Władimir Putin gościł ostatnimi czasy na pierwszych stronach polskich gazet, nie wychodził z naszych telewizorów, a wszystko to, oczywiście, w związku z jego próbą rewizji historii II wojny światowej – Kreml i podległe mu media zaczęły wrabiać Polskę w kolaborację z III Rzeszą oraz współsprawstwo w wymordowaniu milionów Żydów.

Mniejsza nawet o domniemane cele tych działań – czy chodziło o rosyjską politykę wewnętrzną, a ściślej o poszukiwanie przez władzę legitymizacji w obliczu kolejnej fali społecznego niezadowolenia, czy ewentualnie o bratnią pomoc w marginalizacji Polski na arenie międzynarodowej i grę w rozbicie jedności Unii Europejskiej (być może chodziło o jedno i drugie – ostatecznie Warszawa po wstaniu z kolan sama wyrżnęła z całej siły facjatą w glebę, a kopnąć leżącego: żadna sztuka). Putinowi udało się co innego, zresztą nie pierwszy raz: symboliczne utożsamienie własnego wizerunku z całą Rosją, Rosją jako taką. Putin to Rosja, Rosja to Putin.

Alaksandr Łukaszenka uczynił z podobnego utożsamienia swój znak firmowy – został surowym, lecz dobrym królem Białorusi, władcą, który wszystkiego dogląda osobiście, każdą śrubkę w kraju przykręca faktycznie on sam, nawet jeśli robi to czyjąś oddelegowaną ręką.

Jesteś bezpieczny

Nadarza się okazja, by objechać szerokim łukiem tę zasłonę dymną i przyjrzeć się temu, jak wygląda w Rosji i na Białorusi zwykłe ludzkie życie – a to dzięki dwóm niedawno opublikowanym u nas książkom reportażowym: antologii „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi” pod redakcją Małgorzaty Nocuń oraz zbiorowi „Przyszło nam tu żyć” rosyjskiej reporterki Jeleny Kostiuczenko. Oczywiście, reportaży o Rosji ukazuje się w Polsce sporo, niemniej dziwnym trafem większość z nich ma nierosyjskich autorów – Kostiuczenko, prócz tego, że porusza się po znanym terytorium i jest traktowana jako „swoja” (dzięki czemu może np. jeździć jako stażystka z moskiewską drogówką), jest dziko odważna i zarazem ma talent do reporterskiej mimikry: nie staje się główną bohaterką swoich tekstów, natomiast bardzo uważnie i bez oceniania przypatruje się światu, który ją otacza. Z kolei Białoruś to w reportażu zasadniczo (z nielicznymi wyjątkami) terra incognita – ułożona przez Małgorzatę Nocuń antologia, wspólne dzieło polskich, niemieckich i białoruskich dziennikarzy (teksty obcojęzyczne tłumaczyły Alicja Rosenau i Agnieszka Sowińska) otwiera się na wiele kontekstów, które są z perspektywy nadwiślańskiej po prostu nieznane.

Po lekturze tych dwóch książek łatwiej jest zrozumieć choćby zasadnicze różnice między Białorusią a Rosją – nie chodzi nawet o rozbieżności ustrojowe, lecz o społeczne konsekwencje odmiennych sposobów ukształtowania się postsowieckiego autorytaryzmu w obu tych krajach. W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że o ile białoruskim słowem kluczem jest „normalność”, o tyle rosyjskim – „siła”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP