Każda próba zmian w wymiarze sprawiedliwości kończyła się wrzaskiem, że naruszamy niezawisłość sędziowską czy niezależność prokuratury. Zawsze.
Moje doświadczenia ze środowiskiem sędziowskim z czasów, gdy byłem wiceministrem, jest takie, że hasłami „niezawisłość” i „niezależność” szermowano zwykle w obronie swoich interesów. Sędziowie potrafili bić się o wszystko, o drobiazgi.
Dam przykład, jak dbali: w Ministerstwie Sprawiedliwości jak w każdym urzędzie można było uzyskać zwrot kosztów za przejazd. No i zgodnie z napisanym przez sędziów regulaminem urzędnik dostawał zwrot za drugą klasę, a sędzia za pierwszą…
Powiem więcej, niektórzy sędziowie są delegowani do pracy w ministerstwie z odległych miast, w których już dawno nie mieszkają, ale wciąż przysługuje im zwrot kosztów podróży. Regulamin pozwalał im uzyskiwać ten zwrot nawet bez pokazywania biletów.
Ponieważ mieli służbowe komórki, to sprawdzono, gdzie się one logowały, no i okazało się, że nie w tamtych miejscach. Nie muszę dodawać, że próba załatwienia tej sprawy została skwitowana zarzutami o naruszaniu niezależności sędziów.
I ja się z sędzią Johannem zgadzam.
Ja otwarcie mówię – i to może być źle odebrane z kolei przez moich kolegów i prezes Małgorzatę Gersdorf – że w Sądzie Najwyższym są osoby, które nie powinny w nim orzekać ze względu na to, co robiły w przeszłości. I zgodzę się z PiS, że ustawodawca ma prawo żądać, by tyle lat po przełomie ci ludzie z sądu odeszli.
Ja?
Prezydent poprosił mnie, żebym wyraził swoje zdanie, czy można pogodzić przyjętą przez Sejm reformę sądownictwa z konstytucją.
Nie ukrywałem swojego krytycznego poglądu.
