Cveta Dimitrova, psychoterapeutka, współtworzy ośrodek Konteksty. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast psychoterapeutyczno-filozoficzny „Nasze wewnętrzne konflikty” w Radiu TOK FM

Większość z nas ma chyba po raz pierwszy do czynienia z takim doświadczeniem.

Tak. Dla ludzi, którzy nie pamiętają wojny, jest to z pewnością coś, z czym wcześniej nie mieli styczności. Dlatego też wszyscy się na bieżąco uczymy, jak się wobec tego zachować.

Czy możemy jakoś posegregować lęki, które się pojawiają?

Przede wszystkim strach o zdrowie i życie, nasze własne, rodziny i innych bliskich osób. Z tym wiąże się też lęk o bycie wyeksponowanym na zagrożenie, o bycie źródłem zagrożenia dla innych i nadmierne przywiązywanie uwagi do wszelkich objawów płynących z naszego ciała. Następna sprawa to jak długo pozostaniemy w izolacji, bo na razie nic na ten temat nie wiadomo. Ponieważ spora część ludzi znalazła się w niecodziennej sytuacji w związku z ograniczeniem pracy i dochodów, pojawia się lęk o przyszłość, sytuację materialną, bezpieczeństwo własne i otoczenia. No i wreszcie boimy się, czy w tej specyficznej sytuacji wszystkie nasze podstawowe potrzeby, czyli dostęp do żywności i leków, zostaną zaspokojone.

źródło: DGP

Są jakieś społeczne doświadczenia, do jakich możemy się odnieść? Porównać naszą bieżącą sytuację?

W lutym czasopismo „Lancet” opublikowało badania na temat kondycji społeczności dotkniętej kilkanaście lat temu epidemią SARS, chociaż oczywiście skala ówczesnego zagrożenia epidemicznego jest nieporównywalna z dzisiejszą, bo dotyczyła znacznie mniejszego obszaru. Okazało się, że duży wpływ na poczucie bezpieczeństwa, a w konsekwencji na zdrowie psychiczne, miało oddzielenie w trakcie kwarantanny od bliskich, ale także separacja od różnych sieci społecznych. Dalej szło poczucie wyjątkowego przygnębienia, nudy i utraty wolności. Więcej ludzi zaczęło doświadczać niekontrolowanych wybuchów złości, stanów depresyjnych, paniki, a w niektórych przypadkach myśli samobójczych. Ludzie, którzy przeżyli tamtą epidemię, mówili o większym podenerwowaniu, lęku, ale też o poczuciu winy. No i więcej osób przejawiało objawy PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego.

Od kilku dni Polacy są zmuszeni do radykalnej zmiany stylu życia i spędzania całego czasu z najbliższą rodziną. Czy ta sytuacja nie zagraża relacjom?

Pamiętajmy, że żyjemy w kulturze indywidualizmu. Codziennie mamy interakcje z różnymi ludźmi, ale to wcale nie oznacza, że nie boimy się bliskości. Z jednej strony nagle zaczyna brakować sieci społecznych i punktów odniesienia, które mieliśmy dotąd. Z drugiej, okazuje się, że jesteśmy nieoswojeni z siedzeniem w zamkniętym mieszkaniu, w dużej bliskości z rodziną. Wprawdzie mamy w niej oparcie i ukojenie, kiedy pojawiają się nieprzyjemne uczucia, niemniej najbliżsi są też pierwszymi osobami, na których odreagowujemy stres. Tym drugim sytuacjom warto się przyglądać, żeby sobie dodatkowo nie zaszkodzić. Ale jesteśmy też teraz skonfrontowani z panującą narracją, że najważniejsza jest samodzielność. Tymczasem rzeczywistość dowodzi, że nie potrafimy przetrwać bez innych.

A jak się zaopiekować dziećmi, które zostały nagle odcięte od pedagogów i rówieśników?

Przede wszystkim trzeba uznawać ich uczucia. Dzieci są teraz wystawione na masę informacji, która może być trudna do przetrawienia. Rolą rodzica jest – odpowiednio do wieku – wytłumaczyć, co się dzieje, np. to, dlaczego nie ma szkoły, dlaczego dziecko musi dostosować się do nowych norm postępowania, oswoić z lękiem i poczuciem dezorientacji. Dorośli powinni też bacznie przyglądać się temu, czy zachowanie dziecka się nie zmienia, czy nie zaczyna sobie gorzej radzić. Trzeba mu też zorganizować czas według konkretnej struktury, część na naukę, część na rozrywkę.

