(prezes Instytutu Pamięci Narodowej): Nie lubię słowa „polityka”.
W rolę polityka jestem wtłaczany.
Na naszych oczach historia stała się elementem walki politycznej. A właściwie nie historia, tylko jej fałszowanie. A problemem IPN jest to, że przyprawiono nam pewną gębę.
Nie. Ale taka ocena naszej pracy to cena bycia po stronie prawdy. To, co się o nas – Polsce, Polakach – mówi, jest wyjątkowo krzywdzące, zwłaszcza jeśli dotyczy czasów II wojny światowej. Nie godzimy się na monopolizację wrażliwości, na monopolizację ofiar. I to w momencie, kiedy odchodzą ofiary tego konfliktu, jego świadkowie. Niestety, będzie coraz łatwiej historię pisać na nowo. Zresztą to, co już się dzieje, jest dla nas ważną lekcją.
Kto nie był przygotowany?
Pierwszą instytucją, która po słowach prezydenta Rosji Władimira Putina, oskarżającego Polskę o współpracę z Hitlerem, wydała oświadczenie przypominające elementarne fakty dotyczące II wojny, był Instytut Pamięci Narodowej.
Ależ to tak nie działa.
Proszę o to pytać w kancelarii prezydenta. IPN robi swoje, to praca organiczna. Putin bardzo dobrze wybrał moment zaatakowania Polski. Boże Narodzenie, potem Nowy Rok, parę dni urlopu dawało u nas dwa tygodnie odpoczynku. Przypomnę tylko inne, nieporównywalne – jeśli chodzi o skalę oraz skutki – wydarzenie. Rok 1979. Rosjanie weszli do Afganistanu właśnie w Boże Narodzenie, kiedy Europa i USA świętowały i mało kto myślał o polityce – i to jeszcze dziejącej się na końcu świata. Rosjanie mają swoją politykę przemyślaną na lata do przodu.
