Premier Izraela Beniamin Netanyahu może podjąć decyzję o uderzeniu na Iran już w kwietniu, a najpóźniej latem. Będzie to zależało od przebiegu rozpoczynających się w najbliższych dniach negocjacji między Teheranem a USA, Chinami, Rosją, Francją, Wielką Brytanią i Niemcami. „Piątka” oczekuje, że Iran da gwarancję wstrzymania programu atomowego.

– Służby wywiadowcze Izraela oceniają, że Iran potrzebuje od sześciu do dziewięciu miesięcy, aby zbudować pierwszą głowicę jądrową. Gdy to się stanie, uderzenie na Teheran nie będzie już możliwe. Dlatego Netanyahu jest przekonany, że nie można zwlekać – powiedział DGP jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego. Stas Misezhnikov, minister turystyki Izraela oraz polityk z bliskiego otoczenia szefa rządu, na tak postawione przez naszą gazetę pytanie odpowiada krótko: – W sprawie Iranu ten rok będzie decydujący.

>>> Czytaj też: Iran mógł przeprowadzić eksperyment nuklearny

Uderzenie na Iran nie musi jednak zneutralizować zagrożenia ze strony Teheranu, który cały czas utrzymuje, że jego zamiarem nie jest zdobycie broni jądrowej, ale jedynie rozwinięcie energetyki atomowej. Przeciwnie – może doprowadzić do jego zaostrzenia. Tak przynajmniej uważa Trita Parsi, przewodniczący National Iranian American Council (NIAC) i autor wielu książek o Bliskim Wschodzie. – Irański reżim jest dziś słaby, znaczna część społeczeństwa obwinia go o załamanie poziomu życia i nie ufa mu, co było widać po manifestacjach w 2009 roku. Jednak w razie ataku Izraela cały kraj stanie za nim murem – ostrzega.

Izrael złamie prawo

Reklama

W Izraelu mało kto zwraca jednak uwagę na nastroje w społeczeństwie Iranu. Ronen Bergman, izraelski analityk ds. bezpieczeństwa, powołując się na informatorów z Mossadu (służby bezpieczeństwa), uważa, że Teheran ma 10 tys. wirówek do produkcji wzbogaconego uranu. Kraj przez lata zgromadził ok. 5 ton nisko wzbogaconej odmiany tego pierwiastka. Przetworzenie go na wzbogacony pozwoli na zbudowanie 6 bomb jądrowych. Izraelskie służby oceniają, że na taki proces Teheran potrzebuje jeszcze ok. 9 miesięcy. Kolejne sześć miesięcy będzie konieczne, aby zredukować głowicę atomową do takich rozmiarów, aby dało się ją zamontować w rakietach Szahab 3 zdolnych dosięgnąć cele odległe nawet o 2,3 tys. km.

Postępy irańskiego programu jądrowego to niejedyny powód, dla którego Netanyahu chce podjęć decyzję o tym, czy uderzyć na Iran. Innym jest amerykański kalendarz wyborczy. – Izraelczycy postrzegają Baracka Obamę jako niepewnego przywódcę. Dlatego dla Netanyahu najlepszym momentem na uderzenie na Iran są tygodnie poprzedzające listopadowe wybory prezydenckie w USA. Postawiony przed faktem dokonanym Obama będzie musiał poprzeć izraelskie naloty, a być może nawet je wesprzeć, jeśli chce pozostać na drugą kadencję w Białym Domu. Bez poparcia wpływowej mniejszości żydowskiej w Ameryce nie będzie to możliwe – mówi nam źródło w Pałacu Elizejskim.

Stopień nieufności między Jerozolimą a Waszyngtonem wyszedł po raz kolejny na jaw podczas spotkania przywódców obu krajów na początku tego tygodnia. Według relacji prasowych w trakcie 2,5-godzinnej rozmowy Obama nie uzyskał od Netanyahu zapewnienia, że Izrael na własną rękę nie uderzy na Iran ani że uprzedzi o swojej decyzji Amerykanów.

>>> Zobacz też: "Haarec": Premier Izraela liczy się z odwetem w razie ataku na Iran

Mary Ellen O’Connell, profesor prawa międzynarodowego na waszyngtońskim University of Notre Dame, zwraca uwagę, że atak Izraela na Iran byłby nielegalny. – Jerozolima nie została zaatakowana przez Iran i w świetle zasad ONZ nie ma prawa do akcji odwetowej. Doświadczenie USA z 2003 roku, gdy zaatakowaliśmy Irak bez zgody Rady Bezpieczeństwa, pokazuje, że może to doprowadzić do izolacji nawet największy kraj świata – zwraca uwagę. Innym problemem jest broń jądrowa samego Izraela. Podobnie jak Iran, kraj ten wielokrotnie odmawiał inspektorom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) dostępu do instalacji nuklearnych. Więcej – nigdy nie przystąpił do Konwencji o Zakazie Nierozprzestrzeniania Broni Jądrowej (NPT), której Iran jest stroną.

Izrael inspektorom IAEA jednak nie ufa. Zarzuca im, że dopiero w listopadzie zeszłego roku opublikowali raport, w którym uznali zagrożenie jądrowe ze strony Iranu za równie poważne jak to, o którym Izrael mówił od lat. Także dopiero wtedy UE i USA zdecydowały się na wprowadzenie bolesnych sankcji wobec reżimu w Teheranie. Wstrzymano import ropy i zaprzestano transakcji z irańskim bankiem centralnym, co w praktyce uniemożliwia handel. To spowodowało załamanie dochodów państwa i gwałtowny spadek wartości riala. – Irańczycy zaczynają mocno odczuwać skutki sankcji. To ich przekona, że wspólnota międzynarodowa tym razem nie żartuje – powiedział w poniedziałek po spotkaniu z Netanyahu Barack Obama. Międzynarodowi eksperci mają jednak wątpliwości, czy przywódcy Iranu zdecydują się na cofnięcie z drogi, gdy są tak blisko celu.

– Wrogość wobec Izraela nie jest najważniejszym powodem, dla którego Iran chce mieć broń jądrową. Dla reżimu to przede wszystkim gwarancja utrzymania władzy i sposób, aby zdobyć przywództwo w świecie muzułmańskim – mówi DGP Zvi Rav-Ner, ambasador Izraela w Polsce. Zdaniem innych źródeł dyplomatycznych w grę wchodzi również duma. Iran, postrzegający siebie jako spadkobiercę perskiej cywilizacji, uważa, że ma znacznie większe powody do uzyskania statutu państwa atomowego niż mniej rozwinięty Pakistan, który taką broń ma od 14 lat.

Dywersja i zabójstwa

Sukces irańskiego programu atomowego po części obciąża jednak także konto Mossadu. Bardzo długo, do 2002 roku, izraelskie służby wywiadowcze były przekonane, że podstawą budowy przez Teheran bomby atomowej jest współpraca z Rosją. Dopiero 10 lat temu okazało się, że Irańczycy technologię i materiały zdobywają z całkiem innego źródła – od pakistańskiego specjalisty Abdula Qadeera Khana.

Od tego momentu ówczesny szef Mossadu Meir Dagan otrzymał pełnomocnictwa do przeprowadzenia akcji dywersji przeciwko wszystkim, którzy są zaangażowani w irański program atomowy. W kwietniu 2006 roku „z nieznanych przyczyn” doszło do wybuchu 50 wirówek w tajnym ośrodku wojskowym w Natanz na południu Teheranu. W następnym roku trzy samoloty należące do irańskich Strażników Rewolucji „przerwały pracę w locie” i runęły na ziemię. W 2010 roku śmierć z rąk „nieznanych sprawców” ponieśli m.in. gen. Hassan Moghaddam odpowiedzialny za irański program rakietowy oraz zastępca dyrektora ośrodka w Natanz Massud Ali Mohammadi. Jednocześnie „bliżej niezidentyfikowani hakerzy” przypuścili atak na wojskowe systemy informatyczne Iranu, co doprowadziło do wstrzymania na wiele miesięcy prac nad wzbogaceniem uranu. Największym sukcesem Mossadu okazało się jednak wyeliminowanie w ostatnich latach siedmiu irańskich naukowców zaangażowanych w prace nad budową bomby jądrowej. Rzecz jasna, izraelskie służby specjalne zaprzeczają jakimkolwiek związkom z tymi zabójstwami.