Czy ludzie, którzy – nazwijmy to – w normalnej społecznie sytuacji cierpią na zaburzenia, są dodatkowo narażeni na ich eskalację?

Osoby, które mają uogólniony lęk, nagle muszą stanąć twarzą w twarz z realnym źródłem niepokoju. Poza tym ludzie z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi są wystawieni na nadmierną ilość bodźców. Internet atakuje ich np. wzmożoną kontrolą czystości, na której i tak są nadmiernie skupieni. W ten sposób są wystawieni na źródła swoich lęków. Izolacja wzmacnia też stany depresyjne. W najgorszej sytuacji są osoby samotne. Warto też zwrócić uwagę, po co odruchowo się sięga, żeby zredukować stres i napięcie, czyli alkohol i inne używki, które w dalszej konsekwencji mogą mieć negatywny wpływ na kondycję psychiczną. Natomiast służby medyczne oraz ludzie, którzy mieli kontakt z osobami zakażonymi, są z kolei narażone na wspomniany już zespół stresu pourazowego. Doradzałabym także ograniczenie bycia w kontakcie z informacją. Ustrukturyzowanie go w jakiś sposób. Można sprawdzać wiadomości o stanie epidemii, liczbie zgonów etc. Ale na przykład raz czy dwa razy na dobę. Szczególnie osoby ze skłonnościami do myślenia obsesyjnego mogą czuć się przytłoczone niepokojącymi informacjami. I znowu: pamiętajmy też o chronieniu dzieci, które z definicji są mniej odporne niż dorośli.

Wobec przymusowej izolacji pojawia się kolejny problem. Osoby na co dzień dotknięte przemocą domową mają jeszcze trudniej. Co mogą w tej sytuacji zrobić?

Ze względu na izolację tym bardziej nie są w stanie pójść po pomoc odpowiednich służb. Jeśli ktoś pada ofiarą przemocy, powinien skorzystać z Niebieskiej Linii 800 12 00 02 albo po prostu zadzwonić na policję. Muszę tu także przypomnieć, że dla wszystkich, którzy znajdują się w kryzysie psychicznym, działa infolinia fundacji Itaka. Jej numer to 800 70 22 22. Polecam ją tym wszystkim, którzy zmagają się z czarnymi myślami, czy to o stan zdrowia, czy przyszłość.

Do kogo jeszcze można zwrócić się o pomoc?

Polskie Towarzystwo Psychologiczne przygotowuje listę psychologów i terapeutów, którzy będą za darmo udzielać porad w sytuacji stanu zagrożenia epidemicznego. Odbywać się to będzie oczywiście telefonicznie albo za pośrednictwem komunikatorów internetowych. Warto też sprawdzać różne ośrodki psychoterapeutyczne, powstało bardzo wiele inicjatyw oddolnych, gdzie psychoterapeuci oferują swoją pomoc osobom, które nie radzą sobie z obciążeniem psychicznym wywołanym aktualną sytuacją.

A czy to okrutne doświadczenie, z jakim się mierzymy, może nas czegoś nauczyć?

To jest miecz obosieczny. Z jednej strony możemy zrewidować swoje poczucie niezależności i uświadomić sobie, jak bardzo jesteśmy zależni od wspólnoty, nauczyć się na powrót polegać na innych ludziach, bo bez nich jest nam bardzo trudno. To też okazja, by zweryfikować system wartości naszej kultury i cele, dla których żyjemy. Musimy sobie uświadomić, jak ważna jest solidarność i to, że jesteśmy częścią większej wspólnoty, której członkowie są za siebie współodpowiedzialni. Że ważny jest cały łańcuch opieki, opierający się na instytucjach. Ale z drugiej strony ujawniają się jeszcze większe niż dotąd kłopoty tam, gdzie panują największe nierówności, tam, gdzie ludzie najbardziej zdani są na opiekę państwa. Wiadomo nie od dziś, że neoliberalizm jest niewydolny. Pytanie, czy to się zmieni. Nie wiemy dziś, czy system po epidemii będzie skłonny do większego uregulowania się. A na poziomie osobistym ludzie mogą zrozumieć, że nie wszystko jest możliwe, że każdy ma swoje ograniczenia i jest zależny od różnych bodźców. Zderzenie z rzeczywistością może być w związku z tym korzystne. Ale część ludzi, atawistycznie, pójdzie raczej w zasilanie swojej wyjściowej wyobraźni i odbudowywanie, a nawet wzmacnianie systemu sprzed tego doświadczenia. ©℗

>>> Polecamy: Koronawirus może zburzyć światowy ład. Czy pchnie świat w autokrację? [OPINIA]