Na razie konkurs nie jest ogłoszony, więc w ogóle się tym nie zajmuję.
Dużo udało się zrobić. Praktycznie we wszystkich sferach, i każdą z nich należałoby omówić oddzielnie.
Udało się w krótkim czasie znaleźć oszczędności i załatać dziurę budżetową, którą odziedziczyliśmy po poprzednikach.
Poprzedni rok został rzeczywiście zamknięty na plusie, lecz problematyczny jest obecny rok i budżet, jaki nam sporządzono. On nie przystaje do rzeczywistości. Powiększono go na podstawie tekstu prasowego, w którym KRRiT przewidywała, że wpływy z abonamentu będą większe o 22 mln zł (w budżecie zapisano 193 mln, a tymczasem KRRiT przyznała PR na ten rok 171 mln zł – aut.). Do tego doszła, od 1 stycznia, ustawa o podatku VAT, mniej korzystna dla spółki, co razem daje 34 mln zł bez pokrycia. W ciągu paru miesięcy udało się jednak uszczelnić przepływy środków finansowych, co pozwoli na zaoszczędzenie w skali roku ponad 30 mln zł. A wracając do uzdrawiania finansów radia... To, co działo się w poprzednim okresie w obszarze finansowo-ekonomicznym, nazwałabym prywatyzowaniem anten i najdelikatniej rzecz ujmując, nieracjonalnym dysponowaniem środkami finansowymi.
To liczne umowy, które teraz weryfikujemy, oferty, przetargi. Dużo roboczych działań, które decydują o tym, że koszt może być niższy lub wyższy, że zawarta umowa może być korzystna lub niekorzystna. Zapytanie ofertowe może być wysłane do wielu podmiotów, dzięki czemu uzyska się rzeczywistą wycenę rynkową, a można zadzwonić do czterech osób czy firm, nie mówię, że znajomych, i wywindować taką stawkę. W grę wchodziło wiele działań. Choćby w obszarze umów sponsorskich, w obszarze inwestycji, remontów, zleceń dla podwykonawców. Były umowy ze sponsorami na koprodukcję programów, gdzie zdobyte pieniądze niemal w 100 proc. zamiast do budżetu radia trafiały w formie wynagrodzeń do kieszeni wąskiej grupy pracowników. Często w takich umowach pokrywał się też zakres kompetencji, czyli za tę samą pracę wynagrodzenie – i od radia, i od sponsorów. Nazywam to prywatyzacją anteny. Na dodatek dostęp do takich umów mieli nieliczni, czyli były obszary kominów płacowych i obszary biedy, co jest niesprawiedliwe. Pracujemy nad ujednoliceniem standardu umów, żeby były korzystne dla radia, żeby można je było normalnie rozwiązać. Proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy dużo umów nierozwiązywalnych. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły.
To, o czym mówię, nie ma kwalifikacji prokuratorskich i mieści się w szeroko pojętych granicach prawa. Natomiast były to działania z punktu widzenia radia niekorzystne i nieracjonalne finansowo. Racjonalizujemy kosztorysy, prowadzimy ścisłą kontrolę nad przepływami finansowymi i zawieranymi umowami.
Kontrole wewnętrzne poszczególnych komórek wykazały, że nieprawidłowości było bardzo dużo. Szczegółowe oszacowanie strat wymagałoby przeanalizowania każdej oferty na każdym etapie realizacji. Analizy powinny dotyczyć nie tylko 2015 r., lecz kilku lat wstecz, bo np. proces cyfryzacji kosztował Polskie Radio ok. 50 mln zł i trwał od 2013 r.
Sfera anten. Uporządkowanie i sprowadzenie dziennikarstwa do poziomu, który powinno ono reprezentować. Czyli przestrzeganie zasad etyki zawodowej i zasad dobrego dziennikarstwa. Zapewnienie równego dostępu do debaty różnych stron sceny politycznej, lecz też różnych grup społecznych.
