prywatnych i państwowych na wielki plan zbudowania własnego przemysłu półprzewodników. Rok później rząd dodał do tego kolejne zadanie – za 10 lat, tj. do 2025 r. 70 proc. chipów instalowanych w Chinach ma pochodzić z rodzimych wytwórni. Nie wiadomo, czy plan zostanie wykonany, ale warto tu dodać, że od strony zysków to biznes bardzo kiepski. Prawdziwe pieniądze zarabiają na chipach praktycznie wyłącznie Koreańczycy z Samsunga i SK Hynix. Eksperci z McKinsey podali ostatnio, że w każdej dziedzinie związanej z chipami (kości pamięci lub procesory, projektowanie, wytwarzanie, konfekcjonowanie) tylko jedna, góra dwie firmy zgarniają wszystkie zyski, a reszta tylko traci pieniądze.

Zaledwie sto lat temu człowiek mógł jedynie patrzeć w niebo, a dziś każdy może patrzeć sobie z nieba na ziemię. Rozwój lotnictwa pokazuje jednocześnie jak rozkręca się spirala barier i kosztów. Bardzo biedna i zacofana Polska mogła przed drugą wojną światową zajmować dość dobre miejsce na mapie innowacyjności w lotnictwie, bo było ono jeszcze w powijakach, a postęp wymagał przede wszystkim sprawnych głów, przyrządów kreślarskich oraz prostych maszyn i narzędzi. Dzisiejsze samoloty kumulują natomiast większość współczesnych cudów techniki.

Najpopularniejszym rodzajem silnika w lotnictwie komunikacyjnym jest obecnie odrzutowy, turbowentylatorowy, dwuprzepływowy. Upraszczając, można powiedzieć, że siła odrzutu napędzająca samolot pasażerski zależy w dużym stopniu od długości łopat wirującego wentylatora, ale im dłuższe łopaty i większy silnik, tym potężnieją siły oddziałują na maszynerię i wyższe jest prawdopodobieństwo, że całość rozleci się w kawałki. Jeszcze w ubiegłym wieku firma Pratt & Witney uznała, że zwiększenie wydajności takich silników oraz zmniejszenie zużycia paliwa możliwe byłoby, gdyby konstrukcję uzupełnić o skrzynię biegów regulującą obroty wentylatora w zależności od fazy lotu i potrzeb. Zadanie było ogromne, bo skrzynia musiała ujarzmiać 30 tys. KM mocy wytwarzanej momentami przez takie silniki. Silniki ze skrzynią biegów są już dostępne – można je zamówić dla airbusów A320neo. Dzięki nim zużycie paliwa spada o 15 proc., co w przeliczeniu na jedną maszynę daje roczne oszczędności rzędu 1,5 mln dolarów.

Upowszechnienie tego rozwiązania stoi jednak pod znakiem zapytania, bo linie lotnicze podchodzą z wielką nieufnością do wszystkich dodatków mogących dodać kolejne rodzaje ryzyka do eksploatacji samolotów. Dla rozważań o warunkach innowacyjności istotne jest, że prace nad silnikiem ze skrzynią biegów (nazwa handlowa PurePower) trwały 20 lat, kosztowały firmę 10 mld dolarów, a nad Pratt & Witney stale ciąży ryzyko, że weszli ze swym konceptem w ślepą uliczkę.

Środki publiczne versus prywatne

Rozpracowanie zadania dotyczącego innowacyjności rozpoczynać należy zatem od źródeł pokrycia kosztów. Źródła mogą być publiczne (z podatków) i prywatne. Głębsze i wydajniejsze są te drugie, bo przy publicznych podstawowym priorytetem jest w polskiej rzeczywistości minimalizowanie ryzyka i/lub dokumentowanie należytej staranności przy jego unikaniu, bo za drzwiami laboratorium czai się inspektor NIK, a ewentualnie prokurator. Nie warto zatem ulegać mirażom szybkiej i skutecznej innowacyjności wszczepianej za publiczne pieniądze.

W Japonii i Korei Płd., tj. państwach uchodzących słusznie za najbardziej innowacyjne, aż trzy czwarte wydatków na badania i rozwój (B+R) pokrywane są przez sektor prywatny. Inna sprawa, że tu i tam sektor ten korzysta dość obficie ze wsparcia państwa, co jednak nie zmienia wymowy tych danych. Jeśli pominąć szczególny przypadek Chin (też trzy czwarte), to na trzecim miejscu była w 2015 r. Słowenia (68,4 proc.), a na czwartym miejscu Niemcy (65,4 proc.).

Są dwa jedynie państwa, w których aż trzy czwarte środków pochodzi z budżetu. Są to innowacyjne zuchy na opak, czyli Argentyna i Meksyk. Za nimi duży dystans i grupa na czele z Grecją, która wydawała na ten cel głównie pieniądze pożyczone – jak zdawało się Grekom – na „święty nigdy”.

