Steve Perkins dobrze bawił się na polu golfowym przez cały weekend. Wychylał jednego drinka za drugim, bo za wszystko płaciła jego firma. Było mu tak dobrze, że choć sponsorowany wyjazd integracyjny się zakończył, pił w poniedziałek, a nawet jeszcze we wtorek. I nie przeszkadzała mu w tym praca. Oto człowiek, przez którego w czerwcu 2009 r. cena baryłki ropy niespodziewanie skoczyła w górę, uderzając nas wszystkich po kieszeniach.

Jak do tego doszło? 34-letni wówczas Perkins był traderem w PVM Oil Futures, funduszu zajmującym się handlem ropą naftową. Jego jedyną rolą było kupowanie lub sprzedawanie surowca w imieniu swoich klientów. Nic więcej. Jednak pod wpływem alkoholu Perkins postanowił nagle sam zostać jednym z wielkich rynkowych graczy. W ciągu 19 godzin – od poniedziałkowego popołudnia do wtorkowego poranka – przejął prawa do kontraktów na ponad 7,13 mln baryłek ropy typu brent wartej aż 520 mln dol. (były to kontrakty, więc nikt nie wymagał natychmiastowego płacenia). Nikomu nic te liczby nie mówią? To inaczej: w rękach pijanego tradera znalazło się aż 69 proc. ropy, którą wówczas globalnie obracano. Tak wielkie zakupy nie uszły rzecz jasna uwadze innych funduszy. Gwałtowne wykupywanie praw do surowca mogło oznaczać tylko jedno: ktoś wszedł w posiadanie informacji o szykującym się potężnym wstrząsie i na gwałt robi zapasy. Gracze nie mogli spokojnie przyglądać się tej sytuacji, zareagowali więc kolejnymi zakupami. I tak w ciągu zaledwie 30 minut cena baryłki ropy skoczyła w górę aż o 1,5 dol. I już długo nie spadała, choć PVM Oil Futures o poranku wykryło pijacki wybryk Perkinsa i anulowało dokonane przez niego transakcje (tracąc na tym 10 mln dol.).

Ta historia pokazuje – o czym często zapominamy – że jednostka wciąż może zmienić bieg wydarzeń. Na szczęście w większości przypadków nie są to zmiany, których należy się obawiać. Raczej trzeba im kibicować. Po prostu w cieniu tych największych działają maluczcy dokonujący rzeczy wręcz niemożliwych, z którymi nie radzą sobie świetnie wykształceni menedżerowie. Przygnieceni do ziemi przez życie, często walczący o przetrwanie, nie mają nic do stracenia i rzucają się na zadania, które „poważny” świat uważa za nierealne. I, o dziwo, wychodzą na swoje. – Jeśli sam nie zajmiesz się swoim życiem, ono zajmie się tobą. Ale nie w taki sposób, jakiego najbardziej oczekujesz: po prostu wylądujesz na bruku – myśl sformułowana przez Ala Riesa, amerykańskiego teoretyka marketingu, zapewne wielu z nich nie była obca. Choć pewnie w swoim życiu nigdy ani nie spotkali Riesa, ani nie przeczytali jego książek.

Muzyka i mop

W historii świata pełno jest wielkich małych ludzi. Jak choćby Mahatma Gandhi, który biernym oporem, głodówkami i w końcu leczniczymi lewatywami najpierw upokorzył Zjednoczone Królestwo, a w 1948 r., dając Indiom niepodległość, przypieczętował jego rozpad. A skromna Mary Anderson z Nowego Jorku, o której mało kto dziś pamięta? Już w 1903 r., gdy motoryzacja była jeszcze w powijakach, wynalazła i opatentowała wycieraczkę z gumowym piórem, bez której nie wyobrażamy sobie dziś żadnego samochodu. Wymieniać można by długo. Skupmy się jednak na tych osobach, których działalność możemy wciąż obserwować.

Biznes to najlepszy inkubator przedsiębiorczości. Najczęściej powodem, dla którego chce się nam ruszyć z kanapy, jest wizja wielkich pieniędzy. Najlepiej takich, jakimi dysponuje Carlos Slim, najbogatszy człowiek świata. Jego majątek przekracza aż 69 mld dol., i to lekko licząc. Dla spełnienia tego marzenia wielu zakasało rękawy. Często jednak sukces jest dziełem niecodziennego splotu sytuacji – tak było np. w przypadku twórcy najpopularniejszego dziś na świecie portalu aukcyjnego eBay Pierre’a Omidyara, który w dwa dni napisał kod komputerowy e-sklepu, bo miał już po dziurki w nosie ciągłych narzekań dziewczyny chcącej mieć w internecie miejsce, w którym mogłaby się wymieniać ciuchami. Dziś jego majątek przekracza 8 mld dol.