Półtora roku temu Netanyahu zdecydował się jednak zwolnić Dagana. Bezpośrednim powodem była wpadka izraelskich służb specjalnych w trakcie akcji zamordowania w Dubaju jednego z przywódców Hamasu Mahmuda al-Mabhuda. Operacja się powiodła, jednak hotelowe kamery nagrały izraelskich agentów, co doprowadziło do ostrego sporu między Jerozolimą a jego sojusznikami z Zatoki Perskiej. Jednak zdaniem Ronena Bergmana prawdziwy powód dymisji Dagana był inny. – Szef rządu doszedł do wniosku, że dywersja nie jest skutecznym sposobem na powstrzymanie irańskich ambicji atomowych. Czarę goryczy przelało to, że sam Dagan jest przeciwny uderzeniu na Iran – mówi.

W izraelskim establishmencie wojskowo-wywiadowczym Dagan nie jest jedynym wysokiej rangi dowódcą, który nie wierzy w skuteczność siłowego rozwiązania sporu z Teheranem. Iran wyciągnął bowiem wnioski z operacji „Opera” z czerwca 1981 roku, kiedy izraelskie myśliwce zniszczyły iracki reaktor jądrowy budowany w okolicach Bagdadu. Dlatego irańskie ośrodki zaangażowane w budowę bomby jądrowej są rozlokowane w kilku silnie strzeżonych ośrodkach. Najważniejszy to Natanz na południe od Teheranu – znajdujący się na głębokości 23 metrów pod ziemią zespół grot, w których umieszczono najwięcej wirówek zajmujących się wzbogacaniem uranu. Podobne instalacje w porównywalnych warunkach geologicznych rozlokowano także w innych ośrodkach na południe od Teheranu, m.in. w miejscowości Fordo. Z kolei na zachód od stolicy znajduje się eksperymentalny reaktor atomowy Arak, a koło miejscowości Isfahan – laboratoria badawcze.

Droga ropa

Pod kierunkiem ministra obrony Ehuda Baraka – jedynego obok Netanyahu człowieka, który będzie miał wpływ na decyzję o ataku na Iran – Izrael od lat przygotowuje się do zniszczenia tych ośrodków. Operacja zostanie przeprowadzona z powietrza przy użyciu większości spośród ok. 350 myśliwców F-16, F-18 oraz F-15 (porównywalnych sił powietrznych nie mają nawet tak duże kraje, jak Wielka Brytania czy Niemcy). Te maszyny nie są jednak w stanie udźwignąć bomb, które mogłyby przebić się przez kilkudziesięciometrową skorupę skał i betonu. Dlatego ich rola ma mieć raczej charakter przygotowawczy – zrzucone przez nie pociski mają spowodować wyłomy dla kolejnej fali uderzenia.

Ta zostanie przeprowadzona przez rakiety ziemia–ziemia typu Jerycho 2. Dowództwo IDF (izraelskie siły zbrojne) rozważa także użycie w tym samym celu samolotów bezzałogowych Heron, które są zdolne pozostawać w powietrzu aż 48 godzin i mogą wziąć na pokład znacznie większy ładunek niż myśliwce dzięki rozpiętości skrzydeł niewiele ustępującej pasażerskim boeingom.

Izraelska flota powietrzna – zanim dotrze do Iranu – będzie musiała przelecieć nad terytorium państw, które teoretycznie się na to nie zgadzają. Jednak dowództwo IDF wierzy, że nie będzie z tym większego problemu. Rozważane są dwie opcje: trasa nad Irakiem, bo Bagdad praktycznie nie ma obrony przeciwlotniczej, albo nad Arabią Saudyjską, która choć nie mówi tego otwarcie, to z zadowoleniem przyjęłaby pozbycie się irańskiego rywala cudzymi rękami.

