To będzie łatwe zwycięstwo. W niedzielę stery rewolucji boliwariańskiej przejmie następca Hugo Chaveza, wiceprezydent Nicolas Maduro. Paradoksalnie nowy przywódca Wenezueli może mieć w ręku atuty silniejsze niż poprzednik: budzi mniejsze kontrowersje, ma szansę poprawić relacje z Waszyngtonem, na dodatek będzie rządzić krajem, który ma największe zasoby ropy naftowej na świecie.

Wenezuelska kampania wyborcza śmiało może uchodzić za jedną z najkrótszych w historii. Trwała raptem 10 dni. Ale też z góry wiadomo było, że karty zostały rozdane wcześniej. Według przedwyborczych sondaży Maduro ma zwycięstwo w kieszeni – ponad 52 proc. wyborców deklarowało chęć głosowania na niego, o 16 proc. więcej niż na kandydata opozycji Henrique Caprilesa Radonskiego.

Badania opinii to nie wszystko. Maduro, namaszczony przez poprzednika, do ostatnich godzin nie rezygnował z walki wyborczej w stylu Chaveza. Już na wstępie uraczył wyborców wzruszającą opowieścią: zmarły na początku marca przywódca miał mu się objawić pod postacią „małego ptaszka”. Skrzydlaty gość trzykrotnie okrążył wiceprezydenta, po czym przysiadł i obwieścił mu, że „powinien rządzić krajem”. – Czułem ducha Chaveza – opowiadał Maduro.

Przysięgi, obietnice, klątwy

Chavez zmarł, ale towarzyszy kampanii Maduro na każdym kroku. Nagrania zmarłego prezydenta są odtwarzane na wiecach, w tym to, na którym prosi rodaków o wsparcie dla następcy. Nowy lider przywdziewa bluzę w kolorach wenezuelskiej flagi – identyczną jak ta, którą zakładał w ostatnich latach jego mentor. Na inauguracyjny wiec w rodzinnej miejscowości Chaveza Sabanecie przybył w towarzystwie świty złożonej z najbliższych współpracowników zmarłego prezydenta oraz jego krewnych. – Comandante Chavez jest w nas, jak ojciec – rozkręcił się Maduro w trakcie wizyty w domu rodzinnym Chaveza, obecnie lokalnej siedzibie partii chavistów PSUV. – Na tej ziemi, która była świadkiem jego narodzin, chcemy złożyć zobowiązania, obietnicę, że nigdy go nie zawiedziemy i będziemy budować socjalizm aż do ostatnich tego konsekwencji – perorował.

Nowy lider rewolucji boliwariańskiej najwyraźniej chce dorównać swojemu poprzednikowi pod względem stylu. Opozycyjnych adwersarzy zmiażdżył za plan rozluźnienia relacji z braćmi Castro i odesłania do domu kubańskich lekarzy pracujących w Wenezueli. – Kampania przeciw Kubie jest jak kampania przeciw Żydom w Niemczech Hitlera – perorował na jednym z wieców, co najwyraźniej miało być aluzją do żydowskich korzeni Caprilesa.

Zaledwie kilkadziesiąt godzin później na kolejnym spotkaniu z „ludem Wenezueli” przyrównał Caprilesa do hiszpańskiego konkwistadora i zapowiedział, że klątwa spadnie na głowy tych, którzy nie poprą następcy Chaveza. – Kto spośród ludu zagłosuje przeciw Maduro, zagłosuje przeciw sobie. I spadnie na niego klątwa Maracapany! (po krwawej bitwie w 1567 r. hiszpańscy konkwistadorzy ostatecznie złamali opór indiańskich plemion w tym regionie – aut.) – obwieścił wiecującym Maduro. – Jeśli burżuazja wygra, sprywatyzują służbę zdrowia i edukację, zabiorą ziemię Indianom – dodał.

W arsenale Chaveza poza groźbami były też i obietnice. Maduro doskonale o tym pamięta, dlatego nie omieszkał podczas wizyty w slumsach na obrzeżach Caracas zapowiedzieć nowych programów budownictwa społecznego, rozszerzenia programów darmowej opieki medycznej i dostaw subsydiowanej żywności dla najbiedniejszych. Na koniec dorzucił podniesienie płacy minimalnej o 38–45 proc., i to jeszcze w tym roku. – Och, niewiele brakowało, żebym nie ogłosił tych nowych planów – mitygował się. – Ludzie zaraz powiedzą, że to ze względu na to, że idziemy do wyborów. A przecież nie o to chodzi – zastrzegał.

