Ma 500 koni mechanicznych i całkowicie aluminiowe nadwozie. Przyspiesza do setki w 3,5 sekundy i kosztuje 700 tys. zł. To nie najnowsze Ferrari ani Lamborghini, tylko Cobra 427, która powstaje w dawnych zakładach lotniczych w Mielcu pod Rzeszowem. Jest repliką jednego z najsławniejszych aut sportowych świata – brytyjsko-amerykańskiej AC Cobra. Tak doskonałą, że zdarzają się właściciele oryginalnych wersji, którzy wymieniają je na produkt z Mielca, twierdząc, że jest i lepiej wykonana, i szybsza.

Historia sukcesu nie zaczęła się jednak w Mielcu, lecz w Utah w Stanach Zjednoczonych. To tam w 1995 roku bracia David i Thomas Kirkham kupili nadgryzioną zębem czasu AC cobrę CSX3104 i zabrali się za jej renowację. Gdy nie mogli znaleźć części zamiennych, postanowili założyć firmę budującą najdoskonalsze na świecie repliki legendarnego samochodu. W tym czasie jeden z ich znajomych, miłośnik militariów, sprowadził z Europy Wschodniej wycofany z użycia myśliwiec MiG i zaprosił ich, aby obejrzeli ten – jak dzisiaj wspominają – relikt zimnej wojny. Bracia byli tak zafascynowani samolotem, że zaczęli zastanawiać się, czy jego budowniczowie nie mogliby tworzyć nadwozia cobry. Przeszukując samolot, znaleźli tabliczkę znamionową, na której widniała nazwa wykonawcy – WSK PZL Mielec, Polska. Następnego dnia wysłali faks do fabryki z krótkim pytaniem: „Czy potrafilibyście wykonać nadwozie samochodu z aluminium?”. Po 12 godzinach otrzymali krótką, jednoznaczną odpowiedź: „No problem”.

>>> Czytaj też: Parada samochodów marki Volvo w Katowicach (GALERIA)

Tydzień później jeden z braci, David, leciał już samolotem do Warszawy. Jak dziś wspomina, zabrał ze sobą tylko trzy rzeczy: słownik angielsko-polski, zabawkowy model Cobry i nadzieję, że wszystko się uda. Na miejscu zastał zakład, w którym kilkudziesięcioosobowa załoga składająca się z inżynierów trzech pokoleń umierała z nudów. Przez 60 lat produkowali samoloty dla wojska, lecz gdy rozpadł się ZSRR, stracili rynek zbytu i czekali na moment, w którym na bramach zakładu zawisną łańcuchy z kłódkami. Gdy zobaczyli mały model i usłyszeli pytanie, czy chcieliby produkować takie auto, nie wierzyli własnym uszom. Po kilku dniach poznawania fabryki i rozmów z inżynierami Kirkham był już pewny, że właśnie tutaj chce budować repliki Cobry. Kupił niewielką część zakładów i od 15 lat tworzy w nich kopie jednego z najlepszych samochodów sportowych świata.

Podróż w czasie

Twórcą oryginalnej Cobry byli brytyjska firma AC Cars oraz amerykański kierowca sportowy Carroll Shelby. Powstające w latach 1961 – 1967 samochody wdzierały się na podia wielu wyścigów, jednak ich najbardziej charakterystycznym znakiem rozpoznawczym był wygląd – długa maska z potężnym motorem, napompowane błotniki, otwarte nadwozie, tylko dwa miejsca w środku i krótki tył. Dzisiaj oryginalne egzemplarze samochodu z lat 60. są sprzedawane niemal wyłącznie na aukcjach, a ich ceny osiągają pułap, jakiego nie powstydziłby się niejeden samolot. Pierwszy model oznaczony symbolem CSX3015, którym jeździł sam Carroll Shelby, został sprzedany w styczniu 2007 roku na aukcji w Arizonie za 5 mln dol.

Legenda, jaka narosła wokół AC Cobry i samego Shelby’ego, spowodowała, że prywatne warsztaty na całym świecie zaczęły wytwarzać mniej lub bardzie udane kopie auta. Obecnie jest ich kilkanaście i mieszczą się głównie w Stanach Zjednoczonych oraz na Wyspach Brytyjskich. Jednak – jak oceniają specjaliści i sami klienci – żadna replika Cobry nie dorównuje dokładnością mieleckiej. – Tutaj wszystko jest wykonywane ręcznie. Aby stworzyć jedną karoserię z ramą, potrzeba 600 roboczogodzin, czyli 25 dni pracy non stop. Dla porównania auta w wielkich fabrykach powstają w 25 minut – mówi Jan Ożóg, dyrektor produkcji w Kirkham Motorsports.

