Polska ziemia obiecana? Dla Ukraińców nawet niemiecki rynek pracy nie jest tak atrakcyjny, jak ten nad Wisłą

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
10 marca 2019, 07:00
Białoruś
Białoruś/ShutterStock
Oficjalnie pracuje ich w Polsce niespełna 421 tys. Nieoficjalnie – kilka razy więcej. Ukraińcy przekonują, że otwierający się niedługo przed nimi rynek niemiecki nie jest tak kuszący jak nasz.

W ciągu kwartału z ubezpieczeń społecznych zniknęło 20,5 tys. ukraińskich pracowników. Na początku stycznia w zusowskich rejestrach było ich prawie 421 tys., a jeszcze jesienią 2018 r. – ponad 441 tys. Odpływ obywateli ukraińskich z polskich placów budów, stoisk usługowych i handlowych to pierwsza taka sytuacja od lat – grzmiał ZUS głosem swoich przedstawicieli. Eksperci badający migracje próbowali wytłumaczyć to zjawisko kuszącym rynkiem niemieckim i ”pewnym unormowaniem„ sytuacji na Ukrainie. – Bzdura – odpowiadają moi rozmówcy. – To tylko liczby, a my dalej robimy na czarno. Wyjścia nie ma.

Nela ma 44 lata, od prawie 19 lat regularnie jeździ do Polski. Pochodzi z Krzemieńca na Wołyniu. Według oficjalnych statystyk miasto liczy niespełna 22 tys. mieszkańców, z każdym rokiem coraz mniej. Do 1945 r. leżało w granicach II Rzeczpospolitej. Pełno tu miejsc i nazwisk odnoszących się do polskiej historii. Od zamku w Krzemieńcu po muzeum poświęcone Juliuszowi Słowackiemu, w które polskie władze wpompowały ponad 1 mln dol. Do dziś mówi się o tym w mieście z niedowierzaniem i pewną konsternacją. Bo pieniądze to trudny temat dla mieszkańców. Głównie ze względu na ich brak.

Nela pierwszy raz przyjechała do Polski ”na ogórki„. Jak było? – Okropnie – odpowiada krótko. Nie lubi wracać do tamtych wspomnień. – Niedobry właściciel był. Wody nam nie dostarczał, jadłam więc świeże ogórki, jak pić mi się chciało. Później długo nie mogłam na nie patrzeć. Dopiero niedawno się przełamałam, ale i tak wolę pomidory. [...]

Na pytanie, czy nie lepiej byłoby jej pojechać do Niemiec, które za chwilę otworzą się na siłę roboczą spoza UE, odpowiada: – Do Polski jeżdżę już jak do siebie. W Niemczech byłam dwa razy: sprzątałam restaurację i zbierałam winogrona. Fakt, stawki są inne. W Polsce dostaję 15, czasem 20 zł za godzinę, a tam 10 euro. Wychodzi ze trzy razy więcej. Z tym, że robota tak samo na czarno i nie wierzę, żeby coś się zmieniło. Poza tym do domu dalej, a język nawet nie brzmi jak nasz.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj