Tuż przed wejściem w życie przepisów Polska, jako jedyny kraj w UE, nie miała regulacji związanych z. Ustawa była więc niezbędna, ale dziś coraz częściej słychać głosy o konieczności zmian. – Doprowadziła do wielu dramatów – ocenia dr Grzegorz Południewski, ginekolog. – Nie tylko odebrała prawo samotnym kobietom do metody in vitro. Ugodziła przede wszystkim w te z nich, które były w trakcie leczenia. Znam wiele pacjentek, które urodziły jedno dziecko, pozostałe zarodki zamroziły, licząc się z tym, że po roku, dwóch latach spróbują znów zajść w ciążę. Wszystkie straciły prawo do swoich zarodków.
– Prawo zadziałało wstecz – ocenia mec. Anna Wilińska-Zelek z Kancelarii Filipiak Babicz. Rozumie intencje ustawodawcy, któremu zależało na opanowaniu rynku pod kątem zarodków nadliczbowych. Bo, jak podkreśla, niszczenie tego rodzaju nie może pozostać obojętnym zjawiskiem. Ale doszło do absurdu: kobiety, które chciałyby urodzić swoje dzieci, zostały tej możliwości pozbawione.
Szanse maleją
Jaka jest dokładna skala zjawiska? Znaczna – mówią w Stowarzyszeniu na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji Nasz Bocian, ale ciężko podać dokładną. Kliniki przed wejściem ustawy nie miały obowiązku szczegółowego raportowania o liczbie wykonanych zabiegów. Jedynie z deklaracji wynika, że samotne kobiety stanowiły między 5 a 10 proc. ich pacjentek. Dziś, jak podaje Nasz Bocian, powołując się na dane Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE), wykonuje się łącznie ok. 25 tys. procedur rocznie.
– Dwa lata temu Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zmieniła . Mowa w niej teraz nie tylko o niedrożności jajowodów czy słabym nasieniu, ale też o , która dotyka osoby fizycznie zdrowe – singielki czy żyjące w związkach jednopłciowych – mówi Marta Górna ze stowarzyszenia. Polskie prawo nie bierze tego pod uwagę. – Obowiązująca ustawa wprowadziła ważne zasady ochrony zarodków i gamet. Ale ponieważ była pisana w gorącym okresie kampanii przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi, ideologia miejscami wzięła górę nad medycyną i prawem. PO wiedząc, jak zapalnym tematem w Polsce jest in vitro, dołożyła wszelkich starań, by zabezpieczyć zarodek, ale umknęły jej – dodaje.
Od czterech lat w klinikach leczenia niepłodności znajdują się więc zarodki podwójnie zamrożone. Metodą krio i przepisami prawa. Kobiety, z których komórek jajowych powstały, płacą za ich utrzymywanie zwykle od 300 do 700 zł rocznie. Dzisiejsze doskonałe techniki mrożenia powodują, że z zarodka nawet po 20 latach ma szansę rozwinąć się prawidłowa ciąża. Czas jest jednak wrogiem kobiet, bo ich szanse na macierzyństwo z każdym rokiem maleją. Ustawodawca przewidział, że odzyskają prawo do zarodka, jeśli wyjdą za mąż lub przyprowadzą partnera, który jeszcze przed rozpoczęciem procedury podpisze dokumenty, w których uzna dziecko z wszystkimi konsekwencjami dotyczącymi dziedziczenia i ewentualnej alimentacji. – Bywa, że nieliczne kobiety przyprowadzają swoich przyjaciół, by podpisali takie dokumenty. To olbrzymie zobowiązanie. Nie wiem, jak oni potem rozstrzygają te kwestie między sobą – ocenia dr Południewski.
A jednak: luka?
Dziś o zmianie przepisów mówią wszyscy. Poseł Jan Klawiter (niezrz.) wraz z grupą parlamentarzystów z PiS i Kukiz’15 złożył projekt zmian ograniczających in vitro tylko do małżeństw. Z kolei Lewica podkreśla, że chce przywrócić powszechność leczenia. I nie chodzi tylko o sposób finansowania, ale o dostępność, tak by z programu mogły korzystać samotne kobiety. Głos w sprawie zabierają także politycy PO, czyli partii, która tworzyła ustawę o in vitro.
– Nie rozumiem, dlaczego ograniczać metodę . Nie każda kobieta spotyka potencjalnego ojca swoich dzieci. Jeśli czuje się na siłach, by podołać samodzielnemu macierzyństwu, to jako lekarz nie widzę sensu tworzenia sztucznych ograniczeń – mówi posłanka Beata Małecka-Libera. Przypomina, że ustawa była próbą znalezienia złotego środka, ale teraz warto wsłuchać się w głosy tych, którzy czują się pokrzywdzeni.
A Marzena Okła-Drewnowicz, również posłanka PO, przyznaje, że sytuacja, w której kobieta nie ma prawa do zarodków powstałych z jej materiału genetycznego, jest luką w prawie. I należy się nad nią pochylić.
Jeszcze w 2015 r. RPO skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek w sprawie niemożności skorzystania przez samotne kobiety z wcześniej zamrożonych ich zarodków. – Zdaniem rzecznika narusza to zasadę zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa oraz zasadę ochrony praw nabytych. Wątpliwości RPO budzi także przepis, w którym przewidziano, że po 20 latach od wejścia ustawy w życie lub po śmierci dawców zarodka zostanie on przekazany do dawstwa innej parze. Trybunał po trzech latach umorzył sprawę bez merytorycznego rozstrzygnięcia o konstytucyjności przepisu – mówi Anna Białek z Zespołu Prawa Konstytucyjnego, Międzynarodowego i Europejskiego Biura RPO. – Ideą ustawodawcy było to, by dziecko wychowywało się w pełnej rodzinie. Zabrakło przepisów przejściowych, które uwzględniłyby prawa kobiet.
>>> Czytaj też: Nieuzasadniona wiara w potęgę medycyny, czyli jak nie rozumiemy boreliozy [OPINIA]
