"Żółte kamizelki" na ustępstwa władz: To za mało i za późno

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
5 grudnia 2018, 11:11
Zamieszki w Paryżu
Zamieszki w Paryżu/ShutterStock
Po ogłoszeniu we wtorek przez premiera Francji Edouarda Philippe'a półrocznego moratorium na podwyżki akcyzy na paliwa i podwyżki cen energii, członkowie oddolnego ruchu "żółtych kamizelek" twierdzą, że to "za mało i za późno" i przypominają o innych żądaniach.

Zarówno opozycyjni politycy, jak i większość komentatorów, równie negatywnie oceniają postępowanie władz w związku z ostatnim kryzysem. W obozie rządowym podnoszą się głosy wzywające "do uspokojenia gry" w celu uniknięcia takich jak w ostatnią sobotę zajść "prowadzących do chaosu".

W środę rano oprócz blokad "żółtych kamizelek" trwały manifestacje licealistów. Zapowiedziano również blokadę kilku szkół wyższych, a największy związek rolników FNSEA wezwał swych członków, by przyłączyli się do "żółtych kamizelek".

Obserwatorzy zwracają uwagę, że po raz pierwszy od wyboru Emmanuela Macrona na prezydenta, rząd ustąpił pod naciskiem ulicy. Nie wierzą też, by usłuchano ministra spraw wewnętrznych Christophe'a Castanera, który zaapelował do - jak to ujął - "rozsądnych +żółtych kamizelek+" o zrezygnowanie z przygotowywanej na sobotę kolejnej manifestacji paryskiej.

"Rachunek się nie zgadza" – podsumowała propozycje rządowe w wywiadzie telewizyjnym, jedna z najbardziej znanych rzeczniczek ruchu Jacline Mouraud. Kilkakrotnie powtórzyła, że przeciwna jest "przemocy, wandalizmowi i atakowaniu policjantów", ale nie chciała jednoznacznie poprzeć wezwania szefa MSW.

"Rzucają nam fistaszki, jak małpom" – cytuje dziennik "Le Monde” 50-latka z pikiety przed prefekturą w Charleville-Mezieres w Ardenach. A reporterka gazety, wyliczając żądania, takie jak podwyżka wynagrodzeń, emerytur i zasiłków dla bezrobotnych, ocenia, że "podwyżka cen paliw była detonatorem kryzysu, ale obecnie jest tylko jedną z rewindykacji".

Marion Mourgue z dziennika "Le Figaro", występując w debacie radia France Info, wyraziła dość powszechną opinię, że przed trzema tygodniami zawieszenie akcyzy na paliwo wystarczyłoby do ugaszenia kryzysu, ale teraz "jest już za późno".

Komentatorka ekonomicznej gazety "Les Echos" Cecile Cornudet zwróciła uwagę na szybką polityzację ruchu "żółtych kamizelek". "Wiele osob z tego ruchu odrzuca politykę, nie uczestniczy w wyborach i manifestuje pierwszy raz w życiu. Szybko przecież uczą się (...) prowadzić siłową grę polityczną – wskazuje publicystka. - Rząd i prezydent stawiali na to, że ten ruch zwiędnie sam z siebie. Wygląda jednak na to, że się przeliczyli".

Politycy centroprawicowej partii Republikanie (LR) atakowali ekipę rządzącą za - jak to ujął były minister pracy Eric Woerth - "niereformowanie, lecz brutalizowanie kraju". Przewodniczący LR Laurent Wauquiez uznał, że władza wykonawcza "swym uporem i arogancją przeciągnęła strunę aż do zerwania".

Przewodnicząca skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen oskarżyła władze, że "zadowalając się moratorium (na akcyzę), pokazały, iż nie określają się jako przywódcy narodu, ale jako dyrektorzy banku, rozkładający płatność zagrożonym niewypłacalnością klientom".

I sekretarz Partii Socjalistycznej (PS) Olivier Faure zarzucił rządowi, że "ani na jotę nie zmienił kursu", ale stosuje manewr mający uspokoić niezadowolenie przed wyborami europejskimi.

"Le Figaro" ubolewa w komentarzu redakcyjnym, że "krytyka (wobec rządu) płynie ze wszystkich stron, prześcigając się często w skandalicznej skrajności, również ze strony partii politycznych pretendujących do rządzenia krajem". Przyznając, że "prezydent i rząd późno się obudzili", gazeta wzywa wszystkie strony, by "przestały rzucać wyzwanie władzom", gdyż "w tej niebezpiecznej zabawie" nikt nie wygra.

Cytowany przez "Le Monde" prof. Philippe Aghion, który był doradcą ekonomicznym Macrona podczas kampanii prezydenckiej, uznał, że "należy prowizorycznie wyjść z utrzymania deficytu na poziomie 3 proc. PKB". Na pytanie, czy nie podważyłoby to zaufania Brukseli i innych członków UE do wiarygodności Francji, profesor odparł: "W Brukseli też widzieli weekendowe zajścia w Paryżu i zrozumieją, że dom jest w płomieniach".

Publicysta miesięcznika "Causeur" mecenas Regis de Castelnau podkreślił, że "zanim gniew wybuchł, buzował od dawna po cichu". Za obecną sytuację obwinił "traktaty europejskie, które w dziedzinie gospodarki, polityki walutowej i sądownictwa, przejęły kompetencje, należące przedtem do państw tworzących Unię". "UE budowano właśnie w tym celu. A kiedy naród decyduje się, by pokazać, że się nie zgadza, nie bierze się tego pod uwagę. I (szef Komisji Europejskiej) Jean-Claude Juncker może z całym spokojem głosić, że 'nie ma demokratycznego wyboru przeciw traktatom europejskim'".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: PAP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj