Pensja szefa NFZ – blisko 20 tys. zł brutto miesięcznie – jest płacona ze składek publicznych. Nie dość tego, to osoba, od której zależy, jak będą rozdzielane pieniądze na służbę zdrowia. – Dlatego społeczeństwo powinno mieć możliwość kontrolowania, a przynajmniej jasności, jak przebiega wybór takiej osoby. Zatem kryteria powinny być klarowne, a nie są – tłumaczy prezes NIL Maciej Hamankiewicz.

Nabór jest ogłaszany w Biuletynie Informacji Publicznej i znane są wymagania, np. niekaralność, obywatelstwo polskie, wyższe wykształcenie oraz 3-letnie pełnienie funkcji kierowniczych. Jednak nie zostało ujawnione, kto się na prezesa zgłosił ani dlaczego wygrał ten, a nie inny kandydat. Hamankiewicz podkreśla, że nie ma nic przeciwko wybranemu prezesowi – to szef pomorskiego oddziału NFZ Tadeusz Jędrzejczyk, który jest w środowisku uważany za osobę kompetentną. Nie podoba mu się jednak brak informacji ze strony ministerstwa, dlaczego odrzuciło pozostałych.

Prezes Naczelnej Izby Lekarskiej w liście do ministra zdrowia pisze: - W BIP Funduszu w zakładce Rekrutacja znajdujemy ogłoszenia i przebieg naboru na inne, dużo mniej eksponowane stanowiska pracy w Funduszu, wśród których w każdym przypadku umieszczana jest lista kandydatów spełniających wymogi formalne. Tym bardziej powinno to mieć miejsce w przypadku listy kandydatów ubiegających się o tak wysoką funkcję publiczną. Odpowiedzi jednak na swoje wątpliwości dotychczas nie uzyskał. 

>>> Czytaj również: Tadeusz Jędrzejczyk został nowym szefem NFZ

Posłowie, z którymi rozmawialiśmy, nieoficjalnie przyznają, że w tym przypadku minister zdrowia chce mieć zaufaną osobę, więc ostatnie słowo należy do niego. – Ale po co listek figowy w postaci konkursu? Dlaczego nie jest od razu powiedziane, że to minister desygnuje kandydata – pyta jeden z nich.

Większość szefów urzędów czy instytucji publicznych chce się otaczać zaufanymi osobami. I stawiają na swoim, tyle że często – jak pokazał w ubiegłym roku raport NIK o samorządach – za pomocą ustawianych konkursów czy naborów.

Wygrał, bo znał marszałka

Chcący zachować anonimowość lekarz opowiada nam, jak kilka lat temu ubiegał się o stanowisko dyrektora szpitala marszałkowskiego. Zgłosiło się kilku kandydatów, ale tylko jeden odpowiedział na 100 proc. pytań. Jednak podczas egzaminu ustnego przed komisją wypadł zdecydowanie gorzej, dlatego ta wybrała inną osobę, która wykazała większe kompetencje. Marszałek wówczas przypomniał członkom komisji, że są jego pracownikami, i ci po przerwie przeprowadzili ponowne głosowanie. Tym razem wybierając kandydata, który był tak dobrze przygotowany do testu pisemnego.

Sam Hamankiewicz potwierdza, że z analiz Izby Lekarskiej wynika, że przy naborze ordynatorów czy dyrektorów szpitali dochodzi do nieprawidłowości. W marcu rekrutację na dyrektora szpitala ginekologiczno-położniczego w Opolu wygrał Łukasz Radwański, który jest zięciem sekretarza opolskiej PO. Zaś w komisji zasiadał sam marszałek, który znał prywatnie kandydata. Po doniesieniach medialnych marszałek przyznał, że dopatrzył się nieprawidłowości, i konkurs został powtórzony.

Nie tylko w służbie zdrowia tak się dzieje. Głośno było również o konkursie na dyrektora Opery Kameralnej w Warszawie, za którą odpowiada marszałek. Wtedy 9 z 11 kandydatów odrzucono z przyczyn formalnych, w tym osoby mające świetne kwalifikacje (dyrektor Instytutu Fryderyka Chopina, byli dyrektorzy filharmonii czy oper). Wygrał za to były dyrektor wydziału kultury w urzędzie marszałkowskim. Wątpliwości publicznie wyrażał sam minister kultury. Bezskutecznie.

Między Wielkanocą a majówką

Procedury konkursowe są bardzo czasochłonne i sformalizowane, a gdy do urzędu przychodzi nowy szef, to okazuje się, że chce mieć konkretną osobę zatrudnioną z dnia na dzień, a formalności go nie obchodzą. Aby nie tracić czasu (procedura konkursowa może trwać nawet kilka miesięcy), z dnia na dzień zatrudnia się wybranego specjalistę, tyle że na zlecenie. Później bierze on udział w konkursie i go wygrywa. Urzędnicy opowiadają, że swego czasu, gdy poszukiwano osób do realizacji funduszy unijnych (nie było jeszcze wtedy odrębnego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, tylko departament o podobnej nazwie), to większość osób tak zatrudnianych tam pracowało na zlecenie, a później zwyciężali w oficjalnym naborze. Był zrobiony tylko po to, aby w papierach się wszystko zgadzało.

– Żal tylko tych tłumów kandydatów, którzy przystępują do rekrutacji, mimo że z góry wiadomo, że kandydat już dawno został wybrany – ocenia dr Aleksander Proksa, były wieloletni sekretarz Rady Ministrów. I opowiada, jak sam chciał kandydować na jedno ze stanowisk w administracji rządowej, ale został przez znajomego ostrzeżony, że to stanowisko jest już obsadzone, choć nabór trwa.

Zdziwienie mogą budzić również terminy ogłaszanych terminów: Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji opublikowało nabór na stanowisko specjalisty w Wydziale Informacji i Promocji dokładnie między Wielkanocą a majówką. – Termin dość dziwny, jakby urzędowi zależało na ukryciu go, a zatem ograniczeniu liczby wniosków – uważa jeden z szukających tam pracy. Samo ministerstwo odpiera zarzuty i wskazuje, że termin ustawowy został zachowany, a nawet wydłużony do 14 dni, zamiast ustawowych 10.

Ostatni już przykład, choć można je mnożyć: w Ośrodku Rozwoju Edukacji opublikowano ogłoszenie na stanowisko specjalisty w wydziale informacji i promocji 24 kwietnia, czyli w czwartek. Zaś podania można było składać do wtorku 29 kwietnia do godziny 15.00. W efekcie na wysyłanie ofert dano niecałe 3,5 dnia roboczego. ORE przekonuje, że ogłoszenie spełniło wszystkie wymogi formalne, bo zasad zewnętrznej rekrutacji nie określają terminy. Ale przyznaje, że wpłynęły tylko trzy aplikacje. Choć zgłaszać się mógł prawie każdy, kto ma pięcioletni staż pracy i ma wyższe wykształcenie. Tyle że najpierw musiałby skądś dowiedzieć się o tym, że może.

>>> Polecamy: Do sanatorium w Czechach lub Bułgarii na koszt NFZ?