Symulacje prowadzone przez sztab matematyków, klimatologów, ekonomistów, geologów i paleontologów, które zostały zebrane w raporcie IPCC na zlecenie ONZ, pokazują, że w XX w. emisja dwutlenku węgla, która w głównej mierze pochodzi ze spalania węgla, tłumaczyła wzrost temperatury o 0,5 st. C. Jeżeli emisja będzie nadal rosła w tym samym tempie co dziś, do roku 2100 wzrost temperatury wyniesie zapewne 4 st. C. Dla wielu milionów ludzi zwiększenie liczby dni z temperaturą powyżej 40 st. C będzie oznaczało przymusową migrację w chłodniejsze rejony naszej planety.

Czy te przewidywania mogą być niesłuszne? Oczywiście, że tak. Trudno jest nam przewidzieć pogodę na najbliższy weekend, a co dopiero zmiany klimatyczne. Jednak czy ten brak precyzji lub niepewność wyników mogą nas zwolnić od odpowiedzialności za bezrefleksyjne spalanie węgla? Prawdopodobieństwo wypadku na drodze jest bliskie zeru, ale i tak kupujemy najdroższe foteliki samochodowe dla naszych dzieci. Nie powinniśmy też ignorować prawdopodobieństwa katastrofy spowodowanej efektem cieplarnianym, szczególnie że jest ono znaczące.

Należy jednak przyznać, wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez ekologów, że dzisiaj zastąpienie węgla zieloną energią wiązałoby się ze wzrostem cen. Według raportu OECD w Belgi i Niemczech, których warunki klimatyczne są podobne do polskich, dystans między ceną energii z węgla a ceną energii z odnawialnych źródeł jest nadal znaczący. W Niemczech z węglem może konkurować ewentualnie wiatr – jednak tylko przy założeniu niskich kosztów kredytów na budowę instalacji.

Do rachunku podstawowych kosztów (czyli wydatków na instalację, serwisowanie oraz kosztów paliwa w przypadku biomasy) należy jeszcze dopisać problemy związane z kaprysami pogody. Wiatr nie zawsze wieje akurat wtedy, kiedy potrzebujemy energii. Zastępując elektrownię węglową farmą turbin wiatrowych, musimy się więc zastanowić, jak rozświetlić miasta w wieczory bez wiatru. Nie jest to problem nie do przeskoczenia, ale wymaga dodatkowych inwestycji. Które też kosztują.

To niestety nie wyczerpuje listy zielonych problemów. Farmy wiatrowe i fotowoltaiczne potrzebują przestrzeni. Wkrótce okaże się, że wszystkie najlepsze lokalizacje dla tych farm są już zajęte. Przy dużej skali budowy nowych wiatraków deweloperzy będą konkurować między sobą i ceny ziemi poszybują do góry. To także przełoży się na wzrost cen zielonej energii.

Jednak w przyszłości zielonych problemów będzie coraz mniej. W ostatnich latach spadek kosztów OZE zaskoczył największych optymistów. Między 2010 a 2017 r. cena instalacji paneli fotowoltaicznych (PV) spadła trzykrotnie, a cena wiatraków (na lądzie i na morzu) spadła o ok. 20 proc. Jeżeli ten trend się utrzyma, OZE mogą być tańsze od węgla nawet w perspektywie najbliższego dziesięciolecia.

Upływ czasu, a wraz z nim rozwój technologii mogą też rozwiązać inne problemy OZE. Udoskonalenie technologii może pozwolić nam na magazynowanie energii wytworzonej w wietrzne dni. Jednym z rozwiązań jest wykorzystanie nadmiaru energii elektrycznej do produkcji wodoru i spalanie go podczas flauty. To rozwiązałoby problem kapryśnej pogody. Wzrost efektywności paneli PV oznacza również więcej energii pozyskanej z jednego metra kwadratowego, co rozwiązałoby problem ograniczonej liczby odpowiednich lokalizacji.

Rewolucja energetyczna wydaje się nieunikniona, nawet jeśli jeszcze nie w pełni zdajemy sobie z tego sprawę. Już dziś powinniśmy się na nią przygotowywać. Powinno powstać odpowiednie prawo. Trzeba czasu na wykształcenie inżynierów (oraz ekonomistów). Trzeba wreszcie dać czas firmom. Najłatwiej byłoby to osiągnąć, jeżeli już dziś rząd wysłałby jasny sygnał, że energia w Polsce będzie zmieniać kolor – z czarnego na zielony. Energetyka z natury jest ociężała. Jeżeli chcemy, aby skręciła w kierunku zieleni, musimy kręcić kierownicą już teraz.

>>> Czytaj też: PGG: Wzmożony import węgla wywołuje nadpodaż