„Kupię olej roślinny w ilościach hurtowych”; „Skupujemy zużyty olej jadalny”; „Poszukuję restauracji lub baru, gotowego co tydzień odsprzedać około 30 litrów wysmażonego oleju” – coraz więcej podobnych ogłoszeń można spotkać na stronach giełd spożywczych. Większość z nich ma związek z legalnym obrotem, ale przybywa takich, między wierszami których odczytać można, że olej posłużyć ma za paliwo do samochodu. Nielegalne, bo jazda na paliwie nieobłożonym akcyzą jest zabroniona.

>>> czytaj też: Łupkowa rewolucja nabiera tempa: pierwsze wydobycie gazu już w 2014 roku

Kierowców to nie odstrasza. Ryzyko, że policja zajrzy im do baku, jest minimalne, a ceny diesla coraz mocniej biją ich po kieszeni, więc są zdeterminowani do poszukiwania alternatywnych paliw. Jedni przesiadają się do aut zasilanych benzyną i przerabiają je na zasilanie gazowe, drudzy decydują się wlewać do baków jadalny olej. Dotyczy to głównie właścicieli leciwych modeli z silnikami diesla starszej generacji, mało wrażliwych na jakość paliwa. Aby przystosować je do spalania oleju jadalnego, wystarczy zamontować nagrzewnicę, która podniesie temperaturę paliwa i ułatwi mu przepłynięcie przez przewody oraz wtryskiwacze.

>>> Polecamy: Przed nami trudne zmiany na rynku: dopiero za 9 lat będzie praca dla każdego

W oficjalnych cennikach warsztatów samochodowych usługi montażu nagrzewnicy nie znajdziemy. Ale w nieoficjalnych rozmowach mechanicy przyznają, że przyjeżdża do nich coraz więcej kierowców ze sprzętem kupionymi w internecie z prośbą o jego montaż. – Tylko w grudniu mieliśmy siedmiu takich – opowiada pracownik jednego z serwisów pod Szczecinem. Dodaje, że koszt instalacji to 500 – 1000 zł. W serwisach internetowych pojawiają się oferty sprzedaży samochodów już przystosowanych do zasilania olejem jadalnym. Można kupić np. nissana patrola na olej rzepakowy. Inwestycja ma się szybko zwrócić.

Co prawda w sklepach spożywczych olej jest dość drogi – 6 – 7 zł za litrową butelkę, czyli więcej niż diesel na stacji, ale bywają promocje, gdy za pięciolitrową butelkę zapłacić trzeba 25 zł. W internecie jest jeszcze taniej – przy zakupie kilkuset litrów można zejść do 4,3 zł za litr. A to już ponad złoty taniej niż ON. Taki olej zamiast na patelnię trafia do baku. Albo jeszcze inaczej – najpierw na patelnię, a dopiero później do baku. Coraz częściej bowiem kierowcy skupują przepalony olej od barów szybkiej obsługi czy restauracji. Teoretycznie zużyty już produkt poddaje się domowej „rafinacji” – podgrzewa do wysokiej temperatury i przepuszcza przez filtry, które wyłapują pozostałości po frytkach i schabowym.

– Zużywamy miesięcznie około stu litrów oleju. Zlewamy to do beczki, którą odbiera od nas jeden ze stałych klientów. Płaci po 1 zł za litr – opowiada nam właściciel kilku barów w Radomiu. Dodaje, że nigdy nie wnikał w to, do czego ów klient zużywa później olej, ale przyznaje, że z rury wydechowej jego auta czuć frytkami.

Handel zużytym olejem jadalnym kwitnie także w sieci. Ceny: od 80 groszy do 1,2 zł za litr. I więcej deklarujących chęć zakupu niż sprzedających. Ameryki jednak nikt nie odkrył. Olej, na którym wcześniej smażyły się frytki, do napędzania swoich samochodów z powodzeniem wykorzystuje McDonald. Kilka miesięcy temu filia firmy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich podpisała umowę z koncernem Natural Fuels, który na jej zlecenie uzdatnia „paliwo” pochodzące z restauracji. Tam jednak jego używanie jest w pełni legalne. Zresztą i tak w ZEA na masową skalę nie opłaca się tego robić, bo litr oleju napędowego na tamtejszych stacjach kosztuje – w przeliczeniu – niecałe 2 zł. Zatem McDonald jeździ na oleju po frytkach ze względów ekologicznych. My – z czysto ekonomicznych.

Instalacja do spalania oleju jadalnego w aucie to koszt 0,5-1 tys. zł.