>>> Czytaj też: Polskie media to ewenement. Wyniki stacji ciągną programy informacyjne
Proszę o przykłady.
To nieprawda. Chyba mieszkałyśmy w różnych krajach.
Nie sami politycy kreują opinię publiczną. Tworzą ją komentatorzy i ludzie różnych profesji. To ich udział procentowy w obecności na antenie decyduje o przekazie. A z tym nie było dobrze.
Wszyscy byliśmy odbiorcami mediów i jeśli chce mi pani powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z obiektywnymi mediami...
Tu również wiele pozostawało do życzenia. Jeśli przyjrzy się pani składowi osobowemu anten, to wnioski nasuwają się jednoznaczne. Czy można mówić o różnorodnej reprezentacji i o różnorodnych poglądach głoszonych na antenie? Nie powiedziałabym.
Myślę, że nie. Gdzie? Na której antenie?
Proszę popatrzeć na wszystkie anteny i komórki PR. Z tej perspektywy możemy mówić o pluralizmie w polityce kadrowej. W ciągu ostatnich 8 lat z mediów została wyrugowana cała strona, o której pani mówi. Mogę wskazać wiele przykładów wykluczenia. Im należy się powrót do mediów publicznych, nie mogą funkcjonować jedynie na obrzeżach i to wyłącznie w mediach prywatnych. Chciałabym jednak, byśmy rozróżnili dwie rzeczy. Czym innym są prywatne poglądy dziennikarza, one mogą być dowolne i to nie ma znaczenia dla mnie jako prezesa i redaktor naczelnej Polskiego Radia, a czym innym jest jakość dziennikarstwa prezentowana na antenie. Prywatne poglądy nie powinny mieć przełożenia na antenę. Tylko o to chodzi. Natomiast zbyt często ludzie oceniani są pod kątem ich prywatnych poglądów. Jeśli wyrażam pretensję do tego, co miało miejsce w poprzednich latach, to mam na myśli poziom dziennikarstwa. Nie chciałabym oceniać indywidualnych postaw. A wracając do Jedynki, jeśli pani weźmie pod uwagę cały zespół – ponad 60 osób, to liczba nowych dziennikarzy stanowi w dalszym ciągu zdecydowaną mniejszość. Jeśli już mamy rozmawiać o tych prywatnych poglądach i spojrzymy na skalę wszystkich anten, to myślę, że przyzna mi pani rację, że możemy teraz mówić o różnorodności, nawet z przechyłem w stronę tego, co było wcześniej. Na tym etapie to zaledwie zmiana w kierunku normy.
>>> Czytaj też: Nowy szef TVP 2: Zasady są jasne. Wygrała ta partia i morda w kubeł [WYWIAD]
Redaktor Zaborski został przeniesiony z porannego pasma na późniejszą godzinę, z czym nie miałam nic wspólnego. Dowiedziałam się o tym już po fakcie.
Ówczesnej dyrektor Trójki Pauliny Stolarek-Marat.
Czy powinnam? Przesunięcie dziennikarza w ramówce leży w kompetencjach dyrektora anteny, jeśli zarząd wtrącałby się w takie kwestie, to spotkałabym się z zarzutem ręcznego sterowania. Stolarek-Marat, bo miałam z nią taką rozmowę, twierdziła, że ta decyzja jest uzasadniona.
Potrzebą zmian antenowych. To było parę miesięcy temu, nie chciałabym się odnosić do szczegółów. Umówiłyśmy się też, że nie będę komentowała jej odejścia.
Nie miałam żadnego sygnału z jego strony, że chciałby coś zmienić, próby rozmowy ani też sygnału, że chciałby odejść. Odszedł na własne życzenie, chyba nie roszcząc żadnych pretensji.
