Obecnie płace w sektorze zdrowotnym reguluje ustawa z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1471 ze zm.). Zgodnie z nią minimalne płace to iloczyn wskaźnika przypisanego danym grupom zawodowym i kwoty bazowej. Do określonego w ustawie minimum dochodzi się stopniowo – co roku 1 lipca podwyższając pensje będące poniżej tej kwoty. Docelowa wartość ma być osiągnięta w 2022 r. W zeszłym roku kwota bazowa została podniesiona z 3,9 tys. zł do 4,2 tys. zł. W tym roku osiągnie wartość średniej krajowej (przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej w roku poprzednim), czyli wzrost będzie znaczący, bo około 1000 zł.

Uspokoić nastroje

Uregulowanie kwestii wynagrodzeń w jednej ustawie to zdaniem strony społecznej dobre rozwiązanie. Problem w tym, na co wielokrotnie zwracali uwagę związkowcy, że dziś funkcjonuje wiele porozumień płacowych zawartych przez ministra z wybranymi grupami zawodowymi, które mają się do ustawy nijak. Efektem było z jednej strony uspokojenie nastrojów wśród lekarzy i pielęgniarek, z drugiej wywołanie frustracji fizjoterapeutów i diagnostów. Bo choć resort zapewnia, że wszyscy członkowie procesu leczenia są tak samo ważni, najczęściej zawiesza się oddziały z powodu braku lekarzy i pielęgniarek, więc to oni mają większą siłę przebicia.

Teraz jednak podejście ministerstwa się zmienia. Kiedy na styczniowym spotkaniu w sprawie renegocjacji porozumienia sprzed dwóch lat rezydenci poruszyli kwestię ewentualnych dalszych podwyżek dla specjalistów, usłyszeli, że miejsce na tego rodzaju regulacje będzie w nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach. Zapowiedź zmiany wskaźników padła także na spotkaniu z pielęgniarkami pod koniec stycznia. Również fizjoterapeuci i diagności zostali o tym zapewnieni. Na zmiany z nadzieją czekają też ratownicy.

W zeszłym tygodniu na posiedzeniu trójstronnego zespołu ds. ochrony zdrowia Łukasz Szumowski, minister zdrowia, powiedział, że chciałby „zacząć intensywnie rozmawiać” na temat zmian w ustawie. Na razie NFZ zbiera dane na temat wynagrodzeń, m.in. skutków podwyższenia minimalnej płacy. Termin ich przesłania upływa 10 lutego.

– Wydawało się, że w pewnym momencie ministerstwo wpadło w pułapkę zawieranych porozumień. Dlatego deklaracja ministra to krok w dobrą stronę. Na 24 lutego mamy zaplanowane kolejne spotkanie, gdy resort będzie miał już dane – mówi Maria Ochman, szefowa sekcji zdrowotnej w NSZZ „Solidarność”.

Na rozpoczynającym się 12 lutego posiedzeniu Sejmu zaplanowano pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia. Został on złożony w poprzedniej kadencji (wpłynął w maju 2017 r.) i „odmrożony” po wyborach. W nim także minimum to iloczyn kwoty bazowej i wskaźników. Tyle że wskaźniki w nim są znacznie wyższe (1–3, a w rządowej ustawie: 0,58–1,27).

Szanse na uchwalenie go są niewielkie, ale na pewno odżyje dyskusja na temat wynagrodzeń. Resort będzie mógł wówczas odpowiedzieć, że szykuje własną, kompromisową propozycję.

Kto zyska, kto nie straci?

Minister sam przyznaje, że ustawowe wskaźniki wymagają co najmniej korekty. Najniższe (0,58) oscylują wokół płacy minimalnej, którą w tym roku nie tylko znacząco podwyższono, ale i wyłączono z niej dodatek stażowy.

– Obecnie pielęgniarka zarabia na podobnym poziomie co salowa z długim stażem. Oczywiście szanujemy pracę salowych, ale jednak praca pielęgniarek jest bardziej odpowiedzialna i wymaga wyższych kwalifikacji – zwraca uwagę Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Każda z grup ma swoje oczekiwania, dlatego związkowcy przewidują, że trudno będzie osiągnąć porozumienie.

Tym bardziej, że zmiany w ustawie mogą się spotkać z gwałtownym sprzeciwem pracodawców. Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, przypomina, że negocjuje właśnie z resortem rekompensaty związane z koniecznością podniesienia płac do ustawowego minimum. Jak mówi, według wyliczeń związku 250 szpitali potrzebuje na ten cel 1 mld 320 mln zł.

