A ja jego zastępcą. Wiem, że razem przywrócilibyśmy kulturze i jej promocji należne miejsce. W Polsce i na świecie. Obydwaj wiemy, jak się ją wspiera, nie robiąc przy tym propagandy.
Tak, chyba tak. Schematy, układy zastałe, atmosfera... Różne rzeczy się tu działy. 16 lat temu straż miejska na polecenie prezydenta miasta Jerzego Kropiwnickiego wyprowadziła z gmachu tego teatru protestujących aktorów, którzy nie godzili się na polityczne obsadzenie stanowisk dyrektorskich. Politycy nie rozumieli, że z artystami tak się nie postępuje.
Ja?
Kiedy w 2016 r. ogłoszono konkurs na dyrektora Teatru Nowego, to jeszcze nie powiedziałem, że będę startować, a już słyszałem, że jestem partyjnym kacykiem z nadania Platformy, z nadania prezydent Hanny Zdanowskiej, że nie mam zielonego pojęcia o kulturze, nic dla kultury nie zrobiłem. Ale stanąłem do konkursu. Miałem dwóch rywali, potem jeden się wycofał i wygrałem stosunkiem głosów: siedem do dwóch. Wygrałem, ale w gabinecie Dejmka nie urzęduję. Boję się, bo jego autorytet mnie przytłacza. Zajął go Maciej Wojtyszko, dyrektor artystyczny.
Jest taka anegdotka, że po „Dziadach” Konrada Swinarskiego kilku intelektualistów poszło na wódkę, a po „Dziadach” Dejmka publiczność poszła bić się z milicją.
„Szewcy” mają świetne recenzje, „Lolita” też, w dodatku wstrzeliła się w sam środek dyskusji o pedofilii. No, ale czytam, że w moim teatrze jest za dużo zarządzania, a za mało miłości, słyszę że brak elektryzujących przedsięwzięć, choć mówione i pisane jest to dwa tygodnie po premierze „Lolity” z elektryzującą muzyką Mikołaja Trzaski. Cały czas w repertuarze jest bardzo dobra „Fabryka muchołapek”.
Napisał, że bez znaczenia, czy będę dyrektorem elektrociepłowni, czy ministrem kultury.
>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP.
