Takie filmy jak „Matka Teresa od kotów” czy „Niewidzialne” nie są w naszych kraju łatwe do zrealizowania. Właściwie poza Polskim Instytutem Sztuki Filmowej nie mamy instytucji, która chciałaby postawić na kino niezależne, a nawet PISF czasami boi się takich projektów. W przypadku debiutu miałem to szczęście, że trafiłem akurat pod skrzydła ówczesnej dyrektor Agnieszki Odorowicz, która wbrew wszystkim i właściwie tylko na podstawie własnej intuicji dała mi szansę. „Matka Teresa od kotów” powstała też dzięki pieniądzom, które otrzymaliśmy od koproducenta, którym był Canal+, ale również tym wyłożonym z mojej kieszeni. Właściwie całe honorarium za reżyserię przeznaczyłem na ten jeden film. W tej chwili na podobne posunięcie nie byłoby mnie po prostu stać.
Może zabrzmi to naiwnie, ale wyniknęło to z pewnego rachunku i oszczędności. Moim kolejnym filmem po „Matce Teresie od kotów” faktycznie miała być adaptacja „Heroiny”. Trwały zaawansowane rozmowy, otrzymaliśmy na ten projekt 2 mln zł. Wszystko wskazywało więc na to, że jesteśmy u celu, do tego stopnia, że Grażyna Torbicka, wręczając mi Paszport „Polityki”, zapowiedziała premierę. Niestety nie udało się uzbierać ostatecznej kwoty. Mając w głowie perspektywę, że zrobienie filmu za 4 mln jest trudne, postanowiłem porzucić ten projekt i skupić się na czymś tańszym. Na filmie, który byłby w moim zasięgu.