Wola musi być po obu stronach. Zatrzymywanie kogoś na siłę w sytuacji, kiedy ma lepszą może propozycję albo po prostu chce odejść, nic nie da. Wielka była awantura o Grażynę Mędrzycką-Gęsicką, która po likwidacji stanowiska straciła pracę. Wielki był też przy tej okazji medialny atak na mnie. Ale atakom nie ulegam, działam z myślą o dobru radia i zespołu. Gdy znalazło się dobre miejsce dla pani Grażyny, zaproponowałam jej powrót. I nie robiłam z tego powodu medialnego szumu.
Przypadków, o których mówiłam wcześniej, jest więcej. Wrócił np. Dominik Panek. W tym roku nie było więcej odejść niż w poprzednich latach i wynikały one z różnych przyczyn: odejścia na emeryturę, rozwiązania umowy za porozumieniem stron, zdarzyły się również wypowiedzenia z winy pracownika, a dwie osoby zostały zwolnione dyscyplinarnie.
Kompetencje i jeszcze raz kompetencje.
Jego już w radiu nie ma, choć rzeczywiście przez krótki czas pracował. Fachowcem nikt się nie rodzi. Nie byłam pracownikiem PR, lecz myślę, że szybko weszłam w rzeczywistość radiową. I mam nadzieję, że kiedy odejdę i będę rozliczana z czasu, który tu spędziłam, to zostanę oceniona pozytywnie. Idea dziennikarstwa jest ta sama dla wszystkich mediów, różnice są tylko techniczne. Człowiek wykształcony i obeznany z mediami naprawdę szybko sobie poradzi z mikrofonem.
Jest wielu dziennikarzy radiowych, którzy głos mają nieradiowy, a są osobowościami. Dajmy sobie szansę. Radiowy głos jest ważny, ale równie ważne są jakość myśli, intelekt i merytoryczna strona przekazu.
Najlepsze decyzje zarządu nie zagwarantują w szczegółach ich realizacji na każdym najmniejszym odcinku. Na kolegiach, w których uczestniczę co tydzień, podkreślam, że powinniśmy być obiektywni, nie uprawiać propagandy i że obiektywizm dotyczy każdej sfery życia i każdej strony sceny politycznej. Zdarza mi się nawet upominać dziennikarzy. Kilka razy miałam rozmowę w sytuacjach, kiedy wyłapałam odchylenia. Nie mówię o przypadku, o który pani pyta, bo o nim nie słyszałam. Jeśli to miało miejsce, to nie pochwalam. Od lat mówię, że dziennikarstwo zostało nie tylko spauperyzowane, ale wręcz zepsute. Długo musiałam tłumaczyć niektórym dziennikarzom w PR, żeby nie łączyć informacji z komentarzem. Nie rozumieli. Tak byli nauczeni, że trzeba ją spuentować, podpowiedzieć odbiorcy, co ma myśleć. Zwłaszcza młodzi dziennikarze są wychowani na takich antynormach. Walczę o to, by język, jaki w Polskim Radiu obecnie obowiązuje, łączył, a nie dzielił. By nie był mową nienawiści, nie posługiwał się epitetami, nie wyśmiewał.
Ależ oczywiście! Nie słyszała pani?
Nie chciałabym mówić aż o takich szczegółach sprowadzonych do konkretnych audycji. Wszystko jest zarejestrowane, można odsłuchać.
Przepraszam, teraz to pani mnie ubodła. Ponad 20 lat w dziennikarstwie – od szeregowego dziennikarza, po redaktor naczelną i dyrektor wydawniczą. Uczyłam dziennikarstwa na UW i w Collegium Civitas. Dziewięć książek, setki artykułów. Obroniłam tytuł doktora w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Czy ci państwo uważają, że nie mam prawa mówić o zasadach dziennikarstwa? Przekazuję to, co jest dostępne we wszystkich podręcznikach. Jeśli to pouczanie... Czy mamy dyskutować o czymś tak kuriozalnym, z czym się tu w radiu spotkałam, mianowicie o informacji autorskiej? Na coś takiego nie ma zgody. Jest takie powiedzenie proste, acz mądre – jak ktoś chce kogoś uderzyć, to zawsze znajdzie kij. I to mniej więcej odnosi się do ludzi, którym nie podobają się zmiany, a może moja osoba. Kiedy rozmawiam z dziennikarzami, niechętni zarządowi i wprowadzanym zmianom narzekają, że ich pouczam, albo żartują, że prowadzę warsztaty. Kiedy nie rozmawiam, narzekają na brak dyskusji...
