Która partia jest liberalna, a która lewicowa? SLD żąda podniesienia wieku emerytalnego, a PO go nie podnosi. PiS chce promować polskie firmy, ale nie ufa przedsiębiorcom. A na temat gospodarki kandydaci do Sejmu wypowiadają się niechętnie albo niekonkretnie.
Kiedy Bill Clinton ubiegał się o elekcję, motywem przewodnim jego kampanii było hasło „Gospodarka, głupcze”. W Polsce, choć kryzys wciąż czai się za progiem, dla polityków jest to dziedzina trzeciorzędna. Nie lubią jej, nie czują się w niej mocni, ale nie mają wyjścia i muszą o niej mówić. Dlatego dywagują o okrutnej drożyźnie i wielkim długu. Zgodnie ze starą zasadą można też obiecać wszystko, dopóki nie trzeba pod tym złożyć podpisu.

>>> Czytaj też: Łupki z wozem drabiniastym w tle. Oto Polska - zacofany kraj na rubieżach Europy

PO, PiS, SLD i PSL – każda z tych partii, mających największe szanse na następną kadencję Sejmu, uczestniczyła już w rządach. Spróbujmy na podstawie tego, co robili wówczas ich politycy i co głoszą teraz, ustalić, czego możemy się spodziewać, gdy zasiądą w ministerialnych ławach. Konkretnie – jakie mają wizje gospodarki.

PO zrywa z liberalizmem

– Józef Piłsudski wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „Niepodległość”, a PO z tramwaju liberalnego na przystanku władza – uważa Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. Jego zdaniem to partia, która przeszła największą ewolucję poglądów gospodarczych i z liberalizmem ma już niewiele wspólnego.

>>> Polecamy: Polski PKB może wzrosnąć o 14 proc. Dzięki deregulacji będziemy tygrysem

Z zapowiadanej reformy podatkowej 3x15 (proponowane stawki PIT, CIT i VAT) nic nie zostało. Nie dość, że porzucono zamysł podatku liniowego po sprzeciwie PSL, to jeszcze VAT poszedł w górę z 22 do 23 proc.
Choć Platforma stara się sprawiać wrażenie partii, której najbardziej zależy na gospodarce i ma najwięcej ekspertów w tej dziedzinie, mocno zadłużyła kraj (w relacji do PKB zagrożony był nawet próg 55 proc.) i nie zrealizowała licznych zapowiedzi, jak wprowadzenie budżetu zadaniowego, zrównanie wieku emerytalnego i usunięcie przywilejów służb mundurowych. Ograniczyła za to transfery do OFE. Osiągnięciem wydają się emerytury pomostowe.

>>> Zobacz też: Oligarchia na Wall Street: Fed udzielał tajnych kredytów finansowym gigantom

Partia opowiada się za szybką prywatyzacją i na tym polu ma spore sukcesy. Niestety, prywatyzacja nabrała tempa dopiero wtedy, gdy kryzys zmusił rząd do desperackiego poszukiwania pieniędzy. Po drugie, w ubiegłym roku partia przeżyła okres fascynacji ideą tworzenia narodowych czempionów i zamiast na prywatyzację część energii skierowano na łączenie firm państwowych.
Choć PO wypisała na sztandarach hasło likwidacji biurokratycznych barier dla przedsiębiorczości, sejmowa komisja Przyjazne Państwo ma umiarkowane sukcesy w tej dziedzinie. Zresztą trudno mówić o działaniu na rzecz biznesu, skoro rząd podnosi płacę minimalną do 1,5 tys. zł, a szef klubu PO Tomasz Tomczykiewicz uznaje złożony przez „S” projekt ustawy podwyższający ją do 50 proc. średniego wynagrodzenia za rozsądny.
Platforma nie ograniczyła biurokracji, która urosła w cztery lata o 100 tys. ludzi, ale także nie przeprowadziła reform, których można się było po niej spodziewać, np. zniesienia ulg rodzinnych dla ludzi zamożnych. Swój aktualny program ma przedstawić w połowie września.

