AMD taniał, a Google mocno drożał. Publikowany przed sesją raport kwartalny General Electric (gospodarka USA w pigułce) był (można dodać: oczywiście) lepszy od oczekiwań rynku, ale znaleziono wadę (niższe od prognoz przychody) i cena akcji spadała o około pięć procent. Nadal gwałtownie taniały akcje sektora bankowego – to ciągle jest wpływ problemów z dokumentacją przejmowanych domów.

Publikowane w piątek dane makro były bardzo niejednoznaczne. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 0,6 proc. (oczekiwano 0,4 proc.). Bez samochodów wzrosła tak jak oczekiwano o 0,4 proc., ale w obu przypadkach dane z sierpnia zweryfikowano wyraźnie w górę. Indeks NY Empire State wzrósł z 4,14 do 15,73 pkt. oczekiwano 7 pkt.). Inflacja CPI wzrosła jedynie o 0,1 proc. m/m i 1,1 proc. r/r (oczekiwano 0,2 i 1,2 proc.). Pierwsze dwa raporty zmniejszały prawdopodobieństwo akcji pomocowej Fed, ale raport o inflacji ją zwiększał.

Kolejne dwa raporty były słabe. Indeks nastroju Uniwersytetu Michigan delikatnie spadł (67,9 pkt.), a oczekiwano wzrostu. Były to dane wstępne, a sam indeks jest mniej wiarogodny niż indeks zaufania Conference Board, ale jednak ta publikacja często wpływa na nastroje. Dane o zapasach w firmach pokazały większy od oczekiwań wzrost zapasów (0,6 proc.) i śladowy wzrost sprzedaży (0,1 proc.) z dużym wzrostem współczynnika zapasy/sprzedaż (1,27). Ten raport nie wpływa na nastroje, ale odnotować trzeba, że był słaby.

Na te wszystkie czynniki nałożyło się wystąpienie szefa Fed, którego tematem była polityka monetarna j jej narzędzia. Na pozór nie wniosło nic nowego do obrazu sytuacji. Bernanke powiedział, że są powody do podjęcia działań pomocowych (rynek pracy, niska inflacja) przez Fed, ale zakres tych działań będzie zależał od napływających danych makro. Dyskusje na ten temat w łonie Fed trwają. Jak widać nie powiedział nic, czego rynki by już nie wiedziały, a z pewnością nie dał sygnału, czy już w listopadzie Fed podejmie odpowiednie decyzje, czy może w grudniu i jaki będzie rozmiar tych interwencji. Rynek mógł odebrać to wystąpienie jako mające na celu lekkie ochłodzenie oczekiwań.

Rynek akcji nie bardzo wiedział, co z tymi wszystkim czynnikami robić. NASDAQ nie miał wątpliwości. Pociągnięty przez Google rósł o około jeden procent. Jednak indeks szerokiego rynku S&P 500 trzymał się blisko poziomu czwartkowego zamknięcia. Jeśli weźmie się pod uwagę umocnienie dolara, problemy sektora finansowego i spadek ceny ropy oraz akcji GE to można powiedzieć, że rynek zachowywał się znakomicie. Wzrost indeksu NASDAQ o dobrze ponad jeden procent i niewielki wzrost S&P 500 to jest wygrana byków. Jeśli banki znajdą drogę wyjścia ze swoich problemów to zaczną drożeć, a to poprowadzi indeksy na północ.

Reklama

GPW rozpoczęła dzień podobnie jak inne giełdy europejskie, czyli niewielkim wzrostem indeksów, ale prawie natychmiast WIG20 zabarwił się na czerwono i rynek wszedł w marazm tuż pod poziomem równowagi. Widać było, że nasz rynek nie ma ochoty wychylać się przed publikacją wielu raportów makro i przed wystąpieniem szefa Fed. Samo wystąpienie mocniej działało na rynek walutowy niż na rynek akcji, który nadal pozostawał w odrętwieniu. Po publikacji pierwszego zestawu (bardzo dobrych) danych makro w USA WIG20 usiłował nieśmiało ruszyć na północ, ale bardzo szybko wrócił pod kreskę, bo gracze zobaczyli, że w Europie entuzjazmu nie widać. Fixing zwiększył zakres spadku i WIG20 stracił 0,85 proc.

Gracze mogą obawiać się korekty w USA na przełomie października i listopada i szykować na wyniki kwartalne polskich spółek (stąd spadki PZU, któremu powodzie z pewnością zaszkodziły). Wniosek wydaje się być prosty – trzeba szukać spółek, które mogą zaprezentować dobre wyniki kwartału. Jeśli gra się na kontraktach lub na ETF to musimy założyć, że przebicie 2.780 pkt. odwlecze się znacznie, a rynek będzie bardzo zmienny.