Szkodliwe elementy w systemie elektryczności

Nowy lider rewolucji może sobie pozwolić na rozrzutność, bo go na nią stać. Ideowy spadkobierca Chaveza poza partią i stanowiskiem odziedziczy bowiem gigantyczną fortunę: największe na świecie zasoby ropy naftowej, przewyższające ilością nawet złoża Arabii Saudyjskiej. Według opublikowanych w ubiegłym roku danych Wenezuelczycy mają zapasy rzędu 296,5 mld baryłek (Saudowie mają 265,4 mld baryłek). Ale to nie znaczy, że na kraj spadnie teraz deszcz pieniędzy. – Ludzie z branży wiedzą, że wiele z tych zasobów trudno będzie eksploatować, bo nie są to złoża tak dostępne, jak saudyjskie. Tak samo jest z ropą kanadyjską – zastrzega Michael Lynch, szef analityków Strategic Energy & Economic Research. Ale też trudno się dziwić, że władze w Caracas czują się pewnie.

Ropa była dotychczas paliwem rewolucji boliwariańskiej – i to się nie zmieni. Problem w tym, że Maduro odziedziczy też po poprzedniku gospodarcze problemy: przede wszystkim największą w obu Amerykach inflację. W zeszłym roku sięgnęła ona 20 proc. i w tym roku będzie zapewne rosła w tym samym tempie. Na dodatek Wenezuela stała się typowym petropaństwem – poza surowcem ten kraj praktycznie niczego nie eksportuje. Efektem są kolejne dewaluacje boliwara, które sprowadzają na działające w kraju przedsiębiorstwa gigantyczne straty. Tylko w wyniku lutowej – o 32 proc. – prywatne firmy musiały dopisać do bilansu wielomiliardowe straty. Sam koncern Colgate-Palmolive jednorazowo stracił na tym posunięciu 120 mln dol. Swoje sprawozdania i prognozy musiały przepisać firmy z USA, Francji, Hiszpanii czy Niemiec.

To jednak nie wpłynęło na pełne samozadowolenia nastroje rządzącej ekipy. Nazywany „Mnichem” minister finansów Jorge Giordani nie przebierał w słowach, komentując krytykę, z jaką spotkała się „korekta” kursu boliwara. – Oni kwestionują użycie słowa „dostosowanie”. To kretyni! – warczał w wywiadzie dla państwowej gazety „Caracas City”.

– Wenezuelscy decydenci są przekonani, że udało im się postawić kraj na nogi po dekadach biedy i problemów – twierdzi w rozmowie z DGP Julia Buxton, szefowa studiów strategicznych na Uniwersytecie Bradford. – W ostatnich latach cieszyli się wysokim wzrostem gospodarczym, co tylko ich upewniło, że należy kontynuować dotychczasową politykę gospodarczą – dodaje. Jej zdaniem mimo swojego bogactwa Wenezuela nie zaleje jednak świata tanią ropą. Raz, ze względu na dbałość o utrzymanie dotychczasowej wysokiej ceny. Dwa, że Caracas nie ma środków na to, by zwiększyć produkcję. Prościej jest ciskać gromy na głowy prywatnego biznesu.

Skłonność do traktowania „prywaciarzy” jako wrogów rewolucji przejawiła się również w trakcie kampanii. Już na samym początku Maduro skierował armię do pilnowania sieci przesyłowych w całym kraju, twierdząc, że przerwy w dostawach, do jakich ostatnio dochodziło, to „elektryczna wojna gospodarcza”. Toczyć ma ją wielki biznes stojący za opozycją. Dowody? Zabrakło prądu na jednym z wieców wyborczych Maduro. – To był sabotaż – stwierdził z niezachwianą pewnością siebie szef państwowej firmy energetycznej Argenis Chavez (młodszy brat zmarłego przywódcy).

Wczoraj kierowca, jutro sternik rewolucji

„Chavez wytyczył drogę, Maduro siada za kierownicą” – brzmiał slogan obozu rządowego, co było aluzją do niegdysiejszej jego pracy (Maduro był kierowcą autobusów). Problem w tym, że nie wiadomo czego spodziewać się po nowym przywódcy. – Wszyscy twierdzą, że bez Chaveza chavizm nie przetrwa. Myślę, że są w błędzie. Idee rewolucji przetrwają, bo mają po prostu wielki urok – podkreśla Buxton.

Choć Wenezuela stała się jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata (poziom pospolitej przestępczości przewyższa nawet wskaźniki odnotowywane w Meksyku, w którym toczy się regularna wojna z narkokartelami), to Wenezuelczycy kochają chavizm. Dla wielomilionowej rzeszy biedoty 14-lecie rządów ich idola było złotą epoką. To w ostatnich latach wielu Wenezuelczyków po raz pierwszy zostało zbadanych przez lekarzy, inni po raz pierwszy mogli pomyśleć o tym, że ich dzieci mogą studiować, jeszcze inni mogli zamieszkać z dala od slumsów.

Dla Maduro to oczywista droga, którą należy iść dalej, choć nowy sternik może skierować Wenezuelę w nieco innym kierunku. – To bardziej biurokrata, a nie zwierzę polityczne. Maduro chciałby zyskać wizerunek męża stanu – twierdzi Julia Buxton. To oznacza koniec wybryków i potencjalną szansę na wyjście z międzynarodowej izolacji. Ba, można zakładać, że prezydentura Maduro mogłaby upłynąć pod znakiem poprawy relacji ze Stanami Zjednoczonymi! – Pod warunkiem że Waszyngton powstrzyma się od ingerowania w proces przekazania władzy – zastrzega Buxton.

To akurat nie wydaje się takie pewne. Już na wstępie kampanii Maduro „ujawnił” spisek na jego życie, przygotowywany jakoby przez Amerykanów przy wsparciu „salwadorskich prawicowców”. Podczas jednego z wieców kandydat nie wahał się ujawnić nazwisk mocodawców zamachu: były przedstawiciel USA przy Organizacji Państw Amerykańskich Roger Noriega i były ambasador USA w Wenezueli Otto Reich. Na ich zlecenie Salwadorczycy wynajęli wenezuelskich zabójców, którzy mieli posłać Maduro śmiertelną kulę. – Chcą mnie zabić, bo wiedzą, że nie są w stanie wygrać wolnych i uczciwych wyborów – mówił dobitnie kandydat, patrząc prosto w obiektywy telewizyjnych kamer. Wszyscy zainteresowani oczywiście zdementowali rewelacje Maduro, a Departament Stanu z marszu wydalił dwóch wenezuelskich dyplomatów z kraju. Caracas odpowiedziało ceremonialnym udekorowaniem wyrzuconych pamiątkowymi medalami.

Zagrożenie czai się wewnątrz

Incydent, nawet jeśli jest tylko zainscenizowany na potrzeby kampanii, niewątpliwie w najbliższym czasie będzie się kładł na obustronnych stosunkach. Tyle że obie strony są na siebie skazane: Ameryka to jednym z kluczowych odbiorców wenezuelskiej ropy – w sumie ma 40-proc. udział w krajowym eksporcie surowca. Były miesiące, kiedy ilość kupowanej od Chaveza ropy przewyższała ilości sprowadzanej od zaprzyjaźnionego reżimu Saudów. Trwa klincz: Wenezuelczycy również nie mogą sobie pozwolić na utratę strategicznego klienta.

Dlatego znacznie groźniejsi rywale nowego przywódcy rewolucji kryją się wewnątrz reżimu. Wokół Chaveza funkcjonował krąg różnego autoramentu weteranów rewolucji, dziś wielu z nich uważa się za bardziej zasłużonych dla sprawy niż były kierowca autobusów. – Wraz ze śmiercią lidera walka o przywództwo zaczyna się rozkręcać – twierdzi były deputowany socjalistów, który przez lata godził frakcje stanowiące polityczne zaplacze chavizmu, Jose Albornoz. Za szczególnie mocnych zawodników uchodzą choćby partyjny lider Diasdado Cabello czy były wiceprezydent, który musiał ustąpić Maduro miejsca u boku Chaveza, Elias Jaua. Co więcej, krążą plotki, że generalicja również nie darzy nowego przywódcy – w końcu, cywila – szczególną sympatią.

Koniec końców, decyduje jednak ulica. I choć Maduro to nie Chavez, to i tak na jego wiece przychodziły wielotysięczne tłumy. Liczą na to, że następca przywódcy kraju nie odstąpi ani o krok od najważniejszych zdobyczy rewolucyjnych. Już dziś niektóre matki rysują swoim dzieciom pod nosem szerokie czarne kreski, by upodobnić dziatwę do nowego sternika przemian, którego okrągłe lico przecina sumiasty, kruczoczarny wąs. Oto idzie nowe stare.