PiS kocha złotego

Partia Jarosława Kaczyńskiego idzie do wyborów ze starymi hasłami patriotyzmu gospodarczego, walki z oligarchią biznesową i drożyzną. Trudno tu jednak o konkrety, poza pomysłem obniżki akcyzy. I trudno oprzeć się przeczuciu, że pod rządami tej partii gospodarka miałaby znaczenie trzeciorzędne.
Na swoim blogu prezes PiS zamieścił zobowiązanie do objęcia ochroną dyplomatyczną i wsparciem finansowym zagranicznych inwestycji polskich firm. PiS wciąż nie ma natomiast litości dla oligarchów, bo „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”. Cztery lata temu był spot „Mordo ty moja”, a teraz mówi się o potrzebie sięgnięcia do głębokich kieszeni na walkę z kryzysem.
Prezes snuje też refleksje na temat „kryzysu turbokapitalizmu”, którego wyznawcami mieliby być politycy Platformy. Przeciwstawia mu złote lata 2006 – 2007, kiedy gospodarka rosła ponad 6 proc. rocznie. Nie wspomina o ówczesnej świetnej koniunkturze na świecie i mimo niej wykazywaniu deficytu finansów publicznych.
PiS konsekwentnie neguje pośpiech przy wprowadzeniu w Polsce euro. „Złoty powinien trwać co najmniej 20 lat i być trzecią walutą rezerwową w naszym regionie po euro i dolarze” – zapowiedział prezes Kaczyński, budząc zdumienie ekonomistów zwłaszcza drugą częścią wypowiedzi.
W kwestii emerytur proponuje Polakom wybór miejsca, do którego chcą kierować swoje składki: OFE czy ZUS. Sami mieliby też określać ich wielkość. Tu wiele łączy PiS z PSL.
Partia Jarosława Kaczyńskiego dalej sprzeciwia się sprzedawaniu „sreber rodowych”, choć szybko ich ubywa, a Polacy oswoili się już w dużej mierze z prywatyzacją. Najbardziej zaciekle atakuje plany sprzedaży Lotosu (grozi Aleksandrowi Gradowi Trybunałem Stanu, jeśli sprzeda firmę Rosjanom) i SPEC (dąży do referendum w tej sprawie). Wszystko to wiąże z bezpieczeństwem energetycznym, kolejnym swoim konikiem. „Nie wolno dopuścić do przejęcia firm przez obcych właścicieli tak, jak stało się to w Anglii czy na Węgrzech” – to słowa prezesa Kaczyńskiego. Rządowi PiS udało się sprzedać tylko kilka firm – PZL Mielec czy Stocznię Gdańską i Polskie Huty Stali. To był najgorszy rezultat od początku lat 90., z czego akurat PiS jest dumny.
W programie PiS roi się od ogólników. Do końca 2012 roku mają zostać zreformowane finanse publiczne. Mówi się o racjonalizacji wydatków, efektywności ściągania podatków, reformie VAT czy odblokowaniu gospodarki przez zlikwidowanie barier administracyjnych.
Na razie jeden z niewielu konkretów to postulat odejścia od koncepcji wielu spółek PKP. – Należy powołać jeden silny podmiot – uważa wiceprezes partii Beata Szydło.
PiS od dawna chce obciążyć banki dodatkowym podatkiem, nie zwracając uwagi, że wzrosną przez to koszty usług.

SLD po trochu wszystkim

SLD z jednej strony mówi o konieczności wydłużenia wieku emerytalnego kobiet, a z drugiej sypie kaskadą socjalnych pomysłów. Rzeczywiste poglądy gospodarcze tej określającej się jako lewicowa partii to gigantyczna niewiadoma. Konfuzję tę pogłębia odsunięcie starszych działaczy, często pragmatyków, uczestniczących w dwóch lewicowych rządach. To oni wprowadzili liniowy CIT dla przedsiębiorców.
W podpisanym niedawno porozumieniu z BCC Sojusz wycofuje się z popierania przywilejów emerytalnych, w których wprowadzaniu miał swój udział (np. górnicze, mundurowe). Wspomina natomiast o zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz likwidacji ulg rodzinnych dla najbogatszych, czego nie odważyła się przeprowadzić PO. – Grzegorz Napieralski dużo ryzykuje. To dokument bardzo rynkowy – mówi Marek Goliszewski, prezes BCC. Jego zdaniem lider SLD chce tworzyć lewicę w stylu Blaira, skoncentrowaną na wypracowywaniu dóbr, a dopiero potem sprawiedliwszym dzieleniu. SLD zapowiada zredukowanie biurokracji przez powszechną elektronizację i wejście do strefy euro.
Prywatyzacja? Tu widać rozdwojenie jaźni. – Nie jestem przeciwnikiem prywatyzacji, pod warunkiem że ma ona inne cele niż wyłącznie pozyskanie pieniędzy – deklaruje Napieralski, ale już program „7 razy tak dla kolei” przewiduje wstrzymanie jej prywatyzacji (obok oddłużenia i zmian w organizacji), a politycy partii podobnie jak PiS próbują zablokować sprzedaż SPEC.
Jednak Sojusz co jakiś czas pokazuje swoją socjalną twarz. Wczoraj w Szczecinie Napieralski oświadczył, że koszty kryzysu powinny być rozkładane równo między banki i zwykłych ludzi. Zapowiedział obniżenie VAT do 19 proc. i obłożenie banków podatkiem. To, że oba rozwiązania nie zbilansowałyby się i pogłębiłaby się dziura w finansach publicznych, zdaje się nie mącić spokoju szefa Sojuszu. Inne nieco demagogiczne pomysły to podatek od dóbr luksusowych (na wzór greckiego od basenów) i roczny urlop regeneracyjny dla pracowników między 50. a 65. rokiem życia.