Ale często przedsiębiorczość jest skutkiem braku alternatywy. Urodzony w nowojorskim Harlemie Sean Combs miał dwa lata, gdy stracił ojca, dziesięć lat później musiał już zarabiać, by pomóc utrzymać rodzinę. Ponieważ był zbyt młody, by samodzielnie rozwozić gazety, wpadł na pomysł, jak ominąć przepisy. Wszedł w układ ze starszymi chłopcami: przejął ich trasy, a w zamian oddawał im połowę zysków. Wkrótce zarabiał 700 dol. tygodniowo. Uczciwie trzeba przyznać, że się wówczas nie obijał. Ten nabożny stosunek do ciężkiej pracy pozostał mu do dziś. Znany był jako Puff, Puffy, Puff Daddy, ale jako P. Diddy robi prawdziwą furorę. Dorobił się na muzyce hip-hop, ale szybko przestało mu wystarczać składanie rymów. Uruchomił więc własne studio nagrań i stał się producentem. Ale wciąż było mu mało, wiedział także, że mody przemijają: dziś jesteś gwiazdą, a jutro już nikt nie puszcza twoich piosenek. Dlatego projektuje ubrania, swoim logo sygnuje biżuterię i perfumy. – W tym przypadku mamy do czynienia z absolutnym fenomenem. Chłopak z nizin stał się ikoną, jego wpływ na miliony młodych ludzi jest przeogromny. Chcą wyglądać i zachowywać się tak jak on, a nawet podążać tą samą drogą. Może się więc okazać, że będzie on odpowiedzialny za rozkwit wielu biznesowych talentów w równym stopniu, co niejedna prestiżowa uczelnia – śmieje się ekonomistka Melissa Thorpe z uniwersytetu w San Diego.

Pazerne koncerny

Cóż, można P. Diddiego cenić, można nie cierpieć, kwestią gustu pozostaje, czy wymyślone przez niego ubrania są ładne, a wpływ na młodzież pożądany, ale jest on jedną z gwiazd show-biznesu, która potrafi utrzymać się na szczycie. – Nigdy nie było dla mnie zaskoczeniem, że osiągnąłem sukces. Pracuję na to od wielu lat. I wciąż niczego nie zaniedbuję: gdy inni idą spać, wciąż tyram – mówi (musiałem z tego cytatu wyciąć mnóstwo wulgaryzmów, bo Sean Combs aka P. Diddy wciąż jest wierny językowi Harlemu – red.). Można powiedzieć o nim, że jest jednym z najlepszych spadkobierców Fredericka Douglasa, XIX-wiecznego czarnoskórego milionera, który z niewolnika stał się szanowanym bankowcem oraz finansistą. „Sukces da się opisać jednym słowem. To PRACA, PRACA, PRACA” – napisał pod koniec życia.

Pod tym zdaniem z pewnością podpisałby się Tony Lee, który ukończył jedynie szkołę podstawową i liznął nieco wiedzy w liceum. Trzy razy był wyrzucany z pracy, dzięki czemu doskonale, a zarazem błyskawicznie przyswoił sobie znaczenie takich terminów nowoczesnej ekonomii, jak redukcja, synergia, optymalizacja czy outsorcing. W 1997 r. po raz czwarty zagroziło mu wylądowanie na bruku: fabryka części metalowych Eaton Corp. w Ohio, w której od kilku lat pracował, chyliła się ku bankructwu niszczona przez azjatycką konkurencję.

Nikt nie miał pomysłu na utrzymanie zakładu. Firmą w stanie terminalnym zainteresował się przez chwilę jeden z większych funduszy inwestycyjnych, jednak nadzieja na ratunek okazała się płonna. Szybko wyszło na jaw, że chce przejąć zakład za bezcen wyłącznie po to, by potem po kawałeczku go zlicytować. Wtedy Lee wpadł na szalony pomysł: postanowił kupić tę część przedsiębiorstwa, której produkcja przynosiła jeszcze maleńkie zyski, a następnie ją zrestrukturyzować, by móc skutecznie walczyć o zamówienia z Azją. A wszystko po to, by ponownie nie zostać bezrobotnym. Kompletny biznesowy analfabeta, który w Eaton Corp. zaczynał od czyszczenia mopem korytarzy, wieczorami czytał książki ekonomiczne, a jednocześnie pisał biznesplan i szukał inwestorów. Ale ci postawili warunek: musi wyłożyć z własnej kieszeni 25 tys. dol., by pokazać zaangażowanie w projekt. – Nie było innej rady: wziąłem kredyt pod zastaw domu – opowiada 43-latek.

