Mówił o tym wczoraj w Brukseli jej wiceszef Frans Timmermans.

– Wyrażamy zaniepokojenie niedawnymi wydarzeniami w Polsce – komentował Holender, który jest jednym z twórców mechanizmu. Jak pisaliśmy w DGP, o tym, że zostanie on zastosowany, rząd Beaty Szydło wiedział już we wtorek. Jednak jak mówił w rozmowie z nami wiceszef polskiej dyplomacji Konrad Szymański, oczekiwano koncyliacyjnego tonu. Tymczasem Timmermans swój komunikat sformułował podwójnie. Z jednej strony ganił polskie władze: „Decyzje Trybunału Konstytucyjnego nie są szanowane i wypełniane”. Z drugiej oferował odprężenie: „Ze strony KE jest podejście dotyczące współpracy. Chcemy rozwiązać problem, nie chcemy oskarżać ani wchodzić w polemikę”.

Co na to polski MSZ? – Może zostało to przedstawione nieco ostrzejszym językiem. Ale spodziewaliśmy się tego (uruchomienia mechanizmu – red.) – komentuje w wywiadzie dla DGP jego szef, Witold Waszczykowski.

>>> Czytaj też: Brytyjczycy nie poradzą sobie bez imigrantów z UE? Zaskakujące wyniki badań

Jakie będą kolejne kroki wynikające z mechanizmu? Pierwszym była wczorajsza „debata orientacyjna” i wysłanie do rządu Beaty Szydło listu z „zaproszeniem do rozpoczęcia dialogu”. Od uruchomienia mechanizmu do art. 7, na mocy którego można pozbawić państwo Unii głosu w Radzie UE, jest jednak daleka droga. Składa się ona z trzech etapów. Pierwszy to zebranie i ocena informacji na temat badanego kraju (zaplanowana na połowę marca). Drugi to sformułowanie zaleceń i rekomendacji Komisji. Trzeci – ocena zastosowania się do nich.

Reklama

Dopiero po nich można odwołać się do art. 7 traktatu o UE. Jednak uzyskanie jego praktycznego wymiaru jest niemal niemożliwe. Stwierdzenie „poważnego i stałego naruszenia przez państwo członkowskie wartości (demokratycznych – red.)” musi nastąpić jednomyślnie. Tej jednomyślności w UE nie ma. Przeciw krytyce pod adresem Polski są państwa Europy Środkowej.

Według Rolanda Freudensteina – wicedyrektor Wilfried Martens Centre for European Studies, think tanku przy Europejskiej Partii Ludowej - jeśli rząd PiS nie usztywni swojego stanowiska i podejmie dialog z Komisją, za kilka tygodni sprawa mechanizmu zostanie zamknięta.

Debata „orientacyjna” z punktu widzenia prawa ma znaczenie marginalne. Z punktu widzenia polityki osłabia pozycję Polski w UE. Z największej szóstki decyzyjnej przechodzimy do ligi państw takich jak Węgry i Rumunia. Pierwszy kraj był przyczyną powołania w 2014 r. mechanizmu obrony państwa prawa. Drugi otrzymywał w 2012 r. kompromitujące rumuński rząd listy. Bruksela zarzucała w nich ówczesnemu premierowi Victorowi Poncie zamach na Trybunał Konstytucyjny.

Szansa na kompromis

Komentarze płynące z Brukseli otwierają jednak szansę na kompromis. Teraz ruch jest po stronie polskich władz.

Wczoraj w Sejmie szefowa rządu zapewniała, że nie ma mowy o łamaniu standardów demokratycznych. Jej wystąpienie dotyczące sytuacji międzynarodowej koncentrowało się na relacjach z Unią Europejską.

– W Parlamencie Europejskim będę reprezentować polski rząd, ale chcę też reprezentować cały polski parlament i wszystkich obywateli, by bronić dobrego imienia Polski, która nie zasłużyła, by być tak szkalowana, jak to ma miejsce obecnie – przekonywała premier.

Debata odbędzie się w przyszłym tygodniu. Wiceszef MSZ Konrad Szymański poleciał do Hagi i Brukseli, aby przekonywać szefów poszczególnych frakcji do tego, że nie ma sprawy z Trybunałem Konstytucyjnym i mediami publicznymi.

– To PiS, nie zaś opozycja jest odpowiedzialny za to, że Europa jest zaniepokojona sytuacją w Polsce – komentował w Sejmie wiceszef klubu PO i były wiceszef MSZ Rafał Trzaskowski. Jego zdaniem, aby uspokoić sytuację, PiS powinien wycofać się ze zmian w TK, mediach publicznych, prokuraturze i służbie cywilnej. W rozmowie z DGP dodawał, że jest jeszcze czas, aby poprawić wizerunek w UE. – Słowa Timmermansa nie są wezwaniem na dywanik. Wciąż nie jesteśmy jeszcze na tym poziomie. Komisja rozpoczęła procedurę dialogu, by rząd PiS poważniej potraktował jej wątpliwości – dodaje.

Jak wynika z informacji DGP z Komisji, ta procedura dialogu przypomina raczej politykę kija i marchewki. Z jednej strony komisarz Timmermans krytykuje politykę polskich władz. Z drugiej wysokiej rangi urzędnicy KE przekonują w rozmowie z nami, że właściwie nic się nie stało. I nie ma mowy o dalszych działaniach w ramach mechanizmu. – Chcemy jedynie dyskusji. Nie uderzamy w nikogo. Najpewniej na tym etapie wszystko się zakończy – komentuje nasz rozmówca.

Zapytaliśmy wczoraj w Brukseli o komentarz wiceszefa MSZ Konrada Szymańskiego. Jak mówi, w ciągu ostatnich kilku dni dochodziły do niego bardzo różne i wzajemnie sprzeczne głosy z Komisji Europejskiej. – Różni jej przedstawiciele, oficjalnie i nieoficjalnie, przedstawiali różne warianty tego, co się może stać po spotkaniu komisarzy. Raz była mowa o tym, że będzie rozpoczęta procedura, raz że nie – przekonuje Szymański. Jak dodaje, „prywatnie ma wątpliwości” co do umocowania prawnego mechanizmu obrony demokracji.

Zapytaliśmy niemieckiego analityka ze związanego z Europejską Partią Ludową think tanku – Wilfried Martens Centre for European Studies – na ile kłopotliwe dla Polski jest uruchomienie mechanizmu. Według Rolanda Freudensteina chodzi o wysłanie komunikatu. – Polski rząd ma doskonałą okazję do rozmów i pokazania, że pewne domniemania są nieprawdziwe – komentuje.

Jednak jego zdaniem obecna sytuacja może niekorzystnie wpłynąć na pozycję polityczną Polski wewnątrz Unii. Jak przekonuje, jesteśmy krajem członkowskim tzw. szóstki (razem z Niemcami, Francją, Włochami, Hiszpanią oraz Wielką Brytanią), ale status ten może zostać osłabiony na skutek działań rządu Beaty Szydło. – Polski rząd może podejść do tego poważnie albo zbagatelizować. Mam nadzieję, że zwycięży to pierwsze podejście – podsumowuje.

>>> Czytaj też: Bloomberg - Polska traci zaufanie inwestorów. Rządy PiS-u zbierają żniwo