Wojna jest za kosztowna. Stać na nią tylko ubogich

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
23 grudnia 2016, 20:01
Wojna jest za kosztowna. Stać na nią tylko ubogich
fot. Dan Chung/Reuters/Forum/Dziennik Gazeta Prawna
Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami – stwierdził 200 lat temu pruski gen. Carl von Clausewitz. Gdyby autor traktatu „O wojnie” żył dziś, to zapewne zauważyłby, że konflikty zbrojne stały się wyjątkowo kosztownym luksusem. Dużo taniej jest więc używać dyplomacji. Paradoksalnie zasada ta szczególnie dotyczy najbogatszych.

Trzy lata temu Uniwersytet Browna spróbował oszacować koszty 10-letniego militarnego zaangażowania się USA w Iraku. Akademicy obliczyli, że inwazja na ten kraj i próba zapanowania nad nim kosztowała amerykańskiego podatnika trudną do wyobrażenia kwotę 1,7 bln dol. A do tego trzeba jeszcze doliczyć 490 mld dol. wypłaconych rodzinom poległych oraz rannym i zdemobilizowanym żołnierzom. Na dodatek wówczas nikt nie myślał, że na gruzach Iraku Saddama Husajna powstanie kalifat Państwa Islamskiego, z którym trzeba będzie toczyć kolejną, bardzo kosztowną wojnę. Co gorsza, z opublikowanego w lipcu tego roku w Londynie raportu sir Johna Chilcota, który kierował pracami komisji dochodzeniowej, wynika, iż wojna z Irakiem nie była wcale konieczna. Decyzje o inwazji podejmowano na podstawie fałszywych, a często wręcz sfałszowanych danych wywiadowczych. Na dodatek amerykański prezydent George W. Bush i brytyjski premier Tony Blair świadomie okłamali opinię publiczną oraz ONZ, by wzniecić konflikt zbrojny. Nie osiągając potem założonych celów politycznych, za to destabilizując cały Bliski Wschód. Jako dodatkowe skutki uboczne należy jeszcze wymienić gwałtowne przyśpieszenie wzrostu długu publicznego Stanów Zjednoczonych i podważenie światowej hegemonii jedynego supermocarstwa. A przecież militarnie Irak został zmiażdżony w ciągu miesiąca.

Dziś nikt jeszcze nie próbuje policzyć, ile kosztowało Rosję wzniecenie wojny na Ukrainie oraz aneksja Krymu. Ale już można mieć pewność, że rachunek będzie słony, a zyski dyskusyjne. Moskwie nie udało się obalić niezależnego rządu w Kijowie i zwasalizować sąsiedniego kraju. Za to Krym wymaga stałego wsparcia finansowego. W sierpniu furorę robił w rosyjskim internecie film nakręcony podczas wizyty premiera Dmitrija Miedwiediewa na „odzyskanym” półwyspie. Podczas spotkania z lokalną ludnością ktoś zapytał go o obiecane po inwazji podwyżki głodowych emerytur, wynoszących średnio 8 tys. rubli (ok. 480 zł). Premier odparł szczerze: „Pieniędzy nie ma. Ale wy się tu trzymajcie”. Zdanie to, jak ironiczne motto, powtarzano wkrótce w całym kraju płacącym koszty wszczętej wojny. Na dodatek Rosja zaangażowała się jeszcze w konflikt w Syrii.

>>> CAŁY TEKST W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj