To NAFTA, Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu, jest – według Donalda Trumpa – głównym oskarżonym o doprowadzenie amerykańskiej gospodarki do stanu agonalnego. Świadkami, których przywoływał na poparcie swoich słów, są: stagnacja płac, kurczenie się sektora wytwórczego oraz likwidacja tysięcy miejsc pracy. Trump nigdy nie zadał sobie trudu, by wyłuszczyć, dlaczego tak mocno krytykuje NAFTA. Ale wiadomo, że dzięki swoim bezkompromisowym słowom stał się bohaterem dla wielu Amerykanów (o wyborcach Trumpa czytaj w Magazynie DGP 185/2016 – red.) zamieszkujących Pas Rdzy (Rust Belt). To stany, dawniej najmocniej uprzemysłowione, które teraz popadają w ruinę.

Temat umowy handlowej wiążącej USA, Kanadę oraz Meksyk stał się w kampanii wyjątkowo gorący: Trump wielokrotnie podkreślał, że Hillary Clinton – najpierw jako żona prezydenta, a potem sekretarz stanu w gabinecie Baracka Obamy – przyłożyła się do tej „tragedii”. Oskarżenia stały się tak nośne, że Clinton jak najbardziej świadomie rezygnowała z otwartej potyczki na ten temat z Trumpem. Bo wiedziała, że obrona NAFTA zaowocuje spadkiem poparcia dla niej. Jej sytuację komplikował fakt, że zwolennikiem wycofania się Ameryki z NAFTA był także Bernie Sanders, który poważnie zagrażał jej w prawyborach. Ostatecznie Sanders poparł Hillary, lecz jego elektorat do końca patrzył na jej kandydaturę krzywym okiem. A nawet odgrażał się, że zbojkotuje wybory lub poprze Jill Stein albo Gary’ego Johnsona, kandydatkę Zielonych oraz kandydata libertarianów.

Teraz nastał czas zmierzenia się z tym wyzwaniem.

Jako pierwsi zabrali głos eksperci. Ich zdaniem NAFTA stała się ofiarą złożoną na ołtarzu wyborów oraz kolejnym przykładem na to, jak destrukcyjną siłę zyskuje populizm. Jedyną dobrą stronę takiego obrotu sprawy dostrzegli w tym, że całe zamieszanie wokół umowy zmusiło część Amerykanów do uzupełnienia wiedzy na jej temat. Gdy w 2015 r. ośrodek Gallupa przeprowadził sondaż, prawie połowa badanych (43 proc.) przyznała, że wie o NAFTA zbyt mało, by stwierdzić, czy jest za dalszym udziałem ich kraju w tym układzie, czy za jego opuszczeniem. I była to znacząca poprawa w stosunku do roku poprzedniego, gdy w podobnym sondażu dla New York Timesa/CBS aż 63 proc. Amerykanów podało się za totalnych ignorantów w tym temacie.

Narodziny nadziei

Umowa NAFTA zawarta między USA, Kanadą a Meksykiem weszła w życie w 1994 r. za pierwszej kadencji Billa Clintona. Jej historia sięga jednak 1979 r. – wówczas propozycję stworzenia strefy wolnego handlu w obrębie kontynentu wysunął kandydat na prezydenta Ronald Reagan. Jego doradcy nadali projektowi nazwę Porozumienie Północnoamerykańskie (North American Accord).

W 1988 r., już pod rządami George’a H.W. Busha, USA podpisały umowę o wolnym handlu z Kanadą. Zakładała zniesienie ceł i barier handlowych między obydwoma krajami w ciągu 10 lat. Gdy zainteresowanie układem wyraził Meksyk, Bush ojciec tylko zatarł z radości ręce. Szykował się właśnie do kolejnej walki o Biały Dom, a przeciwko sobie miał młodego i rzutkiego gubernatora Arkansas Billa Clintona. Potrzebował czegoś, co wzmocniłoby jego szanse na reelekcję.

Trzystronne rozmowy na temat układu potoczyły się szybko, bo skierowano je na szybki tor (fast track). Amerykańskie prawo dopuszcza możliwość, by Kongres przekazał głowie państwa zwierzchnictwo nad tzw. aktem promocji handlu (trade promotion authority), czyli de facto upoważnił prezydenta do negocjacji. Dzięki temu, jak przypomina dziś Ross Perot, kandydat na prezydenta w 1992 i 1996 r. z ramienia Partii Reformatorskiej i przeciwnik paktu NAFTA, Bush senior mógł negocjować umowę w ekspresowym tempie, na dodatek w tajemnicy przed narodem.

Ogłoszenie projektu NAFTA nie pomogło Bushowi seniorowi, bo wybory w 1992 r. wygrał Clinton. Mimo to ustępujący prezydent postanowił doprowadzić sprawę do końca. Po pierwsze – los układu nie był pewny w erze całkowitych rządów demokratów (demokratyczne były też wtedy obie izby Kongresu). A po drugie – Clinton wprawdzie popierał NAFTA, ale obiecał związkom zawodowym, że nie ratyfikuje umowy, dopóki nie znajdą się w niej dodatkowe zapisy o ochronie środowiska, płac i miejsc pracy.

I tak trzy państwa podpisały NAFTA 17 grudnia 1992 r., miesiąc przed ustąpieniem Busha seniora ze stanowiska. Kongres ratyfikował umowę niemal dokładnie rok później, dzięki poparciu wszystkich republikanów oraz połowy demokratów. Układ przewidywał 15-letni okres przejściowy, podczas którego zniesione zostaną cła na artykuły przemysłowe i nastąpi stopniowa liberalizacja handlu produktami rolnymi. Brak tych barier – dowodzili eksperci – zaowocuje inwestycjami i wzrostem PKB we wszystkich krajach członkowskich, to z kolei przełoży się na tworzenie nowych miejsc pracy, rosnącą zamożność społeczeństw kontynentu i większą stabilność polityczną.

>>> Czytaj też: Kryzys rozumu liberała. Takie Trumpy się zdarzają

Studzenie nadziei

Dwadzieścia lat po wejściu układu w życie wiadomo, że nie tylko nie spełnił on oczekiwań pomysłodawców, lecz także budzi coraz więcej kontrowersji. Coraz częściej obarcza się go winą za doprowadzenie do likwidacji amerykańskiego przemysłu. Perot wieścił to już w 1992 r.: „Jeżeli ta umowa zostanie podpisana, to za chwilę usłyszymy wielki huk. Będzie to odgłos ostatecznego tąpnięcia, które pogrzebie resztki naszej branży fabrycznej. W latach 80. oddaliśmy Azji 2 mln miejsc pracy, teraz reszta zostanie wyprowadzona za naszą południową granicę”. Badania potwierdzają, że na skutek NAFTA pracę straciło 700 tys. Amerykanów, bo koncerny motoryzacyjne skorzystały z szansy pozyskania taniej siły roboczej w Meksyku.

Krytycy NAFTA wskazują, że układ doprowadził do obniżenia płac w USA i redukcji świadczeń pracowniczych. Jego kolejną ofiarą padły związki zawodowe, z którymi przestali liczyć się politycy oraz pracodawcy. Kolejne niechciane skutki to: rosnący deficyt handlowy między USA a Meksykiem i Kanadą (60 mld dol. i 5,8 mld dol. w 2015 r.) oraz fala nielegalnej emigracji z Meksyku, z którą żadna administracja w Waszyngtonie nie daje sobie rady. Migracja narasta, bo NAFTA przyczyniła się do zagłady tradycyjnego meksykańskiego rolnictwa opartego na niewielkiej własności prywatnej: wyparły go korporacje przejmujące ziemię, na dodatek tamtejszy rynek został zalany tańszymi, bo dotowanymi przez państwo, artykułami rolnymi oraz spożywczymi z USA. W końcu w sporze o sens NAFTA jak bumerang powraca oskarżenie, że jedynym celem przyjęcia układu było wyzwolenie amerykańskich korporacji z obowiązku troszczenia się o pracownika, do czego obliguje je twarde prawo pracy w Stanach.

Trudno kontrować te argumenty, bo wszystkie wymienione zjawiska są zmorą Stanów Zjednoczonych. Czara goryczy przelała się w drugiej kadencji prezydenta Baracka Obamy, gdy stało się jasne, że do reformy imigracyjnej znów nie dojdzie (w wyborach 2014 r. kontrolę w Izbie Reprezentantów przejęli republikanie i legislacyjny impas tylko się wzmógł), a gabinet czarnoskórego prezydenta nie poradził sobie z recesją spowodowaną krachem na rynku finansowym. Mimo deklaracji ekonomistów, że gospodarka wróciła na tory wzrostu, miliony ludzi, którzy stracili osiem lat temu pracę, nigdy nie znalazło nowej – a oficjalne statystyki bezrobocia nie uwzględniają po tak długim czasie tych, którzy przestali jej w ogóle szukać. Federalne Biuro Statystyki Pracy podaje, że w ostatnim roku prezydentury Obamy odsetek pracujących Amerykanów jest najniższy od 38 lat i wynosi ledwie 62,6 proc. Oznacza to, że od 2009 r. z rynku pracy wycofało się i nigdy nań nie wróciło ponad 14 mln osób w wieku produkcyjnym.

Kto więc ma rację? Czy Trump wskazujący, że NAFTA niszczy Amerykę? Czy też eksperci? Czy Ameryka powinna rozważyć wyście z układu?

W cieniu chińskiego młota

Zdecydowanie nie – twierdzą ekonomiści. NAFTA pozostanie ważnym elementem w ekonomicznej układance USA. A odpowiedź na pytanie, gdzie znajduje się rak toczący amerykańskie trzewia, leży gdzie indziej. To Chiny.