Pierwsze decyzje jako szefa były bolesne: obciął pensje, rozwiązał związek zawodowy i zmusił pracowników do cięższej pracy. Ale sam także stał przy prasie i tokarce. Po dziewięciu latach zarządzania Lee może śmiało powiedzieć, że odniósł sukces. I to jak na jego miarę – przeogromny. Firma nazywająca się dziś Ring Masters przynosi coraz większe przychody: w tym roku mogą wynieść nawet 7 mln dol. Zaczynał z 15 pracownikami, teraz ma ich już 25.

Za swoje osiągnięcie Tony Lee powinien otrzymać ekonomicznego Nobla, bo jemu w praktyce udało się wyjść zwycięsko z walki z nieubłaganymi prawami wolnego rynku. Pozostaje jednak nieznany, a jedynym wyróżnieniem uhonorował go magazyn „Inc.”, który umieścił go na liście 25 menedżerów mogących pochwalić się najbardziej niespodziewanymi sukcesami. Pewnym pocieszeniem może być dla niego to, że znalazł się w doborowym towarzystwie ludzi, którzy odnieśli sukces i pozostali zapomniani.

Przykłady? Ernie Fraze, który w 1959 r. wymyślił puszkę do napojów. Wena brutalnie dopadła go na rodzinnym pikniku, gdy – ku ogólnej złości – okazało się, że zapomniał wziąć otwieracz do butelek (w końcu wykorzystał samochodowy lewarek). Przez kilka miesięcy szukał idealnego rozwiązania, które ostatecznie przybrało postać aluminiowej puszki z niewielką zawleczką na wierzchu. Wynalazek okazał się bliski perfekcji: przez pół wieku puszka do napojów przeszła jedną niewielką metamorfozę. Na początku po jej otwarciu kawałek metalu zostawał w palcach, więc wyrzucano go gdzie popadnie. Dziś, gdy w modzie jest dbanie o środowisko, aluminium z zawleczki zostaje przy puszcze.

Robert Kearns jest równie tajemniczy jak dwaj wcześniej wymienieni bohaterowie. A każdy, kto ma auto, powinien mieć w domu jego zdjęcie wiszące na honorowym miejscu. By oddać sprawiedliwość jego geniuszowi, niezłomności i odwadze w bronieniu swoich praw przed zachłannością wielkich koncernów. W latach 60. wycieraczki samochodowe (te wynalezione ponad pół wieku wcześniej przez Mary Anderson) miały tylko dwa ustawienia: szybko i wolno. Nie sprawdzały się przy zmiennej pogodzie, a na dodatek ich ciągła i rytmiczna praca męczyła wzrok kierowców i powodowała, że wcale nie widzieli drogi lepiej. Kearns opatentował więc urządzenie umożliwiające prowadzącemu auto dostosowanie częstotliwości pracy wycieraczek. Swój wynalazek wysłał do największych amerykańskich firm motoryzacyjnych, ale żadna z nich nie wykazała zainteresowania. Jednak już wkrótce na rynku pojawiły się samochody wyposażone w wymyślony przez niego mechanizm. W 1978 r. Kearns rozpoczął batalię prawną z Fordem, a cztery lata później z Chryslerem. Ci oczywiście nie poczuwali się do winy: twierdzili, że Kearns nie wykorzystał do budowy swojego urządzenia żadnych nowych komponentów, więc nie ma mowy o złamaniu przez nich prawa autorskiego. Sądy nie podzieliły tej kuriozalnej linii obrony. Kearns wygrał obie sprawy, a jako zadośćuczynienie koncerny musiały mu w sumie zapłacić 40 mln dol.

Kosmos

Być może niektórych zdziwi umieszczenie w tym zestawieniu Elona Muska, któremu – mimo szumnych zapowiedzi – wciąż nie udało się poważniej zaistnieć na rynku z elektrycznymi samochodami marki Tesla. Jednak mimo tej porażki urodzony w RPA 40-latek jest jedną z tych osób, które już odcisnęły piętno na naszym życiu. Ale czy mogło być inaczej, gdy pierwsze pieniądze – i to 0,5 mln dol. – zarobił w wieku 12 lat (napisał grę komputerową)? A przed trzydziestką miał na koncie 200 mln dol. (współtworzony przez niego system internetowej płatności PayPal został kupiony przez portal aukcyjny eBay). – Jeśli masz miliony dolarów, zmienia się twoje życie. Kto mówi inaczej, gada bzdury. Nie muszę pracować, ale robię to cały czas: w dni powszednie i w weekendy. Nie miałem wakacji od lat – mówił w jednym z wywiadów. Teraz podjął wyzwanie, z którym nikt jeszcze się nie zmierzył. Chce zbudować kosmiczną rakietę lepszą od tych, które tworzyła NASA. Nie pojazd w rodzaju SpaceShipTwo Richarda Bransona, który będzie zabierał turystów do granicy kosmosu (wysokość ok. 100 km), by przez kilka minut pobyli w stanie nieważkości, ale najprawdziwszą rakietę.

