Na każdym piątkowym koncercie stoję na schodach i witam wchodzących. Mało tego, korona mi z głowy nie spadnie, gdy ktoś, nie wiedząc, kim jestem, pyta po prostu o drogę do toalety. Taka jest moja rola służebna, tak do tego podchodzę i to fantastyczne, że mogę komuś pomóc. Filharmonia to dla mnie misja promowania najlepszej muzyki w najlepszych wykonaniach. I czasem jestem rozgoryczona, gdy sprowadzam gwiazdy światowej wielkości, o których marzą największe sale, a nie spotka się to z żadnym odzewem w mediach. Wtedy przynajmniej mam wiadomość od melomanów, których co tydzień witam, że to jest ten kierunek, że tak trzeba.
To jest kapitalna sprawa! Część ludzi myśli, że jestem bileterką, ale część wie, że jestem dyrektorem, dzielą się ze mną uwagami, mówią, co chętnie by usłyszeli, co im się najbardziej podobało i czego chcą więcej.
W dużym stopniu tak. Trzeba wiedzieć, co kiedy ułożyć.
Zaczynamy od szóstego miesiąca życia…
Może i hardcore, ale to jest zarówno wychowywanie dzieci – odbiorców przyszłych, jak i rodziców – odbiorców obecnych. Potem są zajęcia dla przedszkolaków…
Nie. Po co mi koncerty w salkach, gdzie jest fatalna akustyka? W ten sposób nikogo nie wyedukuję.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