– Kryzys niewykwalifikowanego pracownika zaczął się w USA na długo przed NAFTA, jeszcze w latach 70., kiedy sektor tekstylny zaczął przenosić się do Korei, Tajwanu, Indonezji, Chin. Po akcesji Państwa Środka do Światowej Organizacji Handlu w 2000 r. Ameryka padła ofiarą chciwości korporacji, które uległy pokusie błyskawicznego pomnożenia zysków – mówi Edward Hill, ekspert ds. produkcji z Uniwersytetu Stanowego Ohio w Columbus. – Zapanowało myślenie, że koszty produkcji zawsze będą w Chinach najniższe, a jednocześnie technologia zapewni metody równie taniego transportu produktów w każdy zakątek globu. Dziś wiemy, że te założenia były błędne. Jeśli, dla porównania, popatrzymy na sytuację w NAFTA, to zobaczymy, że etaty wyprowadzone z USA do Meksyku czy Kanady zostały zastąpione, przynajmniej w części, miejscami pracy w usługach czy branży know-how. Blisko 40 proc. towarów importowanych przez USA z Meksyku ma amerykańskie „korzenie”.

Ile miejsc pracy przeniesiono z USA do Chin od 2000 r.? Zdaniem Davida Autora, ekonomisty z MIT, który napisał raport na temat relacji gospodarczych USA – Chiny, mówimy o 5,8 mln etatów („The China Shock: Learning from Labor Market Adjustment to Large Changes in Trade”, 2016). To dzięki temu Państwo Środka wyrosło w ciągu dwóch dekad na handlowego lidera świata, a jednocześnie największego wierzyciela USA – zjawisko, które każdemu powinno spędzać sen z oczu. – W tej sytuacji NAFTA spełnia funkcję koła ratunkowego – uważa prof. Hill. – Z zadowoleniem obserwujemy, że od kilku lat ci sami globalni gracze, którzy szukali szczęścia w Chinach, teraz przenoszą działalność na terytorium NAFTA, widząc sens i konieczność w budowie konkurenta dla chińskiego smoka. Zważywszy na zaawansowanie i o wiele wyższą wydajność gospodarek północnoatlantyckich względem chińskiej, nie jest przesadą prognoza, że może już za pięć lat to Ameryka Północna pod sztandarem NAFTA będzie najbardziej konkurencyjnym rejonem gospodarczym świata.

Pułapka robotów

Czy oznacza to, że amerykańscy pracownicy z sektora niebieskich kołnierzyków odzyskają fabryki i kopalnie, znów staną tłumnie przy taśmach produkcyjnych i będą za to godnie opłacani? Niestety nie. Jak pokazują badania: największym wrogiem niewykwalifikowanego pracownika w każdym miejscu na świecie jest obecnie – i pozostaje od ćwierćwiecza – automatyzacja produkcji.

Raport przygotowany na początku roku przez Center for Business and Economic Research na Uniwersytecie Stanowym Ball w Indianie dowodzi, że automatyzacja odpowiada aż za 88 proc. utraconych od 2000 r. miejsc pracy. Międzynarodowe umowy handlowe – tylko za 13 proc. Na dodatek nie ma z tej sytuacji wyjścia. W każdym razie nie tą samą drogą, która nas do tej pułapki przywiodła. – Tak jak nie wrócimy do koszenia zboża ręcznie, tak nie pozbędziemy się robotów tylko po to, by z powrotem dać pracę montażystom. Tak się składa, że politycy, którzy muszą dla dobra swoich kampanii wskazywać na realnego, namacalnego wroga, wolą krytykować NAFTA czy globalizację. Bo za umowami stoją ludzie, a robotów w żaden sposób ukarać się nie da – wyjaśnia Hill.

O czym powinni mówić liderzy, którzy mają ambicję odnieść się do prawdziwych problemów i wyzwań stojących przed amerykańską i światową gospodarką? – O sposobach przywrócenia do pracy tych bezrobotnych dziś montażystów. O tym, że na ten powrót musimy patrzeć jak na inwestycję. Czyli powinniśmy inwestować w szkolenia, zapewniając jednocześnie tym ludziom minimum bezpieczeństwa, czyli ubezpieczenie zdrowotne i środki do życia. Pomaga nam, że wiemy, iż w czasach robotów człowiek będzie miał za główne zadanie obsługiwać je logistycznie i technicznie. Wiemy jednocześnie, że im dłużej ludzie są bez pracy, tym trudniej jest im wrócić, a wynikające z tego problemy rozlewają się nie tylko na strefę ekonomiczną, ale i polityczną. Mam dla Trumpa jedno przesłanie: miej odwagę patrzeć prawdzie w oczy – kończy prof. Hill. ⒸⓅ