Kredyty, zakupy, zbiórki, a wreszcie finansowanie społecznościowe.

To ostatnie pojęcie kojarzy się z amerykańskim serwisem Kickstarter, na którym firmy i pojedyncze osoby zbierają pieniądze na produkcję czegoś czy na rozwój własnych technologii. W zamian za pomoc w sfinansowaniu przedsięwzięcia oferują w przyszłości jakieś korzyści z niego.

Słowo „zbierają” kojarzy się z różnego rodzaju akcjami społecznymi, tymczasem na tej amerykańskiej stronie chodzi bardziej o marketing oraz o sprzedaż. Mam bowiem wrażenie, że wiele z ofert Kickstartera nie wymaga wsparcia pieniężnego albo wymaga go w stopniu minimalnym, bo nowe produkty są już mocno dopracowane. Wydaje się raczej, że sprytne firmy zdecydowały się wykorzystać nowe, popularne i modne zjawisko do promocji. Trudno mi ocenić nowatorstwo tego, co oferuje się na Kickstarterze, ale bez wątpienia przygotowanie materiałów informacyjnych z różnego rodzaju prezentacjami, filmikami czy cytatami z osób znanych w danej branży stoi na wysokim, zupełnie nieamatorskim poziomie.

Funkcją Kickstartera jest sprzedaż, ale z odroczoną dostawą. Firmy, które się tam pojawiają, nie wyciągają ręki po wsparcie czy zapomogę (choć zdarzają się i takie), ale oferują produkt, który będzie gotowy w przyszłości. Żeby jednak sprzedać kota w worku, trzeba udowodnić, że on tam jest, albo mieć renomę, która zastępuje dowody.

Zupełnie inaczej wyglądają polskie strony, które próbują zarabiać na finansowaniu społecznościowym. Przede wszystkim niewielka jest liczba projektów widocznych na tych stronach.

Reklama

Można tłumaczyć to tym, że Polacy niespecjalnie są skłonni do wykładania pieniędzy na coś, co dostaną w przyszłości, że nasz kraj jest biedniejszy i mało kto chce ryzykować swoje złotówki. Zapewne w każdym z tych stwierdzeń coś jest, jednak mnie trudno było opędzić się od myśli, że jaka podaż, taki popyt.

Na polskich serwisach króluje zbieractwo. A to ktoś chce spełnić marzenie życia i gdzieś pojechać, a to komuś brakuje pieniędzy na coś, co poprawiłoby ofertę jego gospodarstwa agroturystycznego. Nie widać pomysłu, którym można byłoby przyciągnąć ryzykantów. Miłośnicy podróży przypominają studentów, którzy piszą na kartonie, że zbierają na piwo, i czekają, aż ktoś da im pieniądze. Nic nie oferują w zamian.

Oczywiście trudno zaoferować coś w zamian za wyjazd z kolegami, ale właściciele gospodarstwa agroturystycznego zamiast prosić o bezinteresowne wsparcie, mogliby zaproponować weekend u siebie. To byłaby transakcja godna uwagi.

Trafiają się i tacy, którzy doskonale znają swoje potrzeby i próbują trafić do odwiedzających dzięki jakiejś wizji. Jednak znowu – nic w zamian.

Szkoda, że oferta naszych serwisów do finansowania społecznościowego nie wygląda zbyt bogato, gdyż mógłby to być kolejny kanał finansowania mniej lub bardziej odjechanych pomysłów i twórców. A takiego szaleństwa nam brakuje, bo polskie firmy i gospodarka są mało innowacyjne. To, że coraz więcej przedsiębiorstw z zagranicy lokuje u nas centra badawczo-rozwojowe, sugeruje, że potencjał w Polakach tkwi spory, jednak zapewne brakuje pieniędzy. Te zaś mogliby zaproponować ludzie, którzy sami niekoniecznie mają szalone pomysły, ale są w stanie docenić kreatywne wariactwo innych.

Prężnie działające polskie kickstartery mogłyby być kanałem, przez który pomysły Polaków doceniałoby państwo. Zamiast tworzyć skomplikowane programy angażujące przeróżne agendy rządowe, można by dawać premię tym, którym udało się zebrać założone kwoty, o ile projekt spełnia wymagania kierunkowe.

Możliwe jednak, że za mizerią polskich serwisów stoją inne, bardziej prozaiczne względy. W USA bowiem nie ma VAT, a u nas jest. I coś mi się wydaje, że po otrzymaniu płatności za program czy urządzenie, które dopiero powstaje, nasz rodzimy wynalazca musiałby przede wszystkim zapłacić podatek od towarów i usług, potem składki na ZUS, a potem pierwszą ratę podatku dochodowego. A – jak mówią przedsiębiorcy – po opłaceniu wszystkich składek i podatków już niewiele zostaje na innowacje.

Marek Siudaj, kierownik działu branże i firmy / DGP