W 2002 r. założył firmę Space Exploration Technologies (SpaceX), by przełamać monopol wielkich rządowych kosmicznych agencji. – Jestem całkowicie nowy w tym biznesie. Ale wiem jedno: budowanie rakiet wcale nie jest drogie. Uważa się tak, bo ci, którzy do tej pory je tworzyli, mieli kiepską wydajność – butnie stwierdził na samym starcie. Początki nie były łatwe: pierwsze dwa prototypy spadły do morza, ale już start rakiety Falcon 9 w czerwcu 2010 r. zakończył się sukcesem. Na dodatek z powodu cięć w swoim budżecie przychylnym okiem na projekt Muska zaczęła patrzeć NASA, dla której z początku był konkurencją. Tak przychylnym, że w grudniu 2008 r. SpaceX – zanim Falcon 9 był jeszcze gotowy – wygrało wart 1,6 mld dol. kontrakt na 12 lotów z zaopatrzeniem dla Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).

Na razie Falcon 9, który w maju tego roku przywiózł zaopatrzenie dla ISS, jest kosmicznym mikrusem: jednorazowo może wziąć na pokład towary ważące 10 ton. Ale Muskowi marzy się dorównanie największym. SpaceX rozpoczęło prace nad zaprojektowaniem rakiety, która byłaby równie wielka jak Saturn V. A był to największy statek kosmiczny zbudowany przez człowieka: rakieta mierzyła 110 metrów i mogła wynieść na orbitę aż 118 ton ładunku. Zbudowanie Saturna pochłonęło w 1966 r. zawrotną sumę 7,5 mld dol., dziś byłoby to równie astronomiczne 50 mld dol. Jeden jej start kosztował 431 mln dol., dziś byłoby to ok. 3 mld dol. Żadna państwowa agencja kosmiczna nie może sobie obecnie pozwolić na taki wydatek. Musk jednak się nie poddaje. Potężny Falcon XX, napędzany stosem atomowym, miałby polecieć w kierunku Marsa. – Czas sprzyja Muskowi, bo prezydent Barack Obama zakończył program Constellation, w ramach którego NASA miała zbudować nową rakietę umożliwiającą człowiekowi ponowne lądowanie na Księżycu i lot na Czerwoną Planetę. Teraz może jeszcze śmielej wejść na podwórko naszej agencji kosmicznej – mówi Andy Smith z uniwersytetu w Chicago.

Kto następny

Do kogo będzie należała przyszłość? Może do Petera Thiela, który miliony dolarów zarobionych na PayPalu i Facebooku przeznacza na urzeczywistnienie swojej utopii? Skupuje platformy wiertnicze stojące na wodach międzynarodowych, by tworzyć na nich oazy libertariańskiej gospodarki. Nieskażonej szkodliwymi centralnymi regulacjami. Do tych enklaw nie mógłby rościć sobie prawa żaden rząd, a przede wszystkim Waszyngton, który w opinii 45-letniego finansisty jest odpowiedzialny za ostatni kryzys. A one rozkwitałyby dzięki teorii pragnienia mimetycznego, której wyznawcą jest Thiel. Oto ona w uproszczeniu: ludzie pożądają rzeczy, które postrzegają jako obiekty pożądania innych. To tłumaczy nasze bezmyślne podążanie za tłumem. Czy właśnie z tych powodów nie pęcznieją m.in. bańki spekulacyjne? Wystarczy zdawać sobie sprawę z własnych ułomności, by uniknąć najgorszego.

A może znów przypomni o sobie Steve Perkins? Dobiegł już końca okres, w którym nie mógł się zajmować handlem na giełdach. Ponoć przeszedł również – na co ma papiery – kurację odwykową. Pracuje w genewskiej firmie brokerskiej Starsupply Renewables SA, która na nasze szczęście nie zajmuje się obrotem ropą naftową.

NASA po prostu się poddała. Nie jest w stanie zbudować rakiet równie tanio jak firma SpaceX