Brytyjscy secesjoniści żądają wyjścia z Europy

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
25 września 2011, 05:57
Londyn, stolica Wielkiej Brytanii.
Londyn, stolica Wielkiej Brytanii. /ShutterStock
Brytyjscy konserwatyści chcą rozluźnienia relacji swojego kraju z Brukselą. Grupa deputowanych, w reakcji na kryzys w strefie euro, domaga się od premiera Davida Camerona przeprowadzenia referendum w sprawie charakteru dalszego członkostwa Londynu w UE.

120-osobowej grupie rebeliantów, złożonej głównie z mniej znanych posłów, przewodzi Mark Pritchard, sekretarz Komitetu 1922, który m.in. zajmuje się wyborem lidera partii. W artykule opublikowanym na łamach „Daily Telegraph” wzywa on do przeprowadzenia plebiscytu w przyszłym roku, ostrzegając Camerona, że w przeciwnym razie może zostać złożony wniosek o odwołanie go z funkcji lidera. Brytyjczycy mieliby rozstrzygnąć, czy chcą uczestnictwa w politycznej integracji UE, czy też by relacja stała się tylko porozumieniem o wolnym handlu. W przypadku zwycięstwa tej drugiej opcji przy następnych wyborach odbyłoby się głosowanie na temat dalszego członkostwa.

>>> Czytaj też: Brygada ratowania funta się myli. Wielka Brytania radziłaby sobie lepiej z euro

– Konserwatywni posłowie nie będą dalej wypisywać czeków in blanco dla robotników w Lizbonie, w czasie gdy mieszkańcy Londynu czy Leicester dołączają do kolejek po zasiłki. Dla wielu Brytyjczyków UE już stała się swego rodzaju siłą okupacyjną, która narzuca obce zasady, domagając się opłat, ograniczając wolności i podważając naszą kulturę. W niespełna 40 lat, bez jednego wystrzału, Wielka Brytania stała się podległa Europie – napisał Pritchard.

Jakkolwiek w tych słowach jest sporo przesady – Wielka Brytania nie uczestniczy w pomocy finansowej dla Grecji czy Portugalii – faktem jest, że konserwatyści stają się coraz bardziej niechętni Brukseli. Posłowie, którzy w 2010 r. po raz pierwszy dostali się od Izby Gmin, są uważani za najbardziej eurosceptycznych od dekady, a wiele osób na niższych stanowiskach ministerialnych prywatnie nie ukrywa niechęci do Brukseli. Nawet minister spraw zagranicznych William Hague powiedział ostatnio, że Wielka Brytania mogłaby skorzystać na rozluźnieniu związków z Unią.

>>> Czytaj też: U źródeł zachodniego dobrobytu: jak powstało europejskie welfare state

Cameron wprawdzie obiecał, że jakiekolwiek nowe przekazanie uprawnień na rzecz Brukseli będzie wymagało referendum, ale wniosek Pritcharda ma niewielkie szanse. Dla brytyjskiego premiera oznaczałoby to pogorszenie relacji z resztą Unii i rozpad koalicji z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami. Z drugiej strony pewne jest, że mając w swoich szeregach rosnących w siłę eurosceptyków, tym bardziej będzie się on trzymał z daleka od problemów strefy euro i programów pomocowych dla jej członków.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj