Do 2050 roku polskim miastom ubędzie ponad cztery miliony mieszkańców. To tak, jakby z mapy Polski zniknęły trzy średniej wielkości województwa. Depopulacja to coraz poważniejszy problem dla samorządowców. To czy exodus da się zatrzymać w dużej części zależy od samych samorządów.

Obserwując w letnie weekendy wielokilometrowe korki w drodze na Półwysep Helski trudno uwierzyć, że to właśnie Hel jest jednym z najszybciej wyludniających się miast w Polsce. Dokładnie trzecim w kolejności . Zaledwie w ciągu 15 lat stracił aż jedną trzecią mieszkańców. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 1998 r. w Helu mieszkało blisko pięć tysięcy osób, dzisiaj – niespełna 3,5 tys. I trudno się tej masowej ucieczce dziwić – po sezonie na całym półwyspie nie ma ani pracy, ani rozrywki ani jakichkolwiek perspektyw.

Problem zmniejszania się liczby stałych mieszkańców dotyczy jednak nie tylko turystycznych enklaw. Bez przesady można powiedzieć, że wyludnia się cała Polska. Jak wynika z opracowania GUS „Prognoza liczby ludności na lata 2014-2050” do 2035 r. liczba mieszkańców Polski ma skurczyć się z dzisiejszych 38,4 mln do 36 milionów. W 2050 roku będzie nas już poniżej 34 milionów. Niemal w całości przewidywany spadek wielkości populacji dotyczy miast, i to dużych. Po rekordowym 1999 roku, gdy mieliśmy prawie 24 miliony mieszczuchów, w 2013 roku było ich już pół miliona mniej. W 2050 roku z 39 metropolii liczących powyżej 100 tys. mieszkańców pozostanie 27.

Reklama

Także „za chlebem” wyjeżdżają głównie mieszkańcy miast. Większość z 2,3 mln Polaków, którzy w poszukiwaniu pracy wyemigrowali za granicę pochodzi właśnie z miast. Z danych GUS wynika, że w 2013 r. ich mieszkańcy stanowili ponad 71 proc. emigrantów, co nie wynika jedynie tego, że w miastach mieszka więcej osób, ale również ze zróżnicowania intensywności emigracji. Intensywność ta dla miast była wyraźnie wyższa niż dla wsi. Na każde 100 tys. mieszkańców w przypadku miast przypadało 98 emigrantów, a w przypadku wsi – 61.

Skąd ten exodus?

Mniej dzieci, więcej starszych

– Po pierwsze, z powodów czysto demograficznych. Pod tym względem Polska idzie śladem reszty Europy – uważa prof. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego.

Chodzi o procesy, które demografowie nazywają drugim przejściem demograficznym charakteryzującym się m.in. spadkiem liczby małżeństw i urodzeń, przesuwaniem średniego wieku rodzenia i tworzenia związków. „Nowa demografia Europy”– określenie wprowadzone w 2003 r. przez holenderskiego demografa Dirka van de Kaa – oznacza nie tylko zmiany towarzyszące procesom przejścia do tzw. nowoczesnej reprodukcji, lecz utrwalenie się tego procesu znacznie poniżej prostej zastępowalności pokoleń. Niska płodność wraz z systematycznym wydłużaniem długości życia oraz wzrostem znaczenia migracji prowadzi do zmniejszenia przyrostu naturalnego, a w konsekwencji do nieodwracalnych zmian struktury populacji.

W 2050 roku z 39 metropolii liczących powyżej 100 tys. mieszkańców pozostanie 27.

Wprawdzie na tle krajów Unii Europejskiej Polska jest nadal stosunkowo „młoda” (według danych Eurostatu mediana wieku w 2012 r. wyniosła 38,7 lat, podczas gdy wskaźnik ten dla krajów członkowskich Unii Europejskiej razem osiągnął wartość 41,9 lat), ale współczynnik dzietności (1,3) należy u nas do najniższych w Europie i – jak wskazuje najnowsza prognoza Eurostatu – po 2024 r. udział osób w wieku 65 lat i więcej w strukturze ludności Polski ogółem przekroczy 20 proc., zaś po 2060 r. – 33 procent.

Czyli będzie nas coraz mniej i będziemy coraz starsi. Widać to dobrze na przykładzie Łodzi, jednego z najszybciej wyludniających się miast w Polsce (po Opolu i Kielcach).

Liczba Łodzian zmniejsza się co roku o około 1 proc. I to aż od ćwierćwiecza. Od 1988 do 2013 roku ubyło 143 tys. mieszkańców Łodzi.

– W 80 procentach wynika to z ujemnego przyrostu naturalnego, a tylko w 20 procentach z emigracji mieszkańców – wyjaśnia Grzegorz Gawlik z biura prasowego miasta.

Te dwa procesy są naturalnie ze sobą sprzężone.

– To przede wszystkim ludzie młodzi są skłonni do migracji. W sytuacji, gdy z zmniejsza się w pierwszej kolejności liczba osób w średnim wieku, a w konsekwencji maleje liczba dzieci, zwiększa się frakcja seniorów, a zatem osób najmniej skłonnych do przemieszczeń, liczba urodzeń spada i populacja się zmniejsza coraz szybciej – tłumaczy Piotr Szukalski.

Mniejszy rynek i deflacja

Kurczenie się i starzenie społeczeństwa ma fatalne skutki. Przekłada się między innymi na spadek potencjału konsumpcyjnego. To z kolei, choć z pewnym opóźnieniem, powoduje spadek popytu na pracę. Wyludnianie się powoduje problemy z pozyskiwaniem pracowników o szczególnych kwalifikacjach, co z kolei ogranicza inwestycje kreujące nowe miejsca pracy.

– Naturalną konsekwencją depopulacji jest jej oddziaływanie na poziom cen. Dotyczy to głównie nieruchomości. Spada liczba mieszkańców, a wraz z tym zapotrzebowanie na nowe mieszkania, wywołując presję deflacyjną. To zniechęca do inwestowania w nieruchomości jako zabezpieczenie na starość, co dodatkowo obniża ceny na rynku – wyjaśnia Piotr Szukalski.

I tak Łódź, wśród 10 największych polskich miast lokuje się na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o ceny transakcyjne na rynku nieruchomości. Różnice w stosunku do miast o zbliżonym potencjale ludnościowym, np. Krakowa czy Wrocławia, sięgają 20-30 procent, a w przypadku rynku pierwotnego (nowych mieszkań) – 40-50 procent.

W tym depopulacyjnym błędnym kręgu Łódź pada dodatkowo ofiarą bliskości stolicy, która jako centrum finansowe, biznesowe, polityczne naturalnie przyciąga przybyszy z innych rejonów. Warszawa w 2014 roku miała oficjalnie 1,7 mln mieszkańców (4,4 proc. całej populacji w Polsce). Nieoficjalnie urząd miasta szacuje tę liczbę nawet na 2,5 miliona. Ratusz, na podstawie powierzchni terenów przeznaczonych pod zabudowę w studium zagospodarowania miasta obliczył, że docelowo w stolicy zamieszkają nawet 3 miliony osób.

To jedyne miasto w Polsce, oprócz Rzeszowa, któremu wg prognoz GUS nie grozi wyludnienie. Za sprawą większej liczby miejsc pracy, lepszych wynagrodzeń i możliwości, jakie z reguły oferują stolice, do Warszawy wciąż przyjeżdżają nowi ludzie. Szczególnie z tych rejonów, które – jak Łódzkie czy Śląskie – po transformacji ustrojowej i upadku lokalnego przemysłu – gwałtownie dotknęło bezrobocie.

Paradoksalnie, to rejony, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były celem migracji. A ta, jak wynika z danych GUS, w latach 50. ubiegłego wieku osiągała znacznie wyższy poziom niż obecnie. Ze wsi do miast rocznie przeprowadzało się nawet półtora miliona osób. I to przy mniejszej ogólnej liczbie ludności. Trend zaczął się odwracać dopiero w 2000 roku, gdy przemysł przestał odgrywać tak ważną rolę jak np. w latach 70. ubiegłego wieku. Miasta, które nie znalazły w tym czasie nowej niszy zaczęły się wyludniać.

Do dziś najwięcej osób emigruje z Opolszczyzny. I tutaj też rodzi się relatywnie najmniej dzieci. Opolskie ma na tyle złą sytuację, że depopulacja została wskazana przez władze województwa jako tzw. Obszar Strategicznej Interwencji w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego. Pieniądze z Unii Europejskiej mają iść na projekty kształcenia zawodowego, poprawę opieki przedszkolnej, zakładanie firm, czy uzbrajanie terenów inwestycyjnych. Najwięcej ma jednak do zrobienia sama stolica województwa.

-Wielu mieszkańców już przed wejściem do Unii Europejskiej miało rodzinę za granicą i wyjeżdżało do pracy. Po 2004 roku emigracja stała się jeszcze łatwiejsza, więc cały rejon zaczął pustoszeć. W przypadku samego Opola największym problemem jest jednak chwili migracja do ościennych gmin – narzeka Arkadiusz Wiśniewski, prezydent Opola.

To akurat problem nie tylko Opola, ale i Łodzi, Olsztyna, czy Poznania. Te dwa ostatnie to akurat dobrze działające ośrodki, w których jest i praca (Poznań to miasto o najniższym bezrobociu w kraju), i dobra infrastruktura, jak i brak bliskiej konkurencji innych ośrodków miejskich.

– Miasta wyludniają się, bo ludzie, choć wciąż w nich pracują, uczą się i korzystają z usług, wyprowadzają się na przedmieścia, gdzie są tańsze mieszkania, domy, grunty, czystsze powietrze, zieleń i spokój. Sprzyja temu zmiana charakteru wielu stanowisk pracy na bardziej mobilne – wyjaśnia dr Jacek Poniedziałek z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

I tak, Olsztyn czy Poznań nie maleją jako miasta funkcjonalne, gdzie ludzie koncentrują swoją aktywność, natomiast w obszarze administracyjnym się kurczą. Tymczasem, podmiejskie wsie, jak w przypadku powiatu olsztyńskiego, pęcznieją i zaczynają przypominać miejskie osiedla.

– Dla władz miast takie rozlewanie się to spory kłopot, bo muszą utrzymywać infrastrukturę dla osób, które są zameldowane i płacą podatki w sąsiednich gminach – dodaje Jacek Poniedziałek.

Do tego dochodzi wzrost kosztów świadczenia usług publicznych. Utrzymanie dróg, kolei, wodociągów, kanalizacji czy sieci gazowych rozkłada się na mniejszą liczbę mieszkańców, co podnosi koszty na głowę. W efekcie – miasta muszą podnosić ceny albo dopłacać z publicznej, kurczącej się kasy.

Władze miast zaczynają więc o „swoich” mieszkańców walczyć. Co jest coraz trudniejsze, do ich przyciągnięcia nie wystarczą już aquaparki czy zniżkowe karty dużej rodziny. Muszą wykorzystać maksymalnie specjalne strefy ekonomiczne, by pomóc w tworzeniu nowych miejsc pracy i rozwijać niezbędną do ich obsługi infrastrukturę. Paradoksalnie, obwodnice, dobre drogi wylotowe i sprawna komunikacja podmiejska sprzyjają rozlewaniu się miasta. Stąd teraz za wszelką cenę próbuje się wykorzystać fundusze unijne do uatrakcyjnienia życia w centrum.

Coraz więcej jest miejskich programów rewitalizacji i zagospodarowywania terenów nadrzecznych, czy projektów rozwoju komunikacji miejskiej. Bardzo ważne stało się wciąganie samych mieszkańców w proces decydowania o zmianach w mieście. Współdecydowanie o inwestycjach w ramach budżetów partycypacyjnych daje ludziom realną (choć jeszcze niskobudżetową) władzę kształtowania środowiska, w którym funkcjonują. A to pozwala ich w tym środowisku zatrzymać.

