Tarasewicz: W polityce dla romantyków nie ma miejsca [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
24 maja 2018, 20:00
Leon Tarasewicz Fot. Darek Golik
Leon Tarasewicz Fot. Darek Golik/Dziennik Gazeta Prawna
Marsze ONR w Białymstoku czy Hajnówce przyjemne nie są, ale sytuacja jest bardziej skomplikowana - o byciu Białorusinem w Polsce i tym, czy uczestnicy marszów wyrosną z ONR, rozmawia Robert Mazurek z Leonem Tarasewiczem.

, profesor sztuk plastycznych, nauczyciel akademicki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie: Jeśli chce być Białorusinem tak.

Po studiach uciekłem do siebie, na Podlasie, ale przyszedł rok 1989, samorządy, i najprostszą rzeczą było przejąć władzę. Stworzyliśmy listę białoruską i wygraliśmy w Gródku wybory. Wtedy znowu, jak na studiach, robiłem gazetę „Wiadomości Gródeckie”, które były wydawane po polsku i po białorusku, Andrzej Mleczko zgodził się robić dla nas rysunki, nakład był 500 egzemplarzy, ale jak był numer na Boże Narodzenie, z kalendarzem ze świętami katolickimi i prawosławnymi, to i z tysiąc sztuk się rozchodziło. Bardzo fajne czasy.

Namawiali mnie później, bym kandydował do Senatu, ale ja wiem, czym jest polityka, wystarczająco się naoglądałem, nauczyłem, nie interesuje mnie granie ludzkimi emocjami. Poza tym to, że artyści idą do polityki, było dobre na początku, ale teraz?

Jak się za długo w tym siedzi, to się cały czas gra, to ważne tylko dla interesów. W polityce dla romantyków nie ma miejsca.

Mam, ale jako artysta mogę załatwić więcej niż polityk. W końcu polityk musi uważać na słowa, a ja – zestresowany artysta mogę na rynku w Białymstoku zrobić co chcę.

Wie pan, te marsze ONR w Białymstoku czy Hajnówce przyjemne nie są, ale sytuacja jest bardziej skomplikowana.

W tym ONR jest całkiem sporo Białorusinów, takich polskich neofitów.

Do Białegostoku zjechali ludzie z okolicznych wsi – Janki i Wacki spod Moniek oraz Iwanki i Iwaśki spod Hajnówki. Do tego przyjeżdżali ludzie z Polski centralnej, którzy tu po wojnie znaleźli pracę. To wszystko się wymieszało, ich dzieci nie miały już żadnej tożsamości. Często nie wiedzieli jak się nazywa dziadek.

Za to lgnęli do jakiejś wspólnoty, organizacji, która ich łączy, daje siłę, poczucie wielkości. Zawsze tak było i jest nie tylko wśród Polaków. Moi młodsi koledzy Białorusini założyli Związek Młodzieży Białoruskiej – chodzili w czarnych spodniach, glanach, czarnych koszulach z krzyżem jagiellońskim na ramieniu.

Owszem, ale im przeszło, bo z tego się wyrasta i to jest optymistyczne.

Tak sądzę.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj