Agenda Cyfrowa zobowiązała wszystkie kraje Unii, a więc i Polskę, do tego, by w 2015 r. połowa obywateli miała dostęp do sieci szerokopasmowej o przepustowości 30 Mb/s. Z internetu powinno korzystać co najmniej 85 proc. społeczeństwa. Założenia są realne?
To ja się przewrotnie zapytam: „Czy Agenda Cyfrowa jest rzeczywiście aż taką wartością, by przejmować się zagrożeniem jej niewykonania?”. Dla mnie jest to dokument socjalistyczny, abstrahujący zupełnie od rzeczywistości rynkowej i od potrzeb klientów. Zapisano w nim, że do 2020 r. mamy nakłonić 50 proc. społeczeństwa, by kupiło i realnie wykorzystywało internet o przepustowości 100 Mb/s. Do 2015 r. mamy mieć stuprocentowe pokrycie internetem w kraju. To jest niczym wydawanie dyrektyw w gospodarce planowej.
Może przy naszych zapóźnieniach jest to konieczne?
Jesteśmy krajem różniącym się od reszty Unii. Mamy dużo mieszkańców na terenach wiejskich niespecjalnie zainteresowanych internetem i dlatego te wymagania są zarazem słuszne i fikcyjne. Dla Komisji podstawą jest liczba mieszkańców w zasięgu sieci. Tu wypadamy źle: stacjonarne łącza szerokopasmowe ma ok. 17 proc. Polaków. Kiedy jednak policzymy według gospodarstw domowych, które mają dostęp do internetu, okazuje się, że jednak zrobiliśmy postęp, i to spory – w zasięgu sieci jest ponad 70 proc. gospodarstw domowych i można założyć, że każde gospodarstwo, w którym są ludzie czynni zawodowo bądź edukacyjnie, ma już dostęp do internetu.
Reklama
Przyjęliśmy Agendę Cyfrową. Dlaczego dyskusja o tym, czy jej założenia są sensowne, pojawia się dopiero dziś?
Krytyczne głosy wobec agendy się pojawiały. Także z Urzędu Komunikacji Elektronicznej, bo obserwowaliśmy, jak to zapotrzebowanie na internet wygląda w rzeczywistości. Telekomunikacja Polska budowała zgodnie z zawartym z UKE porozumieniem sieci 30–80 Mb/s, a potem gdy przyszło do sprzedaży, to się okazywało, że sprzedaje się internet o przepustowości 6 Mb/s, bo klientom więcej nie było potrzebne. Sama idea agendy jest pozytywna: budowa innowacyjnego społeczeństwa informacyjnego. Ale już ustawianie tej idei jako absolutu czy metody na wygranie wyścigu gospodarczego nie ma sensu. Inna sprawa, że z krytyką agendy nikt się nie spieszył, bo ma ona swoje zalety. Przydaje się, by mobilizować kraj, polityków do rozwoju. Sama jako szefowa UKE wyciągałam agendę i szłam z nią do rządu: przyjęliśmy, a więc musimy uchwalić teraz takie prawo, by móc ją realizować. Tak choćby powstała megaustawa, czyli ustawa o wspieraniu rozwoju sieci i usług telekomunikacyjnych. Jednak Narodowy Plan Szerokopasmowy, implementujący agendę na grunt krajowy, powinien uwzględniać etap, na jakim się znajdujemy i chociażby będące w toku inwestycje.
Jakie mamy pierwsze wnioski z tej mobilizacji?
Nie jesteśmy w stanie doprowadzić internetu 30–100 Mb/s do każdego obywatela za pieniądze unijne. Powszechna sieć musiałaby być w znacznej części sfinansowana przez państwo albo wręcz przez jakiś czas utrzymywana za rządowe pieniądze. Są miejsca, gdzie inwestycja nawet po latach nie spina się biznesowo. Można zrobić to dla kolejnych pokoleń, o ile te pokolenia nie wyjadą do wielkich miast. Musimy więc sobie zadać pytanie, do jakiego stopnia takie inwestycje mają sens, czy mamy na to środki. Oprzeć to na analizach. Celem nie może być internet 100 Mb/s, ale celem może być stworzenie na prowincji równoprawnych warunków rozwoju dla biznesu i dla młodzieży dzięki internetowi. Ale to musi być wszystko policzone. Wiązać się z celami wyższego rzędu, ogólnopaństwowymi.
Właśnie zdecydowano, by środki unijne przeznaczone na wykluczenie cyfrowe były łatwiej dostępne, bo brakowało na nie chętnych. Czy to pomoże w rozpowszechnianiu używania internetu?
Na razie działania skupiają się na szkoleniach i na propagandzie. Powtarzaniu, że internet jest ważny. To tylko po części może być skuteczne. Ludzie najlepiej się uczą, kiedy czegoś naprawdę potrzebują. Jeżeli nie widzą powodów do używania internetu, to żaden darmowy kurs nie pomoże. A takich powodów może być wiele – np. jesteśmy bardzo telewizyjni i dostęp do starych polskich seriali mógłby wielu skłonić do spróbowania internetu. Na razie z dostępem do takich zasobów jest słabo. Druga bariera jest technologiczna, niektórzy boją się zaawansowanego sprzętu. Nie wiedzą, jak z tym nieprzyjaznym środowiskiem dać sobie radę. Namawiałam rząd, by za część środków, jakie mamy na walkę z wykluczeniem cyfrowym, zlecić opracowanie łatwych aplikacji, interfejsów przystosowanych do potrzeb nietechnicznych osób. Można by też część tych środków przeznaczyć na dalszą informatyzację bibliotek, one w wielu miejscowościach są najlepszym miejscem do misji cyfryzacyjnej.
Jak jest z budową sieci regionalnych? Czy jest szansa, by były gotowe na czas?
Mamy tylko 6 proc. wydatkowanych środków unijnych na budowę sieci regionalnych. To nie jest dobry wynik. Sieci regionalne padły ofiarą wielu lat braku koordynacji i wsparcia, przeciągających się procedur, w tym związanych z refundacją, sztywnych urzędniczych wymagań, w tym wymagań i interpretacji unijnych, często zupełnie oderwanych od racjonalnego prowadzenia biznesu. W ostatnim czasie prace przyspieszyły. Niezłe perspektywy mają np. sieci: wielkopolska, warmińsko-mazurska, podlaska, dolnośląska. Oczywiście będą takie województwa, którym uda się wybudować tylko część sieci albo cała inwestycja mocno się opóźni. Komisja podobno zapowiedziała, że jeżeli powstanie choćby tylko część projektu, ale będzie ona spójna i funkcjonalna, projekty będzie można rozliczać częściowo.
Jak będzie wyglądał 2015 rok i rozliczanie agendy?
Trzeba będzie zapewne bić się w piersi, że się nie do końca udało. Ale wątpię, by był ze strony Komisji prawdziwy pręgierz. Gdyby rzeczywiście jej zależało na takim terminowym wykonaniu wszystkich założeń, to nie mnożyłaby tylu przeszkód, sprawniej i szybciej zapadałyby wszystkie decyzje. Zresztą przy obecnym europejskim kryzysie, budżetowych negocjacjach i pustkach w kasie odnoszę wrażenie, że KE wręcz się cieszy, że część pieniędzy nie zostanie wydana. To jej pozwala budować kolejne wielkie plany na przyszłość. Teraz mamy przecież przygotowywaną już nową strategię Connecting Europe Facilities, a kto wie, jakie jeszcze piękne dokumenty zostaną wydane. Przecież Komisja to ciało na wskroś polityczne.