To był znak czasów, banki wyszły na ulicę w poszukiwaniu klientów i przez dziesięć lat, bo takie standardowo zawierano umowy najmu, oferowały społeczeństwu różne swoje produkty. Od funduszy inwestycyjnych po kredyty hipoteczne.

Umowy najmu lokali się kończą i w miejsce banków pojawiają się kawiarnie. Albo małe sieciowe sklepy, bo właśnie jesteśmy świadkami bitwy o handel. Powstają małe Żabki, Małpki i Groszki oraz większe Stokrotki i Biedronki. I te przemiany również możemy obserwować na ulicach.

Gdy jadę do domu tramwajem, i już minę Część Bankową, wjeżdżam w Część Handlową. A tam... zmiany. W wakacje znacznie rozbudował się Lidl, który zwiększył swoją powierzchnię prawie dwukrotnie, zaś Biedronka zajęła miejsce po MarcPolu. Trzy tygodnie temu tuż obok Lidla uruchomiono nowy duży sklep, Aldi. No i jeszcze jedna zmiana, najbardziej spektakularna. W moim bezpośrednim sąsiedztwie były delikatesy Alma. Ale już ich nie ma.

Alma Market nie jest pierwszą siecią sklepów, która była notowania na giełdzie i zbankrutowała. W połowie 2013 r. rozpoczęto upadłość likwidacyjną spółki Bomi, która prowadziła sieć delikatesów na północy Polski. Inwestorzy dowiedzieli się o kłopotach w listopadzie 2011 r., gdy spółka odwołała swoje prognozy finansowe na lata 2011–2012. Tłumaczono to niestabilną sytuacją na rynku oraz... działaniami konkurencji. Ta ostatnia prowadziła procesy konsolidacyjne i oddawała do użytku nowe placówki handlowe. No jak tak można.

W 2013 r. KNF nałożyła na spółkę karę, ponieważ ta w 2010 r. nie informowała w prawidłowy sposób o zagrożeniach. Dokładnie chodziło o to, że spółka jednego dnia opublikowała skonsolidowany raport za III kw., w którym wykazała 11 mln zł straty, zaś następnego dnia przedstawiła prognozę na lata 2010–2012, z której wynikało, że cały 2010 r. zakończy się stratą 103 mln zł. W tym raporcie kwartalnym spółka tak tłumaczyła słabe wyniki: „niesprzyjająca pogoda (długa zima, deszczowa wiosna, powodzie, późniejsze upały) oraz żałoba narodowa sprawiły, że pierwsze trzy kwartały 2010 r. nie były dla polskiego handlu detalicznego udane”. Sugerowano utworzenie rezerw na zobowiązania wynikające z kontraktów długoterminowych (50–70 mln zł), ale jednocześnie planowano „jednorazowy zysk związany z ujawnieniem znaku towarowego Bomi w wysokości 120 mln zł”.

Reklama

W 2013 r. ciemne chmury zaczęły zbierać się nad spółką Empik Media & Fashion. Grupa wykazała wówczas 300 mln zł straty. Tłumaczono to stratami na działalności zaniechanej – głównie na handlu odzieżą i obuwiem. W 2014 r. strata wyniosła 187 mln zł, a w 2015 r. – 174 mln zł. Majątek topniał, po I kw. 2016 r. grupa miała już ujemny kapitał własny. Na dodatek od dawna głośno mówiono, iż jest wyjątkowo niesolidnym płatnikiem. To, że Empik wówczas nie upadł, związane było ze wsparciem głównego inwestora, słowackiej grupy Penta Investments, która wycofała spółkę z obrotu giełdowego.

Kolejną firmą z kłopotami okazała się Alma. Nigdy nie była ona bardzo rentowna i pracowała w modelu trzy kwartały straty i zysk pod koniec roku. Ale ten wzorzec został złamany – w ostatnim kwartale 2015 r. wykazano ogromne straty. Sprzedaż detaliczna w 2014 r. przyniosła 18 mln zł straty, a w 2015 r. – 101 mln zł straty. Połowa z tego to utrata wartości spółki zależnej Paradise Group, która miała handlować ekskluzywną odzieżą. Ale pozostała część to już straty sklepów Alma. Gdy przyjrzeć się nieco bliżej modelowi finansowemu, to był on podobny jak w Empiku – nie płacono dostawcom, próbując finansować rozwój sieci należnościami. Ta metoda była skuteczna w przeszłości, ale teraz już tak nie jest. Spadek przychodów spowodowany zmniejszeniem dostaw to rzecz w działalności handlowej wyjątkowo groźna, bo odwraca strumień przepływów gotówkowych z działalności operacyjnej. Efektem jest to, że Alma złożyła się w sposób podręcznikowy, a postępowanie sanacyjne zastąpiono likwidacją spółki.

Mamy rok 2017, kto w tej wyliczance będzie następny? Nie chcę wróżyć.