Jedną czwartą swojej pensji wydaję na psychotropy. Mam już dość tego durnego zajęcia, szkoły, rozwydrzonych dzieciaków i ich skretyniałych rodziców. Dyrektorki i jej grona lizodu…” – perorowała Anna, trzydziestoparoletnia nauczycielka w szkole podstawowej, wymachując przy tym energicznie rękami. Jak mówi, za każdym razem, kiedy na jej konto wpływa miesięczne uposażenie w wysokości 2,2 tys. zł, czuje się upokorzona. Dziś ekspedientki w sklepach zarabiają więcej, a – powiedzmy sobie szczerze – ich odpowiedzialność oraz społeczne wobec nich oczekiwania są dużo mniejsze.

Anna jest nauczycielem mianowanym, przepracowała przy tablicy osiem lat i coraz bardziej przepełnia ją frustracja, poczucie, że zmarnowała życie. Ale zawodu nie zamierza zmieniać, bo już się przyzwyczaiła, ceni sobie sporą ilość wolnego czasu i to, że jest na tzw. bezpiecznej umowie – mianowanego belfra bardzo trudno zwolnić. Nie musi się już więc starać tak, jak ci, którzy są przed egzaminem. Nauczyła się wykorzystywać, żeby nie powiedzieć – sabotować – system. Robi dokładnie tyle, ile musi, chętnie korzysta ze zwolnień lekarskich, zamierza też wziąć roczny urlop na poratowanie zdrowia. Nie, nie symuluje choroby – leczy się na depresję, która – według lekarzy – jest w dużej mierze spowodowana brakiem satysfakcji z wykonywanej pracy i wynikającym z tego stresem.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP