W handlu bronią i zamówieniach dla wojska jest jak w miłości (i na wojnie) – wszystkie chwyty dozwolone. I rzeczywiście, w aferze Romualda Szeremietiewa było wszystko: oskarżenia nie tylko o korupcję, lecz także o manipulowanie dziennikarzami, wykorzystywanie specsłużb do celów politycznych, akcja komandosów jak z filmu „Rambo”, jeden (polityczny) trup i przede wszystkim wart 3,5 mld dol. kontrakt na samolot wielozadaniowy w tle.

Sprawa wybuchła, gdy w lipcu 2001 r. „Rzeczpospolita” oskarżyła Szeremietiewa – wiceministra obrony odpowiedzialnego za zakupy – o łapówkarstwo i zdradę tajemnic wojskowych. Gros zarzutów padało przy tym pod adresem nie samego polityka, ale jego asystenta w MON, a także długoletniego przyjaciela Zbigniewa Farmusa. Miał on pobierać haracze od koncernów zbrojeniowych startujących w przetargach, grożąc „niezadowoleniem szefa”, jeśli oferowane sumy były zbyt niskie. O „kasjerze w MON” głośno było podobno w środowisku już od paru lat, a jego stawki miały sięgać kilkuset tysięcy złotych, np. za ustawienie przetargu na haubice. W artykule była także mowa o sprzedaży tajnych dokumentów z ofertami konkurencji i sprawozdaniami z posiedzeń komisji. Co więcej, asystent Szeremietiewa został dopuszczony do wglądu w te dokumenty wbrew prawu – nie uzyskał wymaganych certyfikatów bezpieczeństwa NATO wydawanych przez WSI. Służby zaś odmówiły ich wydania właśnie ze względu na podejrzenia o korupcję. Samemu Szeremietiewowi dziennikarze wytknęli, że w ciągu czterech lat „kupił lancię, działkę i wybudował dom, wydając znacznie więcej pieniędzy, niż zarobił”.

Reakcja na oskarżenia dziennika była natychmiastowa – premier Jerzy Buzek zawiesił obu oskarżonych przez media w pełnieniu obowiązków i rozpoczął kontrolę w Ministerstwie Obrony Narodowej. Od swojego zastępcy odciął się bezpośredni zwierzchnik, minister obrony Bronisław Komorowski, który stwierdził, że „sprawa jest przykra”, ale on trzymał rękę na pulsie, gdyż o podejrzeniach dowiedział się nie z prasy, lecz dzięki trwającej już kilka miesięcy kontroli WSI w resorcie. Błyskawicznie wszczęto też prokuratorskie śledztwo i od razu zanotowało ono sukces jak z filmu szpiegowskiego. W głośnej akcji na Bałtyku helikopter Marynarki Wojennej z komandosami UOP, osłaniany przez samolot MiG, krążył nad płynącym do Szwecji promem „Rogalin”, na który wsiadł Farmus. Funkcjonariusze opuścili się na linach, by zatrzymać 52-letniego asystenta Szeremietiewa i wciągnąć go do śmigłowca. Przy okazji zawracano też prom, bo zdążył już wpłynąć na szwedzkie wody terytorialne.

>>> Czytaj również: Obronność: Pieniędzy jest dość, brakuje koordynacji

Sam Szeremietiew odpowiadał z wolnej stopy, choć dość pokrętnie się tłumaczył, że pieniądze na budowę domu w drogim podwarszawskim Zalesiu miał dzięki prywatnej pożyczce od... Farmusa. Twierdził też, że dziennikarze „Rzeczpospolitej” dali się zmanipulować, bo cała sprawa miała służyć odsunięciu go od przetargu na samolot i opóźnieniu całej procedury, tak by wyboru po wrześniowych wyborach parlamentarnych dokonała już następna ekipa. Szeremietiew nie był bowiem zwolennikiem zakupu F-16, na które ostatecznie zdecydował się rząd Leszka Millera. Były już wiceszef MON o zainspirowanie całej afery nie oskarżał jednak SLD, ale specsłużby i kolegów z prawicy (zwłaszcza Janusza Onyszkiewicza, byłego szefa resortu, i Bronisława Komorowskiego), którzy zresztą wcale nie zaprzeczali, że to na ich polecenie WSI inwigilowały Szeremietiewa czy raczej badały plotki o nadużyciach w MON.

Nie bardzo wiadomo, co wynikło z inwigilacji WSI, bo zarzuty, jakie postawiła ostatecznie Szeremietiewowi i Farmusowi prokuratura, pokrywały się właściwie z oskarżeniami gazety. Farmus usłyszał zarzuty o bezprawny dostęp do tajnych dokumentów i korupcję, w tym w związku z przetargiem na haubice, a Szeremietiew – oprócz dopuszczenia Farmusa do tajemnic – także o korupcję i przekroczenie uprawnień: miał m.in. w zamian za tanio kupioną lancię pomóc dilerowi Fiata wygrać przetargi na dostawy aut dla wojska oraz namawiać dyrektora Wojskowych Zakładów Lotniczych w Bydgoszczy, by podpisał umowę na pośrednictwo z jego znajomą. W drugim procesie obaj zostali też oskarżeni o przywłaszczenie sobie pieniędzy z Fundacji Niepodległości Polski, którą Szeremietiew założył, a której Farmus był prezesem. Postępowanie to zakończyło się jednak umorzeniem.

Z kolei w głównej sprawie sąd pod koniec 2006 r. skazał Farmusa na 2,5 roku więzienia za bezprawny dostęp do tajnych informacji i ujawnienie poufnych dokumentów uczestnikom przetargów w MON, uznając jednak, że nie ma dowodów, iż brał za pokazywanie tych dokumentów pieniądze. Uniewinnił go także z pozostałych zarzutów korupcyjnych, a że Farmus przesiedział już w areszcie odpowiednik kary, został zwolniony do domu. Jednak jego kłopoty na tym się nie skończyły, bo sprawę badał także urząd skarbowy, który uznał, że w 1998 r., gdy Farmus pracował w MON, miał faktycznie dochody z nieujawnionych źródeł. Sprawa otarła się o NSA, który potwierdził zdanie urzędu i nałożył na Farmusa 95 tys. zł domiaru podatkowego.

Sprawa Szeremietiewa ciągnęła się nieco dłużej, jednak w 2008 r. także i on został oczyszczony z zarzutów korupcyjnych. Sąd skazał go jedynie na 3 tys. zł grzywny za bezprawne dopuszczenie Farmusa do tajnych dokumentów. Po apelacji wyrok i karę uchylono, gdyż sąd uznał, że z ustawy o ochronie informacji niejawnych wynika, iż to nie Szeremietiew, ale minister obrony narodowej (najpierw Onyszkiewicz, następnie Komorowski) był odpowiedzialny za ochronę tajemnic w MON. Na ironię zakrawa więc, że proces Szeremietiewa był tajny, mimo że sam oskarżony prosił o jego upublicznienie, by móc się w ten sposób oczyścić. Jak sam stwierdził: „Jestem martwy jako osoba zaufania publicznego”.

>>> Czytaj również: Cztery firmy chcą zgarnąć 1,5 mld zł za szkoleniowe samoloty dla polskiej armii