Po raz pierwszy w historii Indii spis będzie tak dokładny. Dwa i pół miliona rachmistrzów odwiedzi ponad 7 tys. miast i 600 tys. wiosek. Przepytywani będą też bezdomni, niedotykalni i wędrujący guru. Pytania nie będą już tylko dotyczyły zawodu, religii czy wykształcenia, ale też dostępu do internetu, wody pitnej oraz posiadania w domu toalety.

>>> Polecamy: Indie stają się wielkim zaglębiem badawczym

Przy okazji spisu rząd w Delhi zbuduje ogromną bazę danych o swoich obywatelach. Tłumaczy, że w ten sposób będzie w stanie o wiele skuteczniej walczyć z islamskimi fundamentalistami, którzy w ostatnich latach przeprowadzili kilka krwawych zamachów, i z maoistowską partyzantką, która przybrała ostatnio na sile. Każdy mieszkaniec Indii powyżej 15. roku życia zostanie sfotografowany i zostaną pobrane od niego odciski palców. Każdy otrzyma też 16-cyfrowy numer identyfikacyjny, podobny do naszego PESEL-u. Wszystkie dane zostaną zapisane w nowych dowodach tożsamości.

– Indie przeprowadzają spis co 10 lat od 1872 roku. Nic nas nie powstrzyma: ani powodzie, ani susze, ani wojny – mówił wczoraj C. Chandramouli z indyjskiego głównego urzędu statystycznego. A minister spraw wewnętrznych P. Chidambaram określił spis powszechny jako największe tego typu przedsięwzięcie w dziejach ludzkości. Jego wyniki faktycznie mogą być historyczne. Już teraz Indie liczą ok. 1,13 mld mieszkańców i są tylko o 200 mln mniej liczne niż Chiny, które od lat prowadzą restrykcyjną politykę rodzinną. Po dokładnym spisie może się okazać, że to Indusi są najliczniejszym narodem świata. Już teraz Delhi jest coraz bardziej aktywne na arenie międzynarodowej, a niedługo może zyskać argument, którym przez długie lata wykorzystywało Państwo Środka: że inni nie mogą ignorować głosu jednej szóstej ludzkości.

Spis potrwa 11 miesięcy. Pochłonie 11 mln ton papieru i będzie kosztował ponad 1,3 mld dolarów. Dane zostaną upublicznione w połowie przyszłego roku.