Kiedy rok temu po przedwczesnej śmierci Satoru Iwaty, wieloletniego prezesa Nintendo, fotel szefa tej słynnej japońskiej firmy obejmował Tatsumi Kimishima, niewielu ekspertów spodziewało się rewolucji. To raczej Iwata, który zawsze podkreślał, że choć zarządza wielkim przedsiębiorstwem, to w duszy jest graczem, gdy obejmował prezesurę na początku XXI w., budził większe nadzieje. Dziś widać, że może mniej wizjonerski, ale bardziej twardo stąpający po ziemi Kimishima (27 lat przepracował w bankowości) miał pomysł, jak firmę skierować na tory ponownego sukcesu. Ponownego, bo powstałe w 1889 r. przedsiębiorstwo w latach 80. i 90. XX w. było najsilniejszym graczem na rynku gier konsolowych.

24,52 proc. – tak imponująco rosły wczoraj akcje Nintendo. Była to dla japońskiego producenta gier najlepsza sesja w historii. W ciągu dwóch ostatnich notowań Nintendo podrożało o jedną trzecią. Co ważne, firma od nieudanego debiutu konsoli Wii U nie notowała najlepszych wyników. Od lat brakowało jej czegoś, co pozwoliłoby skraść serca nowego typu graczy.

>>> Czytaj też: Oto 7 krajów, które najbardziej korzystają z innowacji technologicznych

Wtedy zrodził się pomysł, by wejść na rynek mobilny. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Udało się to dzięki powrotowi do flagowego produktu Nintendo, czyli pokemonów (bardziej znaną grą ze stajni Nintendo jest tylko „Super Mario Bros”). Konsolowa gra polegająca na zbieraniu pokemonów (czyli „kieszonkowych potworków”) w połowie lat 90. była takim hitem, że doczekała się ekranizacji w postaci serialu anime, a fenomen pokemonów znany był na całym świecie. Dla Nintendo stały się na tyle ważną częścią biznesu, że wyodrębniono The Pokemon Company, czyli oddział odpowiedzialny za marketing i licencjonowanie serii. I właśnie tym oddziałem w latach 2002–2006 kierował Kimishima. Jeszcze wcześniej przez rok zarządzał oddziałem zajmującym się pokemonami na USA. A więc to także jego pracy firma zawdzięcza, że ten produkt tak świetnie rozwijał się i zarabiał przez lata.

To doświadczenie przekonało go, że jest to na tyle dobra marka, że właśnie na niej warto oprzeć nowe, mocne wejście firmy w świat gier mobilnych. Jedną z pierwszych decyzji nowego prezesa było podpisanie umowy z amerykańskim deweloperem gier, młodą firmą Niantic, na wyprodukowanie nowej wersji przygód pokemonów. Tym razem w innej odsłonie, bo w połączeniu gry mobilnej, czyli na smartfony, z możliwościami, jakie daje technika geolokalizacji i VR, czyli rozszerzonej rzeczywistości. John Hanke, twórca Niantic, tak przed kilkoma dniami w wywiadzie z Game Informerem opowiadał o procesie powstawania gry: – Pomysł zawdzięczamy primaaprilisowemu żartowi Google Maps z 2014 r., kiedy to na wirtualnych planach miast zaczęły pojawiać się pokemony, które użytkownicy mogli łapać.

Gra „Pokemon GO”, która powstała z połączenia sił japońskiego potentata i amerykańskiej firmy, w ciągu kilku dni stała się fenomenem na światową skalę. Ta mobilna przygodówka w skrócie polega na szukaniu, zbieraniu, trenowaniu i wreszcie wysyłaniu na pojedynki tytułowych słodkich stworków. Ale tym razem zabawa nie odbywa się na ekranie komputera, telewizora czy komórki, tylko... w prawdziwym świecie obserwowanym przez ekran smartfona.

Produkcja w samym dniu premiery wygenerowała przychód na poziomie 4,5 mln dol. To może być milowy krok w historii Nintendo, na który inwestorzy oczekiwali od dawna, ale przed nowymi pokemonami jeszcze długa droga. Na razie tytuł ten oficjalnie dostępny jest wyłącznie w Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. Jednak gracze, którzy nie mogą się go doczekać, ściągają aplikacje także w tych krajach, gdzie nie miał premiery, co, jak się okazuje, nie do końca jest bezpieczne – pojawiły się już sygnały o zawirusowywaniu smartfonów.

Jednak, co ważne, smartfonowe plany Kimishimy nie kończą się na „Pokemon Go”. Do marca 2017 r. firma zapowiedziała jeszcze cztery nowe gry na urządzenia mobilne, które w sumie mają zwiększyć jej zysk netto o jedną trzecią, aż do 45 mld jenów.

>>> Czytaj też: Podcastowa rewolucja. Amazon ma ciekawy pomysł, jak ożywić rynek