Do absolutnych wyjątków należą państwa finansujące B+R w znaczniejszym stopniu z kapitału zagranicznego. Takim wyjątkiem jest Izrael (48,8 proc.) czerpiący ze związków z diasporą żydowską, ale także ze swoich wielkich sukcesów na polu rozwoju technologii. Udziałem zagranicznym wynoszącym jedną trzecią cieszy się Luksemburg, ale jest to bardziej efekt tamtejszego raju podatkowego niż rzeczywistej działalności badawczo-rozwojowej. Zauważalny udział środków zagranicznych w finansowaniu szeroko rozumianej innowacyjności w Czechach i na Słowacji jest zapewne skutkiem rozmiarów tamtejszych sektorów motoryzacyjnych będących własnością wielkich koncernów zachodnich i dalekowschodnich.

Polska jest w zestawieniach OECD znacznie gorzej niż przeciętniakiem. Na badania i rozwój przeznaczamy zaledwie 0,9 proc. PKB, a per capita 235 dolarów rocznie, tj. jedną siódmą tego co liderujący Szwajcarzy (1700 dolarów) i jedną szóstą wiceliderów z Korei i USA (po ponad 1400 dolarów). Nasze „dokonania” na polu finansowania innowacyjności dają nam wśród państw członkowskich OECD szóste miejsce od końca. Kapitał prywatny wykłada u nas na B+R 39 proc. całości środków, państwo – 45,2 proc., kapitał zagraniczny – 13,4 proc. (reszta to inne źródła krajowe).

Pełne zestawienia porównujące wydatki można znaleźć tutaj i tutaj.

>>> Czytaj też: Innowacje w bankach są mało zyskowne, ale dają inny efekt

Co nas powstrzymuje

Potencjał finansowy polskiego sektora przedsiębiorstw jest raczej mikry. Według NBP, w styczniu 2016 r. depozyty krajowych przedsiębiorstw w bankach wyniosły 237,1 mld zł, czyli zaledwie 60 mld dolarów. Jeden gigant innowacyjny – Apple ma na koncie już ponad 200 mld dolarów wolnych środków, tyle co całe jednoroczne PKB Czech.

Nie chodzi jednak o to, żeby żądać od polskiej gospodarki stawania w szranki z największymi mocarzami; gorzej że w grudniu 2008 r. depozyty polskich firm miały wartość 148 mld zł, a w grudniu 2010 r. – 183 mld zł. Minimalna inflacja ustąpiła ostatnio deflacji, więc spory wzrost wartości depozytów nasuwa wniosek o niskiej skłonności przedsiębiorstw do inwestowania, mimo że patrząc po wskaźnikach makroekonomicznych, nie dzieje się w Polsce źle. Co zatem wstrzymuje firmy przed ruszeniem po owoce, które kiedyś dojrzałyby, gdybyśmy zadbali o to inwestując więcej, odważniej i sprawniej?

Jest w tym spora doza generalizacji, ale firmy nie inwestują dość intensywnie lub skupiają się na prostym odtworzeniu majątku, gdy obawiają się przyszłości, gdyż nie wiedzą co wymyśli za chwilę państwo, żeby je najpierw postawić do pionu, a potem skrzętnie wydrenować. Nasze państwo potrzebuje zaś coraz więcej na górników, rolników i jakże wielu innych „pokrzywdzonych przez Balcerowicza i jego przybocznych”. A za chwilę będzie potrzebować na kolejne dodatki i przywileje rozrzucane – jak marzył szef FED Ben „Helicopter” Bernanke – ze śmigłowca.

Długofalowe inwestycje, a takie są inwestycje z myślą o przyszłych i niepewnych korzyściach z innowacji wymagają poczucia pewnego jutra. Przedsiębiorstwa zaufają odleglejszej przyszłości, gdy doczekają się sprawnego i przewidywalnego systemu prawnego, żeby w rozsądnym tempie i trybie rozstrzygać spory nieuniknione w każdej działalności, a innowacyjnej w szczególności. Będą chętniej podejmować ryzyko inwestycyjne, gdy czytelne staną się reguły relacji z fiskusem, gdy przestanie je dręczyć nawałnica mętnego, kulawego i niespójnego prawa produkowanego na strzepnięcie palca. Gospodarka może być więc wyzwolona jak niegdysiejsi niewolnicy lub krępowana, by ją zniewolić, po to żeby słuchała tego, czy innego pana z jego widzimisię. To jest wybór podstawowy.

W oczekiwaniu na warunki optymalne, które sami sobie stworzymy, warto przyjrzeć się osiągnięciom króla zupy pomidorowej i ketchupu. Henry John Heinz zbił fortunę i zbudował koncern, który przetrwał półtora wieku w świetnej formie, bo pospolite rzeczy robił niepospolicie dobrze, powtarzając przy tym stale, że to jest właśnie droga do sukcesu. Jeśli nie stać na prawdziwe innowacje, lepiej skupić się na lepszej jakości – i cenie – tego co robią inni.

Autor: Jan Cipiur

>>> Polecamy: Oto sekret budowania innowacyjnej gospodarki