Demokratycznym.
A na czym polega mój autorytaryzm?
Myli pani pojęcia. Obstaję przy zasadach, bo uważam, że pewne sfery nie podlegają dyskusji. Chcemy dyskutować o tym, czym jest informacja? To śmieszne.
Nasza rozmowa zaczęła się od omawiania sfery finansowej. A co do konsultacji, robię to bardzo często. Na kolegiach dyskutujemy. Zapraszam również do siebie na robocze rozmowy. Słucham, ale zostawiam sobie prawo do podejmowania ostatecznych decyzji. Taka jest moja rola.
Newsroom jest normą na świecie. Tak działa BBC. Podążam więc za standardami. Nie każda restrukturyzacja jest podyktowana oszczędnościami. Chcę zmieniać radio kompleksowo i od środka, likwidować nadużycia, których jest dużo. To rodzi plotki na mieście, sprzeciw. Dlatego jestem określana jako osoba autorytarna. Nie jestem autorytarna, lecz decyzyjna. Nie zależy mi na przypodobaniu się komukolwiek.
Jak to? Jesteśmy w bardzo dobrych relacjach ze związkami zawodowymi, na wszystkie zmiany związane z restrukturyzacją mamy ich zgodę. Mało tego, mamy zrozumienie. Związki powiedziały wręcz, że nas popierają, bo wreszcie ktoś zaczął myśleć o wszystkich pracownikach, a nie tylko o uprzywilejowanych grupkach. Pracownicy dostali premie, a nagroda prezesa nie jest tylko nagrodą dla dyrektorów. Dostrzegam pracę ludzi na różnych szczeblach i myślę, że jestem sprawiedliwa. Nawet ci, którzy początkowo byli niepewni, sprzeciwiali się, bali się, krótko mówiąc, nie byli entuzjastami mojego przyjścia – jeśli nie są zwolennikami, to przynajmniej respektują moje działania. Takie mam wrażenie.
Proszę z nimi porozmawiać.
Nie była duża. Proszę porównać z poprzednimi latami. Lęk i respekt to dwie różne rzeczy. Bardzo się staram być sprawiedliwa. Żeby nie było tu osób w nieuzasadniony sposób uprzywilejowanych. Zależy mi, by ludzie mieli podobną możliwość dzielenia tortu radiowego. I antenowego, i finansowego. Nie na zasadzie urawniłowki. Jeśli ktoś jest kompetentny, zdolny i pracowity, z pewnością nie będzie miał problemów.
Uwielbiam ludzi, którzy samodzielnie myślą. Nie ukarałam ani jednej osoby, która wyraziła swój pogląd czy krytykę.
O nie, przepraszam bardzo, jeśli uważa pani, że obecną sytuację Polskiego Radia można porównać do reżimu stanu wojennego, to ja się gwałtownie sprzeciwiam. I proszę mnie nie obrażać. Nie zrobiłam niczego, żeby takie porównanie stosować. To jest nadużycie.