Ważne stało się znalezienie dla siebie niszy na mapie kraju – w formie atrakcji czy oferty zawodowej. Nowa Sól stała się „miastem krasnali”, a Rzeszów rozwija się wokół klastra lotniczego.

Wiele miast dziś jeszcze nie widzi problemu wyludniania się. Sopot, Gdańsk, Wrocław – na ostatnim Europejskim Kongresie Finansowym w Sopocie ich włodarze zapewniali, że to zjawisko ich nie dotyczy, bo na razie liczba mieszkańców nie spada.

– Według prognoz GUS Gdańsk już teraz powinien mieć o 30 tys. mieszkańców mniej niż ma, tymczasem nadal jest ich ok. 460 tys. To m.in. dzięki miejscom pracy ludzie od nas nie uciekają – mówi Andrzej Duch, dyrektor Wydziału Urbanistyki i Architektury urzędu miasta w Gdańsku.

Przyznają jednak, że trzeba bardzo uważać, by nie przegapić newralgicznego momentu i już teraz szukać pomysłów na depopulację – tworzy się żłobki i przedszkola, programy stypendialne dla studentów czy budownictwa społecznego.

– Od września we wrocławskich szkołach rusza nauka języka ukraińskiego. Dbamy o sporą ukraińska imigrację. Rozszerzamy też bardzo ciekawy program uruchamiania żłobków w miejscach pracy rodziców. Chcemy dać ludziom jak największy komfort mieszkania w mieście – powiedział Maciej Bluj, wiceprezydent Wrocławia.

Coraz częściej pojawiają się też pomysły włączania do miast okolicznych gmin, co rodzi konflikty. Jak w Opolu, gdzie propozycja prezydenta miasta, który chce włączyć w jego granice tereny 13 sołectw z pięciu opolskich gmin spotkała się z ostrymi protestami ich włodarzy. Jeśli by się to udało Opole zyskałoby blisko 9,5 tys. mieszkańców (dziś liczy ok. 119 tys.) i ponad 5,3 tys. hektarów. Zdaniem prezydenta dałoby to możliwość rozwoju miasta.

– Chodzi o pozyskanie przestrzeni do powiększenia specjalnej strefy ekonomicznej, budowy mieszkań czynszowych, czy współfinansowanie służby zdrowia. Bez tego typu inwestycji traci nie tylko Opole, ale i całe województwo – tłumaczy Arkadiusz Wiśniewski.

Miasto już m.in. dopłaca do miejsc w niepublicznych żłobkach, wprowadziło kartę opolskiej rodziny, program budowy mieszkań czynszowych i uruchamia nowe kierunki studiów, m.in. medyczny. Chodzi już nie tylko o to, żeby zatrzymać Opolan, ale i zachęcić migrujących z zupełnie innych rejonów, a nawet krajów. Tak jak w Poznaniu, gdzie statystyki ratują napływowi mieszkańcy (saldo migracji wewnętrznych jest dodatnie).

W długim okresie ważniejsze jest dopasowanie do nowych realiów podziału administracyjnego i funkcji miasta.

– Może za 10-20 lat trzeba będzie myśleć o innym podziale, a zmiany demograficzne w naturalny sposób premiować będą związki międzygminne i międzypowiatowe? Upowszechnianie się tego rozwiązania ułatwi zarówno niechęć do formalnych zmian, jak i zmiany technologiczne, odrywające część usług administracyjnych i społecznych od konkretnego miejsca – uważa Piotr Szukalski.

Mniejsza liczba mieszkańców ma też swoje zalety. Mniejsze zagęszczenie, mniejsze problemy z parkowaniem, mniejsze korki, szybsze dojazdy to de facto mniejszy stres, zadowolenie, wzrost jakości życia. Depopulacja związana ze starzeniem się społeczeństwa ma z kolei pozytywny wpływ na poczucie bezpieczeństwa. Badania wskazują, że wraz z wiekiem społeczeństwa, zmniejsza się przestępczość.

Wyludnianie się i dominacja pojedynczych ośrodków w stosunku nad innymi to na pewnym etapie rozwoju kraju proces po prostu nieunikniony. Trzeba się jednak umieć odnaleźć w nowych okolicznościach.