PSL pilnuje swego podwórka

Jest taki stary dowcip – aby zachęcić klientów do odwiedzenia sklepów mieszczących się na parterze jednej kamienicy, trzech żydowskich właścicieli wywiesiło zachęcające szyldy. Ten po prawej stronie – „obniżki o 90 proc.!”. Ten po lewej – „totalna wyprzedaż”. Zaś trzeci mający sklep pośrodku napisał – „wejście”. Takie jest właśnie PSL. Gdy PO i PiS zaczęły się flekować w sprawie debaty, która skupiłaby uwagę na nich i zmarginalizowałaby inne partie, Waldemar Pawlak spokojnie zaproponował, że chętnie takie spotkanie poprowadzi i będzie moderował.
Jeśli do PO przylgnęła etykietka partii władzy, to co powiedzieć o PSL, które już kilkakrotnie współrządziło. Choć to partia klasowa, która przede wszystkim pilnuje lepiej lub gorzej pojętych interesów rolników z systemem KRUS na czele, jej poglądy na pozostałe dziedziny gospodarki ewoluują w kierunku pragmatyzmu. Robert Gwiazdowski z CAS, pytany o najbardziej obecnie liberalną partię, odpowiada: ludowcy.
Weźmy prywatyzację. W latach 90. poglądy PSL niewiele różniły się od obecnych poglądów PiS. Ostatnio gniewne pomruki z tej partii dochodziły już tylko, gdy padały pomysły na prywatyzację branż uchodzących za ich domenę, czyli energetyki (to tu słynny Staszek chciał się sprawdzić w biznesie) czy górnictwa. PSL łatwo jednak odpuścił.
Lider ludowców Waldemar Pawlak stara się uchodzić za opokę przedsiębiorców. Sypie pomysłami, które miałyby ulżyć właścicielom firm, trudno jednak znaleźć w tej mierze namacalne dokonania. Jego projekt rozwiązania kwestii opcji nie wypalił, a działania deregulacyjne wciąż są niewystarczające.
Pocieszające jest to, że w kampanii wyborczej żadna partia nie straszy już pustą lodówką czy kartą, której żądają w szpitalu. To zasługa kryzysu, ale i tego, że wszystkie liczące się ugrupowania w jakiejś konfiguracji już uczestniczyły we władzy. Jednak Marek Goliszewski próbuje ostudzić ten optymizm. – Poczekajmy do września – mówi.

Łatwiej rozbudzać emocje Smoleńskiem czy eutanazją, niż mówić o gospodarce

Dr Olgierd Annusewicz | Ośrodek Analiz Politologicznych UW
Czy gospodarka będzie modnym tematem kampanii wyborczej?
Głównym wątkiem stanie się drożyzna i jak ją powstrzymać. Nie liczyłbym na głęboką dyskusję na tematy makroekonomiczne.
A żelazne tematy, takie jak wyprzedaż majątku narodowego? To konik PiS.
Zapobieżenie prywatyzacji SPEC-u czy Lotosu jest mniej tematem gospodarczym, a bardziej narodowo-wyzwoleńczym. Przekaz jest prosty: „chcą nam zabrać SPEC”.
SLD zawarło porozumienie programowe z organizacją pracodawców BCC. Czy ta partia przechodzi metamorfozę?
Pomysł, by ukazać się od rozsądnej strony ekonomicznej jest dobry, jednak to, że SLD podpisze porozumienie z organizacją biznesową i wrzuci kilka zdjęć do internetu, nie jest jednak dyskusją o gospodarce. Powinni usiąść obok siebie główni eksperci partii i rozmawiać o różnych rozwiązaniach.
Na ile gospodarka jest ważna dla partii?
Politycy wiedzą, że trzeba mówić o ekonomii, zwłaszcza teraz, gdy świat ma poważne problemy, które mogą przenieść się na nas. Ponieważ mechanizmy makroekonomiczne są skomplikowane, panuje przekonanie, że wystarczy często wymawiać słowo „gospodarka” i rzucać proste hasła: drożyzna, wysokie podatki. Wtedy wyborcy uznają, że są świadkami dyskusji. I tak niewiele z tego wszystkiego zrozumieją, ale jak ktoś często mówi „gospodarka”, i robi to z przekonaniem, to znaczy, że się zna.
Niestety, niewielu polityków się zna. Dlaczego?
A po co? Dużo łatwiej jest rozgrywać emocje na Smoleńsku, eutanazji, związkach partnerskich czy becikowym.
Ale może choć rośnie świadomość, jak ważna jest gospodarka?
Nie widzę w tej mierze postępu. Polska klasa polityczna nie wykazuje się tym poziomem odpowiedzialności, jak jej odpowiednik w Niemczech. Gdy mamy kryzys, powstaje tam wielka koalicja narodowa. W Polsce opozycja, obojętnie kto nią jest, zawsze uważa, że „im gorzej, tym lepiej”, a nic tak nie denerwuje ludzi jak stan portfela.
Dr Olgierd Annusewicz | Ośrodek Analiz Politologicznych UW / DGP