Jednym z zasadniczych celów polskiej polityki zagranicznej po odzyskaniu suwerenności państwowej w latach 1989–1990 było określenie pozycji Polski w stosunku do Niemiec. Oba kraje, złączone tragiczną i powikłaną historią, wykorzystywały szansę, jaką stwarzał schyłek potęgi sowieckiego imperium, do zrealizowania swoich naczelnych narodowych celów: Niemcy do zjednoczenia państwa w ramach sojuszy zachodnich, a Polska do odzyskania niepodległości i wejścia do tych samych sojuszy w ramach Zachodu, w których od dekad były już Niemcy Zachodnie i gdzie szybko miała się znaleźć zjednoczona RFN.

Wizjonerzy polskiej polityki zagranicznej – Krzysztof Skubiszewski, Bronisław Geremek czy Władysław Bartoszewski – dostrzegli także historyczną szansę na zakończenie wielopokoleniowych konfliktów polsko-niemieckich i zbudowanie nowoczesnego partnerstwa Warszawy z Berlinem przynajmniej na wzór partnerstwa Niemiec i Francji. Nie było to wcale łatwe, o czym świadczy to, jak szybko kwestia polskiej granicy zachodniej pojawiła się w procesie zjednoczenia Niemiec i jak trudną do przyjęcia dla Polski politykę wobec kwestii granicznych realizował kanclerz Helmut Kohl. Kanclerz wahał się z jednoznacznym uznaniem granicy, walcząc o poparcie wyborców prawicowych i konserwatywnych.

Na szczęście ten problem w  traktatach o zjednoczeniu został rozsądzony po polskiej myśli, a zjednoczone Niemcy szybko zawarły dwa fundamentalne traktaty z Polską: o granicy oraz o współpracy i przyjaznym sąsiedztwie. Zbliżenie polsko-niemieckie następowało błyskawicznie, a jego etapy to m.in. zniesienie z inicjatywy niemieckiej wiz dla Polaków do Europy Zachodniej, rozwój relacji gospodarczych, zaproponowanie przyjęcia Polski do NATO i UE. W  1995 r. jednym z głównych gości berlińskich obchodów 50. rocznicy pokonania III Rzeszy był Władysław Bartoszewski, który wygłosił fantastyczne przemówienie, mówiąc, że nikt nie może zmieniać historii, a Niemcy, którzy doświadczyli wysiedlenia z ziem wschodnich po wojnie, także są ofiarami Hitlera. Co więcej – mówił Bartoszewski – Polacy, którzy osiedlili się we Wrocławiu czy Olsztynie, także byli wysiedleni ze swoich ojcowizn.

Kwestia wysiedleń oraz Ziem Zachodnich i Północnych w Polsce wróciła na przełomie wieków, kiedy niemiecki Związek Wypędzonych zaczął żądać odszkodowań dla Niemców ze Śląska, Warmii i Mazur oraz Pomorza, wysiedlonych po 1945 r. Ale rząd Niemiec kierowany przez kanclerza Gerharda Schrödera i ministra spraw zagranicznych Joschkę Fischera nie tylko nie wsparł tych żądań, ale je realnie zwalczał. Niestety, ten sam rząd zaangażował się w  budowę rurociągu Nord Stream pod Bałtykiem, który zaszkodził relacjom polsko-niemieckim. Także ten rząd był w pośrednim sporze z Polską o amerykańską interwencję w Iraku w 2003 r. Mimo to po wejściu Polski do UE i NATO nastąpił, zdaniem wielu, najlepszy okres w historii polsko-niemieckich relacji. Bronisław Geremek mówił wręcz, że doczekał się historycznego cudu, na który nigdy nie liczył.

Dzisiaj stosunki Polski i Niemiec są na ostrym zakręcie. Znacząca część polskiej prawicy, która sprawuje rządy, odnosi się do sąsiada zza Odry z  niechęcią, niekiedy wręcz z wrogością. Osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej powszechnie uważa się w obozie prawicowym za lata podległości, uzależnienia, postawy klienta wobec Niemiec. Berlin jest postrzegany jako europejski hegemon, którego polityka nierzadko szkodzi Polsce. W Niemczech widzi się strategicznego partnera Moskwy, nie zauważając, że to właśnie niemieckie „tak” zdecydowało o dotkliwych sankcjach wobec Rosji po agresji na Ukrainie i że Niemcy porzuciły złudzenia co do Władimira Putina i przyszłości państwa rosyjskiego.

Lansowany przez dyplomację polską projekt nowego przymierza państw Międzymorza, położonych między Niemcami a Rosją, jest pochodną zdystansowania się do Berlina. W  środowiskach publicystycznych sympatyzujących czy wspierających prawicę Niemcy są często prezentowane jako główny europejski rywal Polski do tego stopnia, że w publikacjach prawicowych portali pisze się o niemieckich wpływach i niemieckiej agenturze, mając na myśli środowiska, które opowiadają się za strategicznym sojuszem z Niemcami i pogłębianiem procesu pojednania. Z kolei w Niemczech w sposób często przesadzony, uproszczony, momentami niedorzeczny, opisuje się Polskę pod rządami PiS jako państwo już autorytarne, putinowskie, otwarcie faszyzujące itd. Zbyt mało jest po stronie niemieckich mediów próby zrozumienia, dlaczego Polacy w przeważającej większości tak krytycznie odbierają politykę Angeli Merkel dotyczącą uchodźców. Podobne krytyczne opinie wobec Merkel i  jej otwartości padają w całej Europie, ale to szczególnie Polska i państwa wyszehradzkie są określane w Niemczech jako ksenofobiczne i na nowo mówi się o nich jako o Europie Wschodniej.

Proces oddalania się Polski od Niemiec i Niemiec od Polski może przyspieszać i się pogłębiać. Prawdopodobny jest taki kształt współpracy, który nie będzie ani pełnym strategicznym sojuszem, ani otwartą niechęcią. Nazwałbym to strategicznym chłodem, który będzie oznaczać obojętność po obu stronach granicy. Trudno będzie ukształtować formułę ścisłej współpracy, a  odwołanie się do wzoru francusko-niemieckiego jest już chyba niemożliwe. Zresztą współpraca Niemiec i Francji, także oceniana przez polską prawicę jako hegemonia w Europie, często bywa po prostu zarządzaniem różnicami strategicznymi w celu tonowania konfliktów i podnoszenia rangi wspólnych projektów. 25 lat po traktacie polsko-niemieckim o   przyjaźni i współpracy czeka nas raczej proces odwrotny: podnoszenie rangi różnic i obniżanie rangi wspólnych projektów. ©?

>>> Czytaj też: „Tajny” członek Grupy Wyszehradzkiej. Hiszpania milczy i zachowuje się jak Polska