Od naszych współpracowników oczekujemy uczciwości dziennikarskiej i lojalności w stosunku do pracodawcy, a nie propagandy i pogardy. Do dziś zastanawiam się, co kierowało panem Zimochem. Na pewno nie względy merytoryczne czy troska o radio. Dobrze by było, aby ludzie krytykujący Polskie Radio najpierw sami zrobili rachunek sumienia, a potem rozliczali innych. Pan Zimoch przeżył tu stan wojenny. Przeszedł weryfikację i został w Polskim Radiu, podczas gdy inni siedzieli w więzieniach, byli szykanowani, walczyli o inną Polskę. Nie przypominam sobie, by pan Zimoch do tej grupy należał. A jednocześnie stosuje porównanie do stanu wojennego. To było wielkim nadużyciem. Nie zwolniłam go, ale skierowałam sprawę do komisji etyki radia, która wyraziła swoją opinię. Była ona negatywna, mimo tego pan Zimoch pozostawał pracownikiem PR. On sam nam wypowiedział umowę, próbując zrzucić winę na pracodawcę, na co się nie możemy zgodzić. Pan Zimoch porzucił stanowisko w gorącym okresie, tuż przed Euro 2016 i igrzyskami. Na dodatek naruszył wizerunek Polskiego Radia. Skierowaliśmy więc sprawę do sądu.
A za chwilę urosła. Tu jest fluktuacja. Ale po kolei. Spadkowa tendencja w Jedynce trwa od lat. Antena nie miała promocji, jednak wkrótce będzie ją miała, w tym czasie pracujemy nad ramówką jesienną.
Może rzeczywiście niektóre decyzje w początkowym okresie podjęto zbyt szybko. Jedynka wymaga dopracowania formatu. Nie można pozwolić, by zestarzała się wraz z podstawową grupą słuchaczy. Trzeba przyciągnąć nieco młodszych, lecz nie stracić starszych. I stawić czoła trudnemu wyzwaniu, jakim jest pogodzenie misji głównej anteny radia publicznego z atrakcyjnością, która byłaby konkurencyjna dla rozgłośni komercyjnych.
Przyjdą, a Jedynka pozostanie Jedynką.
Ale nie można mówić o rewolucji. Wracając do słuchalności, na jej wynik wpływają różne czynniki, również metody badawcze.
Nie podążam, ale zmiany metod pomiaru przekładają się na słuchalność. Pod koniec roku dzięki temu urosła słuchalność Trójki. Gdy chodzi o Jedynkę, nie ulegamy panice, bo odbudowanie marki zaniedbywanej przez lata i podwyższenie słuchalności to jest dłuższa perspektywa.
Nie, wręcz przeciwnie. Na miejsce Czwórki wejdzie antena informacyjna – obiektywna i rzetelna, na którą jest olbrzymie zapotrzebowanie w naszym kraju. Takiej anteny nie ma na rynku.
Podkreślam, że chodzi o obiektywną, rzetelną i niezależną antenę informacyjną. Taką chcemy budować. Jako nadawca publiczny musimy sprostać oczekiwaniom społecznym. Czwórkę przekierowujemy tam, gdzie ma naturalnego słuchacza, czyli na przekaz multimedialny.
Tego nie wiemy, spróbujemy o niego zawalczyć.
Bylibyśmy zadowoleni, osiągając po roku nadawania wynik bliski 1 proc. w skali kraju. Proszę pamiętać, że zasięg techniczny Polskiego Radia 24 to 17,1 proc. powierzchni kraju.
Dziennikarze.
Proces cyfryzacji radia stoi pod znakiem zapytania nie tylko w Polsce, lecz i w Europie. Nie wycofujemy się z cyfryzacji, tylko ją zamroziliśmy. Jesienią organizujemy międzynarodową konferencję, by postawić pytanie o przyszłość procesu. Zapraszamy przedstawicieli radiofonii, międzynarodowych organizacji nadawczych, ale też lobby producentów sprzętu czy samochodów oraz przedstawicieli państwa i UE. To, co zrobiono w Polsce, to była zabawa w cyfryzację. Wydano ok. 50 mln zł bez zbudowania rynku odbiorców. W ten sposób narażono spółkę na straty. Nie wolno się zamykać na nowe trendy, ale bez projektu narodowego, a wręcz europejskiego, cyfryzacja radia jest lekkomyślnością.
>>> Czytaj też: Zarabiają na abonamencie rtv więcej niż potrzebują. Jak to robią Niemcy?