– Na temat dalszych podwyżek nie dyskutujemy. Tym bardziej, że w tym roku wzrasta kwota bazowa z 4,2 tys. zł do ponad 5 tys. zł. To będzie oznaczało dla nas duże koszty – mówi.

Koniec znaczonych pieniędzy

Maria Ochman zwraca uwagę, że podejmowanie dyskusji na temat płac właśnie teraz związane jest z tym, że 31 marca kończy się tzw. OWU (rozporządzenie w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej), na mocy którego m.in. przekazywane są odrębnym strumieniem środki na podwyżki dla określonych grup. Podczas posiedzenia zespołu była mowa o tym, by i to ujednolicić, zawierając w wycenie świadczeń.

Zdaniem przedstawicielki Solidarności to krok w dobrą stronę, ale związek ma wiele wątpliwości.

– Środki na wzrost wynagrodzeń muszą być jakoś oznaczone. Praca jest zawarta w koszcie świadczenia medycznego i jest jego największą składową. Jeśli się tego w żaden sposób nie oznaczy, dojdzie do tego, że dyrektorzy będą tę zawsze za krótką kołdrę przesuwać w kierunku wybranych grup zawodowych albo innych potrzeb – przekonuje Maria Ochman.

Zapewnia, że związek nie chce pozbawiać dyrektorów możliwości zarządzania pracownikami, ale nie może też być pełnej uznaniowości w tej kwestii.

– Bo są pracownicy którzy przez dziesięciolecia nie dostają podwyżek, a są i tacy, którzy zarabiają niebotyczne kwoty – mówi Maria Ochman .

Widełkami w komin

Resort ma jednak pomysł, jak dysproporcje płacowe ograniczyć. Minister Szumowski mówił o wprowadzeniu ponadzakładowego układu zbiorowego, który określiłby m.in., ile pieniędzy NFZ przeznacza na finansowanie płac. Mamy teraz bowiem uregulowane minima, są określone warunki pracy (np. standardy zatrudnienia), a nie ma przepisów dotyczących maksymalnych stawek. Gdy pracowników na rynku jest za mało, a przepisy narzucają dyrektorom ich liczebność, niektóre grupy mogą żądać naprawdę wysokich płac. Nie jest tajemnicą, że chodzi przede wszystkim o lekarzy.

– Na spotkaniu padały nawet sugestie, że może dałoby się spełnić odwieczne postulaty płacowe samorządu lekarskiego (płaca lekarza na poszczególnym stopniu wyspecjalizowania jako określona wielokrotność średnich krajowych – red.), gdyby wynagrodzenia przyciąć z góry, narzucając widełki. Nie wiem jednak, czy to jest poparte jakimiś obliczeniami – mówi Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej i członek Porozumienia Rezydentów OZZL.

Co lekarze sądzą na ten temat? – Na pewno przy tym niedoborze kadrowym lekarze woleliby sami negocjować. Poza tym jeśli weźmiemy pod uwagę, jak rosną płaca minimalna i inflacja, może się okazać, że za chwilę obudzimy się z kwotami, które nie przystają do rzeczywistości – obawia się Jankowski.

Zwolenniczką takiego ponadzakładowego porozumienia, którego stroną byłaby Rada Dialogu Społecznego, jest Krystyna Ptok. Waldemar Malinowski wołałby, żeby zawierał go sam minister. – Wtedy będzie wiedział, o czym mówi, bo teraz on negocjuje, a my musimy płacić – podkreśla.

Maria Ochman zwraca uwagę, że nie jest to proste. – Zawarcie takiego układu, gdy mamy kilka organów założycielskich szpitali, byłoby trudne. Chyba że minister sam go podpisze w imieniu pracodawców. Nie ma jednak do tego mandatu, bo szpitale nie są państwowe. Żeby mówić o układzie ponadzakładowym, należałoby najpierw ten system uporządkować – wskazuje.

Przyznaje, że można rozważać możliwość zawarcia go przez RDS, ale nie będzie to łatwe. – Takie porozumienia między samymi związkami bywają trudne, a co dopiero między związkami a pracodawcami – podkreśla.

>>> Czytaj też: Polska w grupie państw o najniższej płacy minimalnej w UE [DANE EUROSTATU]