>>> Polecamy: Producenci samochodów zdecydowali, że małe jest piękne

Od początku 1996 roku w Mielcu powstało ponad 700 gotowych nadwozi. Ale ostatnie dwa lata były dla fabryki dość ciężkie. – 75 proc. produkcji sprzedajemy do USA, kryzys mocno się na nas odbił. W zeszłym roku zrealizowaliśmy łącznie ok. 40 zamówień, podczas gdy jeszcze w 2007 było ich ponad 100 – opowiada Grzegorz Pawlik, dyrektor finansowy mieleckich zakładów. Dodaje jednak, że w tym roku widać poprawę. Zamożni klienci uwierzyli w koniec kryzysu i chętniej składają zamówienia na drogie zabawki.

Najtańsza cobra w wersji 289 kosztuje 56 tys. dolarów netto i ma 300-konny silnik Forda. Jednak większość klientów decyduje się na topową odmianę 427, mającą pod maską siedmiolitrowego potwora, którego standardowa moc wynosi 500 koni. Niemniej klienci często życzą sobie, aby podnieść ją do 700 koni. Taka wersja jest w stanie przyspieszyć do 100 km/h w zaledwie trzy sekundy i rozpędzić się do blisko 300 km/h. Po przeróbkach kosztuje ok. 180 tys. dolarów.

To jednak i tak niewiele w porównaniu z pewnym szejkiem z Arabii Saudyjskiej, który chciał zamówić w Mielcu karoserię wykonaną ze szczerego złota. Szefowie Kirkham Motorsports nie podjęli wyzwania. – Taki model byłby wart miliony i jego wykonanie wiązałoby się z dużym ryzykiem. Praktycznie rzecz biorąc, musiałby powstawać w sejfie, a i tak robilibyśmy to w wielkim stresie – mówi Pawlik. Dodaje jednak, że firma często spełnia specjalne życzenia klientów. – Wykonywaliśmy już dwa modele z polerowanej miedzi. Choć jest ona znacznie cięższa niż aluminium, klienci wybrali ją, bo chcieli się czymś wyróżnić – opowiada.

Replika firmy Kirkham Motorsports jest tak dokładna, że nawet... zagrała oryginał auta. W filmie „Iron Man” samochód wystąpił obok audi R8. Znacznie częściej jednak mieleckie cobry pędzą po torach wyścigowych. Kilka pojazdów uczestniczy nawet w legendarnym 24-godzinnym wyścigu Le Mans, który przed półwieczem wygrał Carroll Shelby.

Hot towar z Polski

Sława polskich zakładów dotarła już nawet do szefów Forda. Amerykański koncern zlecił Polakom wykonanie wizytówki firmy – repliki sedana z 1940 roku z karoserią z miedzi. Pod jej maskę trafiło najnowsze dzieło inżynierów Forda – 1000-konny silnik ze sportowego modelu GT. Taki hot rod (połączenie stylistyki zabytkowego auta z ogromną mocą) został zaprezentowany publicznie podczas prestiżowych targów motoryzacyjnych SEMA w Las Vegas. Jego zdjęcia pojawiły się na okładkach pism motoryzacyjnych z całego świata. Dzisiaj pojazd stoi w muzeum marki.

Mielecka manufaktura jest jednym z największych producentów replik na całym świecie. Jednak w Polsce mamy więcej pasjonatów, którzy próbują tworzyć wierne kopie aut znanych marek. Maleńka firma Bojar Tuning z Wrocławia wyprodukowała już repliki Ferrari F50, F355 oraz Lamborghini Murcielago. Sprzedała po kilka egzemplarzy każdego z tych aut i deklaruje, że teraz gotowa jest zrealizować zamówienie na... kopię Bugatti Veyrona. Oryginał ma 1001 KM i kosztuje 2 mln euro. Replika ma być dwukrotnie słabsza, ale aż dwudziestokrotnie tańsza.

>>> Czytaj również: Polscy designerzy projektują najbardziej eleganckie samochody świata

Z kolei produkcje replik starych samochodów do perfekcji opanowała firma J.A.K. z Katowic. W ofercie ma między innymi kopie Alfy Romeo z lat 30. ubiegłego wieku, jest jednak w stanie podjąć każde postawione przed nią wyzwanie. Na potrzeby marki piwa Tyskie wykonała nawet ciężarówkę w stylu lat 20.

Choć nasza rodzima motoryzacja w skali makro już dawno umarła, ta w skali mikro ma się całkiem nieźle i doceniają ją nawet zamożni klienci z Zachodu.