Jeśli bez uprzedzeń porównać jego przeszłość z tym, co do zaoferowania ma kreujący się na stoickiego fachowca psychiatra Bogdan Klich czy były radny gminy Warszawa-Centrum Tomasz Siemoniak – Macierewicz jawi się jako postać absolutnie nietuzinkowa.

Jednak zamiast dyskontowania plusów dodatnich ubierający się w dobre garnitury szef MON jest ministrem, którego trzeba raczej chować za plecami bezbarwnego Jarosława Gowina, bo inaczej nie da się wygrać żadnych wyborów. Kieszonkowym Cezarem, który nawet we własnym obozie będzie miał klub sześćdziesięciu czekający na swoje święto środka.

Po upadku komunizmu Antoni Macierewicz zbudował własny model polityczności. Sprowadza się on do perfekcyjnego ośmieszania nawet najbardziej racjonalnych pomysłów. Składania deklaracji, które już w dniu, w którym padną, są nieaktualne. Zniechęcania do siebie nawet neutralnie nastawionych dziennikarzy. W końcu nadużywania hiperboli i insynuacji pod adresem przeciwników.

Ambitny polityk, który z powodzeniem mógłby zmieniać polską armię, woli pełnić rolę naczelnego mohera. Zamiast sprawnej reklamy tego, co udało mu się zrobić, i umiejętnego ukrywania porażek preferuje siermiężną propagandę w stylu odwołanego niedawno Bartłomieja Misiewicza. Stalinowski wręcz w stylu przekaz, w którym co chwilę musi się pojawić sakramentalna „dezinformacja” odmieniania przez wszystkie przypadki połączona z groźbą donosu do prokuratury.

Nawet jeśli w wielu obszarach swojej analizy stanu państwa ma rację, to za mało, by wygrywać. W oparciu o sojusz z Misiewiczem i panem Kazimierzem z SKW, który w niecałe dwie godziny potrafi dojechać z Warszawy do Torunia – nie da się skutecznie rządzić nie tylko MON, ale nawet bieszczadzkim Łupkowem. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Jaki jest rzeczywisty bilans rządów Macierewicza MON?