Karim Sadjadpour, ekspert ds. Iranu w Carnegie Endowment for International Peace, ma jednak wątpliwości, czy „chirurgiczna” operacja izraelskiego lotnictwa rzeczywiście będzie tak bezbolesna. W szczególności próba zniszczenia wciąż działającego reaktora jądrowego w Buszer może doprowadzić do wydostania się materiału radioaktywnego i spowodować setki, a nawet tysiące ofiar wśród cywilów.

Meir Dagan i wielu innych, podobnie myślących dowódców wojskowych w Izraelu mają jeszcze przynajmniej dwa inne zastrzeżenia. Pierwszym jest krótki czas, jaki będą potrzebowali Irańczycy, aby odbudować zniszczone instalacje. Nawet najwięksi optymiści uważają, że Izrael będzie musiał ponowić uderzenie na Iran najdalej za 3 do 5 lat, bo zagrożenie ze strony Teheranu będzie wówczas równie duże jak obecnie. Drugim problemem jest spodziewana reakcja Irańczyków. Pięć lat temu po zniszczeniu przez izraelskie lotnictwo instalacji jądrowych w Syrii Damaszek wstrzymał się z jakimkolwiek uderzeniem na Izrael. Nie ma jednak wątpliwości, że Iran postąpi inaczej.

Teheran jest w stanie bezpośrednio uderzyć w terytorium izraelskie za pomocą rakiet Shahab o zasięgu ponad 2 tys. km. Co prawda Izrael od lat buduje szczelny system obrony, jednak atutem Teheranu jest możliwość jednoczesnego wystrzelenia dużej liczby pocisków w zurbanizowane obszary Państwa Żydowskiego, co daje spore prawdopodobieństwo, że przynajmniej część z nich trafi w cel. Teheran z pewnością będzie chciał także wykorzystać swoich sojuszników z Hezbollahu i Hamasu, którzy z terenów Libanu i Strefy Gazy mogą wystrzelić ok. 50 tys. pocisków krótkiego zasięgu, z których część może dosięgnąć nawet Tel Awiw.

Iran też będzie się starał wpłynąć na Izrael przez wspólnotę międzynarodową. Irańscy przywódcy zapowiedzieli, że w razie wojny zablokują cieśninę Ormuz, przez którą przechodzi ok. 1/3 ropy transportowanej drogą morską na świecie. Nie jest też wykluczone, że Teheran zdoła wysadzić w powietrze przynajmniej niektóre instalacje wydobycia ropy w krajach leżących nad Zatoką Perską. To doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu cen, prawdopodobnie powyżej 200 dolarów za baryłkę. Efekt byłby natychmiastowy: ostry kryzys gospodarki na świecie, być może o skali większej niż ten z 2009 roku.

Kto poprze mniejsze zło

Izrael nie ustaje w przekonywaniu, że powstrzymanie atomowych ambicji Iranu leży w interesie całego świata. – Czy wyobraża pan sobie, że gdyby w 2001 roku Al-Kaida miała broń jądrową, to zawahałaby się użyć jej w Nowym Jorku? A przecież Iran od lat jest krajem, który wspiera różne grupy terrorystyczne na świecie – mówi minister turystyki Izraela.

Inną obawą, którą podzielają m.in. dyplomaci w Paryżu, jest wyścig zbrojeń wywołany zdobyciem przez Iran broni jądrowej. Z pewnością arsenał atomowy w takim przypadku chciałyby mieć także Arabia Saudyjska i Turcja, a być może i Egipt. Sytuacja na Bliskim Wschodzie bardzo łatwo mogłaby wówczas wymknąć się spod kontroli.

Taka wizja powoduje, że ciarki przechodzą po plecach nawet tych polityków zachodnich, którzy zachowują największy dystans wobec polityki Izraela. Jeśli w najbliższych tygodniach Iran nie da gwarancji, że jego program atomowy zostaje wstrzymany i w kontaktach z Teheranem dyplomaci nie będą już mieli nic do roboty, nalot izraelskich samolotów zapewne zostanie uznany w Europie i Ameryce za zło, ale mniejsze.