Zupełny. Książkę pisałem od 2015 r. i skończyłem rok temu. Datę premiery poznałem miesiąc przed nią.
Nie da się pracować, mając nad głową paragrafy. Miałem świadomość, że w większości przypadków odwołuję się bezpośrednio do dobrze udokumentowanych źródeł, w dodatku pochodzących z oficjalnych archiwów państwowych. Nie lansowałem żadnej osobistej teorii, tylko przedstawiałem fakty, a o ich prawdziwość raczej nie miałem obaw. Pomijając już to, że nowelizacja od początku była tak ostro atakowana z każdej strony, że jakoś nawet nie dopuszczałem myśli, że może przejść w pierwotnej formie.
Armii Krajowej należą się pomniki – absolutnie. To była rzesza ludzi, która w konspiracji, z narażeniem życia, walczyła o niepodległość. To nie podlega dyskusji. Natomiast nie można stawiać pomników hurtowo wszystkim. Wiadomo, że w masie 350 tys. ludzi, bo do takich rozmiarów urosła AK, zdarzały się czarne owce. Nie szargam legendy. Po prostu uzupełniam ją o mało znane fakty. To pewnie czyni ją nieco mniej idealną, ale za to stanowczo bardziej ludzką. AK tworzyli ludzie z krwi i kości, a nie chodzące pomniki.
To obraz mityczny. A mit z definicji jest prawdą wyidealizowaną.
>>> Treść całego wywiadu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.
